babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

poniedziałek, 6 lipca 2026

6.07.2026 Jakoś tak...

dziwnie pogodowo. Najpierw szok temperaturowy a teraz mżawka i wiatr jak w listopadzie. Mnie tam nie robi , pogody prawie nie zauważam , ale nie wiem co na podróż szykować. Chyba znów na wszelkie okoliczności, czego nie lubię, bo ja na podróż zabieram rzeczy praktyczne i do wykorzystania na różne sposoby. A przy takich szaleństwach pogodowych trzeba brać walizkę ciuchów zamiast po jednym na każdy dzień plus jeden rezerwowy. Będę się martwić w środę , co do tej walizki wrzucać. A na razie to czekam na małżonka. Pojechał na awarię, starszy wnusiu zabrał się z dziadkiem w roli pomocnika i dotąd ich nie ma. Po ciemku wiele nie zdziałają więc przypuszczam ,że niedługo wrócą. Miałam plan przewrócenia szafy ale w końcu dałam sobie spokój. Zdążę a dziś zrobiłam sobie dzień lenia i całe popołudnie wylegiwałam się na kanapie z czytnikiem w ręce . I zaraz będę kontynuować. 

Tak poza tym kontynuuję porządki w szafach matki i wciąż wynoszę kolejne stare graty a one wciąż tam są , jakby się rozmnażały.  Możecie mi wierzyć: zbieractwo to straszna rzecz. Zbieractwo - nie mylić z kolekcjonerstwem. Z ciekawostek, to znalazłam mój stary szybkowar z lat osiemdziesiątych, który mi się uszkodził po kilkunastu latach użytkowania i dałam go ojcu żeby spróbował naprawić zamknięcie. Ojciec naprawić nie zdążył, bo zmarł w 98,  a ja o tym sprzęcie zapomniałam , no i tak sobie pokutował u matki w szafie prawie 30 lat -nie wiadomo po jaki kij...Ciekawe co jeszcze mi się tam objawi? 

niedziela, 5 lipca 2026

5.07.2026 Placek na młodziach zez angrystym

 z wiyrzchu posypany cukrym upiekłam. Tak , zwykły drożdżowy placek z agrestem a nie żadne eleganckie ciasto jak Lucia. Tak na szybko przy obiedzie,  z agrestem z naszej działki, który wczoraj małżonek oberwał. Był jeszcze kompot agrestowy do obiadu a resztę przesmażę na konfiturę agrestową. Taki drożdżowy lubimy najbardziej. Zabrałam na działkę a potem zabrałam jeszcze kawałek dla matki. Pochłonęła cały zanim zdążyłam jej zrobić kolację. Ale niech tam, wiem ,że placek z agrestem to zawsze było jej ulubione ciasto więc nie będę jej żałować. 

Inauguracja jaccuzi nam nie wyszła. Wiało i padało na zmianę. Niby tylko chwilami pokropiło ale w zagłębieniach pokrywy od jaccuzi stała woda. Trudno, może jutro... Nie umiem nic nie robić na działce. Obiecałam sobie , że dziś jadę posiedzieć i nic z tego , ledwie wpadłam już zabrałam się za wysadzenie turków. Miałam jeszcze kilka w szklarence, Jakiś czas temu wysiałam resztke , którą miałam w torebce i już myślałam ,że nic z tego nie będzie, tymczasem wyrosły. No to wysadziłam na grządki. Niech na jesień robią ogródek. 

A od jutro przygotowania do wyjazdu. Mam nadzieję, że nie będzie wielkiego upału i da się pozwiedzać wystawę i nie tylko, choć krótko. 

sobota, 4 lipca 2026

4.07.2026 Jutro inauguracja

 bąblowca kąpielowego czyli jaccuzi. Stoi w miejscu docelowym , gotów do użycia, nawet woda podgrzana do 30 stopni. Trochę zajęło to rozkładanie, najdłużej trwało rozgrzewanie wody. Małżonek rozkładał z pomocą starszego wnuczka a ja zajęłam się grządkami. Robota szła jak z płatka. Nie ma to jak sprzyjająca pogoda. A dziś sprzyjała. Nie było za ciepło. Wiało co prawda solidnie , ale to akurat nie przeszkadzało. Zebrałam bób i od razu wyłuskałam, małżonek oberwała agrest zanim przyjechał wnuczek, a ja pieliłam. Zostały mi trzy grządki. Nawet specjalnie się nie zmęczyłam ale moje moje plecy odmówiły współpracy. Na koniec posadziłam kupione wczoraj kwiaty i kilka kupionych wcześniej żurawek. A resztę opiszę innym razem, muszę dać odpocząć plecom. Niech jeszcze posłużą. Miłej niedzieli !

piątek, 3 lipca 2026

3.07.2026 Znów mam problem

 z odpowiednim nazwaniem stanu rzeczy. No , może to mało precyzyjne określenie. Tak bardziej konkretnie to z uporządkowaniem i opisaniem rzeczywistości. Stanowczo za dużo się dzieje. Bobrze przynajmniej, że upał odpuścił i wróciło przyjemne , polskie lato. Zamykam najpilniejsze sprawy w firmie, żeby nie zostało na czas naszego wyjazdu. Nie będzie tak źle chyba. Matka już dziś sama sobie śniadanie zrobiła. Jak to ona , byle było ale jej to wystarczało i moje podawanie odpowiednio przygotowane i porządnie ułożone niczego nie zmieniło i nie zmieni. Tak w ogóle to zaczynam samą siebie podziwiać. Udało mi się powyrzucać stare , zniszczone graty i przeróżne śmieci z dwóch stojących i dwóch wiszących szafek i matka się nie zorientowała. Czego tam nagromadziła to się nie da opisać... Popołudnie spędziliśmy na zakupach, głównie spożywczych. Dla nas nie wielkich , bo wyjazd , dla matki na cały tydzień , żeby synowa nie musiała się tym zajmować. Odwiedziliśmy też market budowlano- ogrodowy żeby kupić preparaty do uzdatniania wody w jaccuzi a wyszliśmy z preparatami i czterema doniczkami kwiatów. Będzie jutro co robić, bo jutro wielki dzień ; rozkładamy i odpalamy jaccuzi. 

czwartek, 2 lipca 2026

2.07.2026 Znów gorąco

 ale na to nie mam wpływu. Staram się jakoś przetrwać. Dziś urwaliśmy się na chwilę do marketu budowlanego po styropian. Dosłownie kilka płyt , żeby podłożyć pod jaccuzi. Od razu zawieźliśmy na działkę. Czyli wszystko gotowe , w sobotę będziemy rozkładać i napełniać wodą i testować oczywiście. W pracy standard. Mamy tymczasowego pracownika, jednego z naszych uczniów. W sumie już pełnoletni ale jeszcze się uczy i chciał sobie dorobić w wakacje. Takich lubię, ludzi, którzy coś robią a nie tylko oczekują. Zjawił się też nasz ogrodnik. Trochę później niż się miesiąc temu i trochę umawialiśmy ale rozumiem. Trudno pracować w pełnym słońcu przy blisko 40 stopniach. Za to dziś uwinął się w trzy godziny. Wypielił wszystkie trawniki i powyrywał wszystko co wrosło w kostkę brukową na parkingu. Jest czyściutko i porządnie na firmowym placu a o to chodziło. 

Matka daje radę , wraca do formy. Dziś rano jak weszłam już miała zrobioną kawę i kwiaty były podlane a bandaże i łupek oczywiście z ręki zdjęty. Odpuściłam, już ten łupek, ściągnęłam jej rękę bandażem elastycznym. Ma go na ręce czy nie, co to zmieni, skoro jak tylko spuszczę ją z oka od razu go zdejmie. Kwiaty oczywiście tak skutecznie podlała, że woda ściekała na podłogę. Robię u niej porządki w szafach kuchennych, póki nie chce jej się za mną latać po domu i wynoszę jakieś stare , poniszczone graty, codziennie coś. Może i same szafki po jednej wymienię na nowe, bo są jak to w starych kuchniach pojedynczo jedna obok drugiej. 

W kwestii zaprawiania czereśni zrobiłam eksperyment, czyli owoce po azjatycku (podobno) a dokładnie polega to na tym, że zamiast cukru używa się soli w ilości pół łyżeczki od kawy na kilogram owoców. I wiecie co ! Sprawdza się; sól wydobywa smak owoców i pięknie trzyma kolor. Pierwszy raz zrobiłam dwa tygodnie temu truskawki, a teraz powtórzyłam z czereśniami. A podobno się też dobrze przechowują ale o tym przekonam się później.

Tak poza tym dalej walczę z portalem , na którym pisze Lucia. Bez skutku, nie mogę komentować nawet anonimowo. 

środa, 1 lipca 2026

1.07.2026 Nazbierało mi się różności

Awarię u matki opanowałam ale o tym już wspominałam. Nasz nowy nabytek, czyli ogrodowe jaccuzi dojechało we wtorek. Swoją drogą przyszła mi do głowy nowa polska nazwa na to ustrojstwo "bąblowiec kąpielowy" , coś jak "wdupowrzynki" na określenie stringów. Na razie jeszcze nie uruchomiliśmy, bo potrzeba trochę przygotowań. Ale nic straconego, lato dopiero się zaczęło , zdążymy. 

Decyzja zapadła. Jedziemy na samą wystawę, już temat ogarnęłam , zmieniłam rezerwację, a synowa na te kilka dni się zgodziła. Starszy wnusiu podjął się podlewania działki pod naszą nieobecność. Wnusia poszła do pierwszej w swoim życiu prawdziwej pracy, do cukierni. Oczywiście na wakacje. Na razie jej się to podoba. 

A co do innych tematów , to mam mieszane uczucia. Sąd okręgowy przekazał sprawę do naszego sądu rejonowego - pisma z powiadomieniem nie dostałam. Za to dostałam inne; z żądaniem zapłaty kosztów sądowych w kwocie 219zł z groszami. Zapłaciłam, a tego samego wieczoru zjawił się u nas kurator z sądu na wywiad środowiskowy. Wypytywał o różne sprawy , moje i matki... Nie wiem co o tym myśleć... Wygląda na to, że coś się dzieje  w mojej sprawie. 

Zarzekam się co roku , że nie będę już robić zapraw a i tak jak się tylko coś na drzewkach czy krzaczkach pojawi to od razu się za to zabieram , bo jak tu zmarnować tyle dobra! A tym razem padło na czereśnie. Obrodziły niemożliwie i są pyszne , słodkie i mocno wygrzane na słońcu. Trochę ucierpiały w te dwa upalne dni. Prawie się gotowały na drzewie z gorąca. No! czyli znów mam zajęć więcej niż włosów na głowie...

P.S. Dla Luci: czytam , ale znów mnie ten Twój portal skreślił z listy i nie pozwala komentować. I nie mam sposobu żeby to ominąć. Już kilka razy próbowałam ustawiać nowe hasło i nic z tego. Może za którymś razem mi się uda??? 

wtorek, 30 czerwca 2026

30.06.2026 Nie ma końca

 mój wariacki tryb życia. Postaram się ( o ile znów mnie coś nie zaskoczy) opisać jutro wszystkie ciekawostki i zawirowania. Dziś mam dwie michy czereśni do przerobienia. Trochę mi to zajmie. Miłego wieczoru!

poniedziałek, 29 czerwca 2026

29.06.2026 Ogród po zmierzchu

 Patrzcie i podziwiajcie : ogród po zmierzchu żyje zupełnie innym życiem niż za dnia i nabiera tajemniczości. Po woli fragmentami pogrąża się mroku a potem zapalają się kolejno punktowo światła






















I jeszcze coś miłego dla ucha:






niedziela, 28 czerwca 2026

28.06.2026 Marzenia emerytki

 - własny ogródek - odhaczone

- dużo czasu na ogródkowanie - nieodhaczone 

-mały domek na działce - odhaczony

-winko na tarasie o północy  - odhaczone 

-basen lub jaccuzi - odhaczy się we wtorek ( przesyłka nie dojechała na czas) 

-lato na działce  z książką i muzyką - jeszcze nieodhaczone 

I mogłabym tak jeszcze długo. Weekend spędziliśmy na działce właściwie nic nie robiąc, bo upał uniewmożliwił skutecznie. Dziś około 14.00 termometr w moim aucie , a dokładniej pod nim pokazał 45 stopni w cieniu. Ile to było odczuwalnie ? Nie wiem i nawet nie sprawdziłam. Po raz pierwszy w życiu tyle czasu zmarnowałam na nic nierobienie.  Jutro pokażę kilka fotek pod tytułem "ogród po zmierzchu". Dobrego tygodnia ! 


piątek, 26 czerwca 2026

26.06.2026 Upalny piątek

 Tak około 12.00 miałam dość pracy i w ogóle wszelkiego wysiłku . Tego mózgowego też. Ale co miałam robić , swoje obowiązki i tak musiałam wykonać. I strasznie mi się chciało spać. Ziewałam i ziewałam. Ale nie było źle , co miałam zrobić zrobiłam. Po obiedzie ze dwie godziny byczyłam się na kanapie z czytnikiem w ręce a potem znów obowiązki czyli zakupy i wizyta u matki. Już ma fochy na zmiany w łazience. Ujechać nie sposób. Zakupów dziś miałam sporo , bo i takie na działkę i chemia do domu i dla matki spożywka i parę drobiazgów niezbędnych w domu. Przytargaliśmy trzy torby i koszyk. Torby nie duże , ale jednak. A na koniec jeszcze kupiliśmy sobie nakrycia głowy czyli kapelusze. Małżonek szary, ja w szare, granatowe , czarne i białe paski. Niestety w tym fasonie pasował na mnie tylko tej jeden. Jutro kolejny upalny dzień ale na działce . A gdyby mnie tu jutro nie było to znaczy, że nocujemy w PDzO. Miłego weekendu !

czwartek, 25 czerwca 2026

25.06.2026 Armagedon na remont, dwie pralki , atak amoku i jaccuzi

 Tak, tak ... Od kilku dni mam taki kociokwik, że nie wiem już jak się nazywam. Na tę chwilę jednak opanowałam to pandemonium i mam już tak dość, że nawet myśleć mi się nie chce. Na przestrzeni trzech dni zaliczyłam awarię kanalizacji u matki, potem zakupy z tym związane, przełożone przez hydraulika zlecenie z wczoraj na dziś,wymianę sedesu , bo kupiliśmy za duży i nie zmieścił by się na szerokość pomiędzy ścianą a wystającym obok ze ściany wodomierzem,  wciąż lejącą się brudną wodę z odpływu , bo jednak prowizorka się nie sprawdziła , dziś  wizytę u chirurga w celach kontrolnych, w końcu remont , bo tak się skończyła na pozór prosta wymiana armatury w prl-owskim bloku, napad amoku matki , bo akurat nie spodobało jej się, że chłopaki wiercą dziury. Gdybym jej nie pilnowała i nie zagadywała to by pewnie im łomot spuściła, a na to to wszystko jeszcze zakup ogrodowego jaccuzi ( pogoda pomogła nam podjąć tę decyzję), aktualnie czekamy na dostawę i na dokładkę podlewanie działki po ciemku. Są jednak i pozytywy: udało mi się wynieść dwie stare pralki , w tym zdezelowaną Franię. Myślałam nawet, żeby ją na działkę zatargać, nasypać ziemi i posadzić w niej kwiatki - ale byłby hicior! na całe ogródki! Niestety musieliśmy wynieść tak żeby się matka nie zorientowała więc zleciłam to majstrom , którzy i tak zabierali sedes i starą umywalkę. Do tego doszły 4 duże worki śmieci , w tym pozostałości po tym babsku co się matce na chatę wsypywała. Z ręką matki tak sobie. Zrasta się dobrze ale nie została dobrze nastawiona. więc będzie miała lekko utrudnione zginanie w łokciu. Myślę, że to jednak nie sprawa nastawienia a to , że matka ściągała sobie gips. U lekarza oczywiście marudziła, że czemu ona ma ten gips nosić i tak dalej. Opcje leczenia były dwie , jedna to zostawić jak jest i czekać te 5 tygodni aż się wygoi i druga , szpital i łamanie pod narkozą i składanie ponowne. Nie zgodziłam się na to a matka jak usłyszała szpital to zaczęła panikować, że ona nie ... Szczerze mówiąc przez chwilę korciło mnie żeby w ten szpital ją wpakować , przynajmniej bym porządki w chacie zaprowadziła, ale to nie miałoby sensu w jej wieku. Druga wiadomość to taka, że sąd okręgowy raczył był w końcu wysłać postanowienie do sądu rodzinnego w naszym mieście i powinnam niedługo dostać postanowienie z naszego sądu. Kluczowe jest co to znaczy "niedługo". Treść postanowienia tajna przez poufna, zastrzeżoną pogania. Dowiem się jak dostanę.  Dobrze, że przynajmniej na najbliższe dni mam to z głowy... Jutro obgadam sprawę opieki nad matką z synową , na 4 dni może się zgodzi , bo obawiała się trochę na dłużej z powodu tych matki wypadków. A wyjazd musimy skrócić do samej wystawy, klient nasz pan a skoro mamy mnóstwo zadań na teoretyczny koniec naszej zawodowej kariery to trzeba wykorzystać. 

środa, 24 czerwca 2026

24.06.2026 Co za dużo to nie zdrowo

 Działo się dziś u mnie ... Jutro opiszę i może zdążę też coś nie coś pokazać. Padnięta dziś jestem a mam  jeszcze jedną rzecz na allegro poszukać. Miłego wieczoru. 😍😍

wtorek, 23 czerwca 2026

23.06.2026 Czy ja muszę się wszystkimi sprawami tego świata zajmować?

 Nie mam tego zwyczaju ale czasem muszę ponarzekać. A mam na co. Stałam w długiej kolejce do rejestracji żeby matkę zapisać na wizytę kontrolną i się nie załapałam. Poprosiłam żeby wobec tego zapisały na jutro skoro dziś już "nie ma numerków" (za moich czasów w zozie też były i też czasem się kończyły ale tak mniej - więcej w okolicach 40-tego, nie opieprzali się lekarze jak dzisiaj) ale pańcia nie chciała. Nie , bo nie. Jak chcę sie od razu zarejestrować to na 30-go , czyli za tydzień. A na koniec jeszcze z parkingu pod przychodnią nie mogłam wyjechać , bo mi parkometr nie chciał rozliczyć czasu. Musiałam iść na portiernię do szpitala , zgłosić i dopiero mi ręcznie szlaban uruchomili. Wróciłam do biura i po prostu zadzwoniłam do naszego klienta , prywatnej kliniki i tam zapisali matkę na czwartek na 15.10. Zwykle to działa +/- u nich 15 minut. Do przyjęcia. I co ciekawe zapisali ją na NFZ. Powiedziałam , że kontrola, zalecenie z soru po wypadku , poprosili o numer kodu i gotowe. Można ? Można. Tyle, że to nie był koniec. D załatwiła zastępstwo, bo niestety dziecko do przedszkola iść jeszcze nie mogło i tak około 14.30 zadzwoniła jej zastępczyni, że w łazience leje się woda. W tym samy miejscu co wczoraj. Domyśliłam się, że rura odpływowa to jedno ale uszczelka też zmurszała i przecieka. Wyjaśniłam, że to ciąg dalszy, poprosiłam żeby doraźnie wytarła a jutro hydraulik wymienia i uszczelnia wszystko. Jak pojechałam wieczorem znów była woda na podłodze. Powycierałam i nie kazałam spuszczać wody , ale wątpię,  że matka będzie o tym pamiętać więc pewnie rano znów będzie to samo. Jak wchodziłam , to akurat z mieszkania poniżej wychodził nowy właściciel. Zapytałam czy go nie zalało, o mieliśmy awarię. Stwierdził, że nie zauważył , ale i tak dopiero zaczął remont w łazience i kuje ściany więc gdyby nawet to mam się nie przejmować. Na wszelki wypadek poprosiłam żeby sprawdził. No i mały zaciek jest ale nic nie kapie jak na razie. Gdyby co to przezornie ubezpieczyłam mieszkanie od zalania i pożaru, bo z matką nigdy nic nie wiadomo.   Można się we własne dupsko ugryźć. Zajmuję się wszystkim a moje domowe tematy leżą i czekają na lepsze czasy...

poniedziałek, 22 czerwca 2026

22.06.2026 Jak nie urok to...

awaria rury od kanalizacji. U mojej matki. Jak bym mało miała na głowie. Już od rana szło pod górkę. Niby nic , ale około 9.00 zadzwoniła D, że jej nie będzie , bo zaraza w przedszkolu, zawiozła małą a po dwóch  godzinach pani zadzwoniła , że ma odebrać dziecko , bo ją też dopadła jelitówka i parę innych dzieciaków. Nie zdążyła załatwić zastępstwa. Ok, rozumiem i tak jeździłam około południa dodatkowo żeby dać tabletkę przeciwbólową i zrobić coś do jedzenia czy picia to co mi za różnica. Robotę miałam jak zawsze , ale coś mnie naszło żeby rachunki popłacić od rana, zwykle robię to na koniec dnia. No i dobrze zrobiłam jak się okazało. Pojechałam o 13-tej z minutami. Podałam tabletki , odgrzałam zupę , posprzątałam po śniadaniu i chciałam przetrzeć podłogę, bo mi spadła torebka od herbaty i poszłam po mop. Wchodzę a w łazience pełno wody. Już myślałam, że mamuśka znów coś odwinęła, wytarłam, wylałam wodę z wiadra do sedesu , spuściłam i poszłam wytrzeć w kuchni. Wracam znów pełno wody. Powtórka, wytarłam i znów to samo. za chwilę pełno wody. Rozejrzałam się po łazience , nigdzie nie kapie. No to pojechałam do biura i dzwonię do hydraulika. Nasz na urlopie. Miałam drugi numer, który kiedyś dał mi syn , ten dla odmiany na robocie poza miastem a w ogóle to ma terminy za 3 tygodnie. No i tu mi łapy opadły, bo co tu robić. Zrobiło się groźnie, bo albo sąsiadów zaleje , albo mamuśka znów się na tej mokrej podłodze wyłoży. Zadzwoniłam jednak do spółdzielni mieszkaniowej, w przekonaniu , że mnie oleją jak poprzednim razem kiedy do nich dzwoniłam w sprawie awarii. Ale nie, administrator przyjechał po 15 minutach , ja tymczasem wróciłam z biura do matki , gość od razu się zorientował co się stało i zadzwonił po ichniego hydraulika. Dojechał po około godzinie. Okazało się, że pękła rura odpływowa od sedesu. i woda zamiast do kanalizacji leci na łazienkę. Facet poleciał po odpowiednią rurę i naprawił w ciągu 15 minut. A na koniec umówiłam się z nim, że wymieni armaturę. Szybko , bo już w środę jeśli zdążę kupić. Zdążyliśmy a jakże. Zaraz po obiedzie pojechaliśmy na zakupy. Jutro mu zadzwonię, że wszystko jest. Nogi mi weszły w cztery litery. Istne urwanie krawatki. Jutro zresztą nie lepiej, bo musze matkę do lekarza na kontrolę tej ręki zaciągnąć. To dopiero będzie wyzwanie. A jak by tego było mało w domu czekały na mnie ogórki do zakiszenia i parę innych tematów do ogarnięcia. 

Podobno już dziś lato...

niedziela, 21 czerwca 2026

21.06.2026 Nowości w PDzO

 Rzecz najważniejsza; na nowej bramce , nowa tabliczka z numerem - sąsiedzi przychodzą podziwiać , nikt takiej nie ma  i pasuje do reszty detali 


Róże okrywowe naprawdę okrywają - całą grządkę i nawet na ścieżkę się wciskają, muszę organizować kolejny ptasi płotek żeby je opanować 


Na patio zawisły takie stylowe lampki na stylowych wieszakach z kutego żelaza, trochę nie z tej epoki - w sumie są trzy i robią robotę 



Przy fontannie nowe-stare dekoracje. Pudło ma już swoje lata, niedawno je odnowiłam a wczoraj wstawiłam do niego doniczki z kolorowymi kwiatami


A w domku nowe półeczki i obrazki aniołkami 




I róża Suvenir - zdjęcie nie oddaje jej koloru , jak na krzaczek, który ma 40 cm i został posadzony na jesieni wyjątkowo obficie zakwitała



sobota, 20 czerwca 2026

20.06.2026 Dzień za krótki

 i niestety męczący z powodu upału. A mnie robota nie odpuszcza. Właściwie cały dzień było co robić. Skupiliśmy się jednak na pomniejszych zadaniach. Te cięższe dziś niewykonalne. Jedynie hortensję posadziłam do ziemi. Rosła w donicy. Jutro pokażę wszystko na  zdjęciach. Przymocowaliśmy nową tabliczkę z numerem działki, dwie półeczki w domku i na ścianie zawiesiliśmy aniołki z Kaszub. Trzeba było też pozbierać plony. Mamy więc koszyk truskawek i drugi czereśni, szczypior z cebulką, sałatę i groszek. I góry koperku, ale koperku nigdy za dużo. Na jutro mam podobne plany, przede wszystkim się nie przemęczać. 

piątek, 19 czerwca 2026

19.06.2026 Długi ten dzień

Miałam dziś mnóstwo spraw do załatwienia a po południu planowałam poprzekładać ciuchy , bo wciąz mam przejściowe, a przy tych upałach to przesada w takich chodzić. A tymczasem musiałam sobie zrobić wycieczkę krajoznawczą, bo małżonkowi zabrakło materiałów a dokładnie to zapomniał o jednym urządzeniu potrzebnym do wykonania zlecenia. Pojechałam , jakieś 20km od mojego miasta. W sumie to nie mam czego żałować, bo przynajmniej popatrzyłam sobie na przepiękny, stylizowany, leśny ogród. Naprawdę robi wrażenie. Drewniane rzeźby , ule w przeróżnych kolorach i formach, głazy i roślinność zasadzona tak, żeby wyglądała na samosiejki. To wszystko wśród liściastych i iglastych, wielkich drzew. Pięknie tam mają. A firma produkuje domki drewniane do ogrodów i akcesoria pszczelarskie. Sami zresztą są pszczelarzami. Może się małżonek jak zwykle załapie na jakiś słoik miodu. Po powrocie ruszyłam na zakupy. Dla nas ale i dla matki. D mi zameldowała braki w chemii domowej. Jutro zawiozę. A poza tym musiałam jeszcze wskoczyć do galerii kupić sobie mazidło do loków. Nie byłabym sobą gdybym nie poszperała po okolicznych sklepach przemysłowych. Zajrzałam do kika i pepko. Kupiłam dla matki nową ceratę na stół i skarpetki , bo swoje wszystkie ma pojedyncze , nie wiem jak to robi ale nawet jak uda mi się je poskładać to i tak jak potrzebne żadne do siebie nie pasują a dla nas poduszki na działkowe krzesełka i wyciskach do cytryny. Nabiegałam się w tym upale. Byłoby dobrze gdyby nie te 29 stopni. Teraz pada i to jest po prostu ideał. Gorąca noc i deszcz. Jutro ogródka nie poznam. Zielsko też skorzysta a jakże. Tak sobie planuję po cichu, że jednak ciężkich prac nie będziemy przy tym upale wykonywać. Pobawimy się drobiazgami siedząc w cieniu albo w domku. Ale kto to wie, co zdarzy się jutro. 

czwartek, 18 czerwca 2026

18.06.20026 Zaczęłam ogarniać

 i w miarę sensownie funkcjonować w nowej - niestety nie lepszej rzeczywistości, którą mi mamuśka zafundowała. Jak zwykle poukładałam , ustaliłam , trzymam się schematu, logistyka działa. W tym jestem dobra, Organizacja to zdecydowanie moja mocna strona. Bywa, że mnie coś zaskakuje i wywraca grafik ale szybko wracam na ustalony tor. Tak i tym razem. Sukcesywnie wynoszę matki "skarby" i robię porządki. Na razie w kuchni ; jakieś puszki po czymś, stare butelki , plastikowe pojemniki i inne dawno przez nią zapomniane klamoty. Tak poza tym w pracy jak zwykle. Popychamy te kontrakty i zaczyna to już coraz lepiej wyglądać. Może na jesień będzie koniec. Oczywiście jeśli znów nie zawalą czegoś budowlańcy. 

Zrobiło się bardzo ciepło ale przecież już za 6 dni lato. 

środa, 17 czerwca 2026

17.06.2026 Już środa

 a to znaczy, że weekend coraz bliżej a jak weekend to nasze "rodos". Zapowiadają 35 stopni na plusie - jak ja to przeżyję? Lato ma swoje prawa a jednym z nich jest upał, muszę sobie poradzić. A jak już mowa o lecie to zakwitły lipy.  Pachną upojnie ! Zapach lip to zapach mojego dzieciństwa. Dzień minął dość spokojnie. Matka nic nie odwinęła a to już duży plus. Gipsu też nie zdjęła i widzę, że to zasinienie na ręce też zaczyna zmieniać kolor na żółtawy a opuchlizna się zmniejsza. To dobry znak, znaczy, że się goi. Może nie będzie tak źle. Tylko nie wiem jak ją wyciągnę na kontrolę we wtorek jak zalecili na sorze. Rozmawiałam z moją przyjaciółką, co prawda nie zajmuje się tymi akurat sprawami ale i tak podpowiedziała mi istotną rzecz. Muszę sprawdzić jaki matka ma stopień niepełnosprawności. Jeśli chcę coś ugrać to powinna mieć "znaczny". jeśli ma inny to mam wystąpić z wnioskiem o podniesienie i uzasadnić pogorszeniem. Na razie i tak nie załatwię dopóki nie mam na piśmie ubezwłasnowolnienia z  sądu ale już \wiem od czego zaczynać.  

Po obiedzie pojechaliśmy na działkę. Przywieźliśmy koszyczek truskawek, sałatę i szczypior. Jest też groszek , ale jeszcze nie zrywałam. Inne roślinki podrosły i to sporo. Dwa dni deszczu i trochę więcej na plusie i od razu są efekty na grządkach. Zakwitła pierwsza z moich szlachetnych róż, suvenir. Ma piękny fioletowo - czerwony kolor wpadający w granatowy. Pozostałe dwie niestety nie dały rady. Jedna rośnie i wypuściła , ale nie zakwitła; może potrzebuje więcej czasu a trzecia zmarzła. Przycięłam ją radykalnie, może jeszcze odżyje ale małe szanse chyba. Nie mam doświadczenia z różami , muszę próbować. Na koniec starsza synowa wrobiła mnie w skracanie spodni. Jakoś poszło, chociaż materiał zdecydowanie nie na domową maszynę do szycia. Nie dość, że siepiący to jeszcze ciągliwy, ale dałam radę. 

wtorek, 16 czerwca 2026

16.06.2026 Taki sobie dzień

nic szczególnego. Matce jednak udało się wyplątać z temblaka i jeszcze sprytnie schowała go za krzesłem. Założyłam z powrotem , oczywiście się awanturowała i nie chciała zjeść śniadania - w ramach strajku pewnie. Pojechałam po raz drugi około 12.00 i dopiero ją namówiłam na jedzenie, chyba zapomniała że strajkuje, ale temblak miała i zjadła. Potem zajęłam się swoimi sprawami i nawet z przyjaciółką z LO pogadałam, ale inną , nie tą, której wczoraj szukałam. Zadzwoniła do mnie. W domu dokończyłam strój dla wnusi, jutro zabiorę go do pracy i dam synowi. Wnusia dziś wyjeżdża na wycieczkę więc sama nie zdąży odebrać. A wieczorem niespodzianka. Nie wiem co D jej zrobiła, ale matki nie poznałam. Grzecznie siedziała z gipsem i temblakiem na ręku, nie awanturowała się , ani nawet nie protestowała , że ma wziąć tabletki. Zrobiłam jej kolację i nawet poprosiła, żebym jej resztę zupy odgrzała a potem zagadywała mnie o działkę. Szok po prostu. Ciekawe na jak długo jej starczy. A ręka zadziwiająco szybko jej się goi. Dzień unieruchomienia i już jej zeszła opuchlizna, jeszcze nie do końca i ma siną tę rękę, ale różnica jest widoczna. Pogoda zaczęła się zmieniać, ociepliło się, przestało wiać i padać. Jak by na to nie spojrzeć za 8 dni kalendarzowe lato.  

poniedziałek, 15 czerwca 2026

15.06.2026 Z nudów na pewno nie umrę

 Jazdy z matką ciąg dalszy. Rano znów miała zdjęty gips. I nie pojmuje, że ma go mieć na ręce bo ma złamaną. Dziś jednak ją uziemiłam z pomocą swetra. Gips założyłam z powrotem zawiązałam chustę a potem wzięłam ciasny sweter , założyłam na lewą rękę i przez głowę a pusty rękaw wciągnęłam do środka i przełożyłam na plecy a potem obciągnęłam sweter aż do bioder. Z tego już się nie wyplątała. Później pojechałam do sklepu medycznego i kupiłam temblak z paskami. Jak wyłożyłam sytuację to mi sprzedawca wybrał taki z paskami zapinanymi na plecach. Nawet mnie w to ustrojstwo zapiął, żeby pokazać jak to działa. No, tego na pewno nie odepnie, nawet ja miałam kłopot, żeby sięgnąć na plecy lewą ręką. Założyłam jej wieczorem , zobaczę jak się sprawdzi. D, matki opiekunka nic podejrzanego mi nie zameldowała a to znaczy, że sobie poradziła. Oczywiście te moje pomysły nie przeszły bez problemów. Awanturowała się jak zwykle. Rozpytałam trochę o domy opieki. jeden mi odradziła D, chociaż tam byłoby najprościej załatwić, ale warunki dość marne. Dwa inne, prywatne, w okolicy około 20km od nas byłyby do przyjęcia ale dość drogie i długo czeka się na miejsce. A kolejny kawałek dalej , bo jakieś 40km (odległość też do przyjęcia) który specjalizuje się w opiece nad ludźmi z demencją niebotycznie drogi. Do mojej przyjaciółki z LO , która pracuje jako psycholog -orzecznik się nie dodzwoniłam, pomyślałam, ze ona może się orientować, bo ma z takimi sprawami do czynienia zawodowo, może coś podpowie. Spróbuję jutro. Zresztą nie ma pośpiechu , bo i tak nie mam wciąż orzeczenia z sądu a bez tego nie podziałam.

Tak poza tym szyłam dla wnuczki strój na Pyrkon, Nawet nie źle to wyszło. Taka wojowniczka. Pytanie co to za postać. Podobno z nowych filmów Marvela, nie zapamiętałam imienia niestety  ale odkąd wnusia zrobiła się samodzielna i nie oglądają już z dziadkiem filmów fantazy więc i ja wypadłam z tego universum. Jutro dokończę ręcznie kilka drobnych detali i będzie gotowy. 

niedziela, 14 czerwca 2026

14.06.2026 Wczoraj

 miał być pogodny wpis ogródkowy o pieleniu , sadzeniu kwiatków i te rzeczy a tymczasem od wczoraj zaliczam kolejną jazdę bez trzymanki z mamuśką w roli głównej. Rano było wszystko dobrze, grzecznie się przebrała, połknęła tabletki i nawet specjalnie nie protestowała, zrobiła sobie sama kawę, nawet o działkę wypytywała więc specjalnie się nie przejęłam tym co się dzieje , pozbierałam śmieci, spakowałam do worka foliowego zużyte pieluchomajtki, poukładałam w kuchni jedzenie i pojechałam. Dzień spędziliśmy na działce i jakoś przed siódmą się stamtąd zwinęliśmy i od razu pojechaliśmy do matki. Zwykle tak około 19.30 do niej zaglądam z wieczorną tabletką i jak trzeba to szykuję do spania. Czasem trzeba jej pomóc się przebrać , czasem posprzątać kolejne śmieci, w sumie nic wielkiego. A wczoraj wchodzę do domu i widzę, że w drzwiach do pokoju leżą dwa jej swetry. W pierwszej chwili pomyślałam ,że pewnie chciała poukładać albo schować do szafy, upuściła i nie pamiętała, że ma podnieść. Wchodze do pokoju i zdębiałam , dosłownie mnie zatkało. Stolik odsunięty pod szafę , radio gra a mamuśka leży na podłodze na kołdrze z poduszką pod głową poprzykrywana jakimiś swetrami, ręcznikami , nocnymi koszulami i nie wiem czym jeszcze. Obok niej leżą zdjęte pieluchomajtki i nocna koszula , którą dzień wcześniej przyniosłam wypraną i położyłam jej na fotelu, całkiem mokra. Z jednego i drugiego dosłownie ściekało. Nie sprawdziłam co. Mówię do niej co ty robisz, na tej podłodze, czemu nie leżysz na łóżku. "Tak się położyłam". ???? Dalej wstawaj mówię, pomogę ci się podnieść, złapałam ją za ręce , zaczęła wrzeszczeć, ona nie może , wszystko ją boli, w ogóle umiera , ale mi podpadło, bo zauważyłam ,że ma siniak na prawej ręce , Pytam się co zrobiłaś , uderzyłaś się ? Wrzeszczy: nic nie zrobiłam , wszystko mnie boli , w ogóle umiera. Popatrzyłam uważniej na tę jej rękę  i widzę , że ma jakąś dziwnie skrzywioną. Zaczęło mi coś świtać, pomyślałam ,że mogła złamać, a jak nie może się ruszyć i wszystko ją boli , to może być, że ma coś więcej uszkodzone niż rękę. Zawołałam małżonka, żeby mi pomógł ją podnieść. Podparł ją pod ramiona, ja chwyciłam za lewą rękę i pod kolanami , żeby jej nogi ułożyć w pozycji do wstania , matka znów wrzeszczy, że nie może , że ją boli i w ogóle umiera . Wezwałam pogotowie. W międzyczasie małżonek pojechał po moją torebkę, bo na działkę nie zabierałam , a tam noszę wszystkie dokumenty. Ratownicy przyjechali za jakieś 20 minut zaraz po nich małżonek z dokumentami. Wyjaśniłam co i jak , z matką się nie dogadali , ona nic nie zrobiła, nie wie kiedy się to stało i w ogóle wszystko ją boli i tak dalej. Jak zaczęli ją pytać to wyszło , że jest 2020 rok. Cała ta ich rozmowa z nią to był jeden cyrk. Zabrali na sor. Jaki cyrk odstawiła przy ubieraniu i podnoszeniu to opisać trudno, wcześniej przy badaniu też , ale orzekli , że tylko ma złamaną rękę. A jak ją na tym krzesełku "chodzącym po schodach" znosili na dół to nadal marudziła i to tak głośno, że sąsiedzi powychodzili patrzeć co się dzieje. Pierwsze co zrobiłam jak wyszli to ogarnęłam bałagan i wywaliłam śmieci, które trzymała w torbie na kółkach za drzwiami. Dawno to chciałam zrobić ale nie miałam jak, bo widziała i od od razu była afera. Stwierdziłam ,że nie mam co lecieć od razu na sor, bo zanim zrobią badania i ją poskładają to ze dwie godziny zejdą. Pojechaliśmy do domu coś zjeść , przebrałam się w normalne ciuchy i dopiero pojechałam. I tak musiałam czekać jeszcze godzinę i trochę, aż ją wypiszą. I jak tak siedziałam na tej poczekalni z czytnikiem w ręce i niby czytałam ale gdzieś mi się po głowie tłukło to co zastałam i co ona mogła zrobić. No i znów mi  coś zaczęło świtać; bo gdyby nawet spadła z kanapy razem z pościelą i nawet ściągnęła sobie poduszkę i podłożyła pod głowę to musiałaby leżeć przodem do drzwi a leżałam tuż przy drzwiach i nogami w stronę okna. No i ten przysunięty pod szafę stolik. Normalnie ma go tak, ze siedząc na kanapie może sobie na nim postawić telefon , kubek z kawą itp. Stolik nie ma kółek więc sam nie odjedzie. Najwyżej mógł sie przewrócić. No i te ciuchy , którymi się poprzykrywała... Wszystko co jej przyniosłam wyprane i położyłam na fotelu , żeby sobie schowała do szafy... No , zagadka stulecia... Musiała z premedytacją sobie to legowisko zorganizować... Nadal jednak nie wiem jak sobie tę rękę złamała. Nie chce używać chodzika, wciąż chodzi z tą swoją laską i zamiast się nią podpierać to trzyma ją w powietrzu, podejrzewam , że się jakoś o nią zahaczyła i upadła. Odebrałam ją z tego soru,  odwiozłam do domu , położyłam do łóżka i pojechałam. Dotarłam do domu o północy. Tyle, że to nie koniec. Rano wchodzę do domu , a pojechałam trochę wcześniej niż zwykle, żeby zrobić jej śniadanie i pomóc się ogarnąć , wchodzę i się zagotowałam. Zdjęła temblak i gips też. Miała założoną taką rynienkę. do połowy, zabandażowaną i unieruchomioną chustą. Nawrzeszczałam na nią , założyłam z powrotem , ogarnęłam co trzeba , zapowiedziałam ,że przyjadę z obiadem i pojechałam , przyjechałam z obiadem i znów to samo, gips zdjęty, ręka boli, spuchła jak bańka , założyłam jej gips z powrotem . I tak jeszcze kolejne trzy razy. Byłam tam w sumie w ciągu dnia sześć razy. Łapy mi opadają. Kłóci się ze mną , że ona nie ma złamanej ręki i po co ona ma te rękę unieruchamiać i chusta jej przeszkadza i w ogóle. Nie wiem co z tym zrobić , no nie wiem i już. Jak jutro znów ten gips zdejmie to chyba ją znów na sor zawiozę i się jakoś dogadam ,żeby w szpitalu została, bo inaczej to jej się ta ręka nigdy nie zagoi albo jakiś stan zapalny dostanie i w ogóle źle się skończy. Mam nadzieję, że po drugiej tabletce nasennej faktycznie zaśnie i nic już nie odwinie przynajmniej do jutra. Jedną jej podałam o wpół do ósmej ( nie zadziałało), drugą przed niecałą godziną.  No i tyle z mojego weekendu... 

piątek, 12 czerwca 2026

12.06.2026 Tydzień śmignął

 z prędkością światła. Nie powiem ,że mnie to  nie cieszy. Dwa dni wolne , dwa dni na działce. No nie całkiem , bo w niedzielę musimy odwiedzić cmentarze, 9 i 10 przypadały imieniny teściowej szwagierki, jutro imieniny dziadka małżonka a w niedzielę urodziny mojego ojca. Trzeba im znicze zapalić ... Ale po kolei. Dziś za wiele roboty w biurze nie było, jakimś cudem wyrobiłam się w trzy dni po tej wyjazdowej przerwie więc się urwaliśmy po zakupy ogrodowe. Konkretnie to preparat na mszyce, bo mi na bób zaczęły włazić, a jak na bób to za chwilę się wszędzie rozpanoszą. Trzeba coś zaradzić. No a jak już wpadliśmy do "mrówy", to i na kwiatki. Do działu z roślinami znaczy. I oczywiście pusto nie wyszliśmy. Naszym łupem padły dwie doniczki nachyłka barwierskiego i coś do skalniaka. Potem jeszcze po drodze zahaczyliśmy o brico, bo małżonek jakiś zaworek potrzebował i znów na kwiatki. Tym razem wyszliśmy z jeżówką w pięknym ogniowym kolorze i serduszką. Moja , którą posadziłam z kłącza chyba zmarzła, bo nie widzę rosnącej. A tu się trafił większy krzaczek już kwitnący.  Będzie jutro co robić. Jest jeszcze parę roślinek, które mamy w planach i na pewno po nie wrócimy. Pod koniec dnia wpadła do biura nasza wnusia , żeby opowiedzieć o egzaminach. Zdawali na poligonie , w centrum szkoleń w Poznaniu. Za zadanie miała rzut granatem do celu, ratowanie rannego na polu wali i składanie słynnego karabinu Grot. Luuuudzieee! Dziewczyny w wojsku !!! Aż mnie korci żeby "za moich czasów" - zawołać. Cała jej wojskowa klasa zdała. Wnusia bezbłędnie. A w najbliższym czasie wybiera się z klasą na wycieczkę a zaraz po ze swoją ekipą miłośników fantazy na Pyrkon. Babcia z dziadkiem nagrodzili oczywiście dobry wynik, bo jak inaczej. A starszy wnusiu kończy klasę ósmą i dziś właśnie mają zabawę z tej okazji... 

Po obiedzie jak co piątek wybraliśmy się na zakupy cotygodniowe. Za dużo dziś tego nie było, ale uzupełnić trzeba. 

czwartek, 11 czerwca 2026

11.06.2026 Cieszy mnie to,

że pada. Natura nadrabia miesiące suszy. Cieszę się , bo wreszcie wszystko podrośnie. Chwasty też , niestety. Chociaż nie, to nie są chwasty , to jest roślinność spontaniczna. Czego to ludzie nie wymyślą... 

Dzień jak każdy , bez rewelacji. Zaplanowaliśmy w końcu urlopy. Tym razem my pierwsi , bo już od 6 lipca. Na lipiec bierzemy też do pracy  jednego z naszych praktykantów. Zapytał czy mógłby popracować w wakacje. Czemu nie, zwłaszcza , że na praktykach się sprawdził. I znów trochę zaszalałam, zamówiłam wieszaki do lamp , które mają oświetlić patio. Lampy już mam. I może dokupię jakieś byliny na zieleniaku. Moja koncepcja "płonącego" ogrodu chyba się nie sprawdzi. Nie wszystkie kwiaty, które zaplanowałam dobrze się czują na gliniastym podłożu. A na razie to mam nadprodukcję koperku. Rośnie wszędzie nawet w trawniku. 

Wnusia zdała dziś egzaminy wojskowe czyli tak jakby zawodowe. Za rok przystąpi do matury. 

środa, 10 czerwca 2026

10.06.2026 A to dobre...

 Trochę się dziś ubawiłam. Trochę , bo tak w ogóle to nie jest to takie zabawne. Powiedziałabym, że raczej normalne. No ale jak się do normalności dorobi filozofię , to już inna bajka. Miałam dziś kilka chwil wolnych w pracy to sobie poczytałam. Polityki i katastrof konsekwentnie unikam od jakiegoś czasu to skupiłam się na ciekawostkach. Jakiś portal (nie pamiętam jaki, aż tak się nie skupiałam na czytaniu wiadomości) podrzucił mi artykuł o działkowiczach. Słowo działka to kolejne u mnie słowo- klucz więc od razu zajrzałam. No i czytam, że działkowanie jest trendy a jeszcze kilka lat temu to był obciach , bo na działki chodzili tylko emeryci, a tymczasem ogródkami działkowymi zainteresowali się ludzie w wieku 30+ i 40+ , bo to tak dobrze wpływa na funkcjonowanie. I tu zaczyna się dorabianie ideologii. Bo: aktywność fizyczna, pobyt na świeżym powietrzu, zdrowa żywność, wypoczynek w najbliższej okolicy czyli niskobudżetowy i proekologiczne , bo nie latamy samolotami zatem nie zaśmiecamy naszej planety. I w końcu więzi sąsiedzkie , interakcje personalne w zaprzyjaźnionym, wąskim gronie czy jak zwał tak zwał. I całe to towarzystwo lat 30-40 z plusami zamiast latać co weekend do innego kraju- jak to jeszcze niedawno bywało, żeby sobie selfiki strzelić i mieć co na fc czy inne tiktoki wrzucić , jeździ na rodzinne ogródki działkowe ogrodzone siatką kilometr od domu i robi sobie selfiki z dziabką i grabkami w dłoni i pudłem sadzonek pomidorów w tle. A do tego chwali się tym, że tam taki spokój i tak wspaniale się wypoczywa i nabiera energii. No koniec świata! Coś w tym jednak jest, niektóre punkty potwierdzam z własnych doświadczeń ; ten o aktywności fizycznej i wypoczynku i zdrowych warzywach i o sąsiadach... Ale z tą ekologią to jednak przesadzili... Jeszcze brakuje, żeby ginące rzemiosła zaczęli przywracać i zajęli się cerowaniem skarpet i skręcaniem sznurków albo prostowaniem gwoździ... 

Tak poza tym dzień dość spokojny. Na koniec pojechaliśmy po kolejne truskawki. Podlewanie odpadło, bo zaczęło padać. A małżonek kupił mi bransoletkę z agatów z Botswany. Przepiękna !  Przy czasie zrobię fotkę i się pochwalę. 



wtorek, 9 czerwca 2026

9.06.2026 Było - minęło...

Przyznać się muszę, że denerwowałam się trochę przed tym wyjazdem. Z powodu matki. D, jej opiekunka wprawdzie jest profesjonalna, ale jednak miałam obawy. Głównie dlatego, że ostatnio matka się potłukła i to groźnie. D. wywiązała się wprost idealnie, dopilnowała wszystkiego jak trzeba i nawet zadzwoniła w trakcie pobytu, żeby mi o tym powiedzieć. Wyjazd tradycyjnie jak co roku dzień przed świętem, co daje nam tę przewagę, że nie było wielkiego tłoku na drogach i sprawniej się jedzie. A jechało nas dużo, bo dodatkowo koledzy i koleżanki naszej młodzieży. Z nami zabrał się kolega naszego starszego wnuczka i on sam. Z jego rodzicami jechały dwie dziewczyny z ich paczki. Z wnuczką i jej rodzicami zabrała się przyjaciółka wnuczki. Młodzieży już trochę nie po drodze tylko z dorosłymi. Najmłodszy z wnuków i tak miał koleżanki, bo na przyczepkę jechali sąsiedzi naszej młodzieży z dziećmi. Ci dojechali następnego dnia, tak jak i nasz pracownik z partnerką i jeszcze jedni na przyczepkę w ilości 5 sztuk. Wyjechaliśmy dość wcześnie i na miejscu byliśmy już około 16.00 z minutami. Młodzież podobnie. To popołudnie poświęciliśmy na rozpakowanie i odpoczynek. Pokręciliśmy się po miasteczku, poczytaliśmy, poszliśmy na kawę i przywitać się z  właścicielem ośrodka, takie tam… Piękny widok na jezioro z tarasu domku, który tradycyjnie już zamieszczałam w postaci fotki przy każdej relacji z wyjazdu, w tym roku zasłoniła nam – ni mniej - ni więcej, tylko stodoła wybudowana wprost na plaży. Ogromnych rozmiarów. Teoretycznie siedziba WOPR ale faktycznie są tam jakieś budy z gastronomią i prawdopodobnie będzie hotel. Potem dowiedzieliśmy się, że postawili ją nielegalnie, zainteresował się tym NIK i w ogóle jest to jakiś przekręt. Jak się skończy ?  Może się dowiemy za rok. Następnego dnia zapowiadali wiatr i było święto więc specjalnie niczego nie zaplanowaliśmy, dopiero na wieczór ognisko i spływ kajakowy na sobotę , bo piątek miał być deszczowy. Spałam nieprzyzwoicie długo w ten czwartek i gdyby nie dość krzywa kanapa pewnie powylegiwałabym się  jeszcze dłużej. Dzień nam minął na spacerowaniu, czytaniu i w końcu ognisku jak było w planach. Jak to już bywało na naszych ogniskach działo się dużo i nieprzewidywalnie. Tym razem też. Jak zwykle piekliśmy kiełbasę i ziemniaki. Koleżanka wnuczki zabrała na wyjazd gitarę więc i śpiewy były, nie koniecznie do rytmu i bez fałszywych nut, ale każdy się starał. Nawet spacerowicze podchodzili i dołączali na chwilę do nas żeby pośpiewać czy też posiedzieć chwilę przy ognisku. A im więcej czasu mijało tym zabawa się rozkręcała i towarzystwo ruszyło do tańca. Za chwilę okazało się, że mamy solidną widownię tuż za płotem. I pewnie zabawa ciągnęłaby się jeszcze długo ale zaczęło padać.


Impreza się rozkręca b

 Następnego dnia prognozy pogody się sprawdziły; lało. Może nie jakoś mocno ale dość długo i jednostajnie. Młodzież starsza i młodsza grała w planszówki a my wybraliśmy się do Chojnic, a potem do Charzykowych , niby do baru As na sandacza z zestawem surówek , bo tam są najlepsze i jak nie cierpię ryb, to akurat tam mi smakują. Małżonek lubi więc korzystamy. Niestety się nie najedliśmy , bo  nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Bar zapchany głodomorami pod same drzwi, czas oczekiwania ponad godzinę. Skończyło się na zupach i grzankach z masłem i świeżym czosnkiem niedźwiedzim. W trakcie gdy się przemieszczaliśmy zadzwoniła koleżanka z zaprzyjaźnionej firmy , która też ma domek w pobliżu i umówiliśmy się z nią i jej mężem na kolejne spotkanie po sobotnim spływie. A potem pojechaliśmy już na umówione wcześniej  spotkanie z Fuscillą. Tradycyjnie spotykamy się co roku już od 22 lat! Fuscilko, dziękujemy ! Za spotkanie, pogaduchy przy winku, pyszny podwieczorek i śliczne kaszubskie aniołki oraz inne gadżety. Uzupełnią wystrój naszego działkowego PDzO. Wróciliśmy gdy zaczął zapadać zmierzch.

Te cudeńka podarowała nam Fuscillka , a te poniżej to moje zdobycze - wypatrzyłam w wiejskim sklepie spożywczo- przemysłowym 

Na W sobotę zaplanowaliśmy spływ kajakowy.  Trochę obawiałam się, że te żółtodzioby , które do nas dołączyły nie dadzą rady przez jeziora , zwłaszcza jak będzie wiało. Wybrali sobie trasę teoretycznie lżejszą , bo z biegiem Brdy  i jeziorami. Fakt rzeką łatwo, ale na jeziorach trzeba sobie wiosłami pomachać, szczególnie gdy są fale. Trasa Chocimą choć bardziej wymagająca ruchowo to jednak bezpieczniejsza. Ale skoro chcieli… Pogoda jednak nam dopisała, z przystani wyruszyliśmy niemal armadą, bo aż 12 kajaków i nawet po jeziorach płynęło się bez większego wysiłku.

Armada na szlaku 



Zahaczyliśmy oczywiście o jezioro Płęsno i zatoczkę gdzie młodzież i dzieciaki się zwykle taplają w wodzie. Czasem my też , ale jak na dziadków to było zbyt chłodno. 

Nad jeziorem Płęsno 


I punkt docelowy - most w Drzewiczu 

W Drzewiczu odebrała nas obsługa ośrodka. Po obiedzie starsza młodzież poszła na plażę  się wygrzewać w słońcu, młodsza poszła w miasteczko, dzieciaki jak zwykle ganiali się po ośrodku  a my pojechaliśmy na spotkanie. Trochę trudno do nich trafić, nawet nawigacja ma z tym problemy ale gdy już dotarliśmy ja wpadłam w zachwyt. Mają piękną leśną chatkę , na dużej leśnej działce , przepięknie urządzoną drewnem. Gadało nam się świetnie a czas sobie leciał aż zrobiło się ciemno. I pewnie gdyby nie fakt, że czekało nas pakowanie to pewnie jeszcze by potrwało. W niedzielę już się nic nie działo w ośrodku. Spakowaliśmy swoje rzeczy , zrobiliśmy porządek , bo zawsze robimy , pożegnaliśmy się z właścicielem ośrodka przy okazji rezerwując domki na przyszły rok i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zahaczając o tor cartingowy i park rozrywki w Człuchowie. Młodzież oczywiście pojeździła „bolidami”. Wygrał nasz starszy wnusiu, druga była wnuczka, potem koleżanka wnuczki i nasz młodszy. Pozostali trochę gorsze osiągi ale część jeździła po raz pierwszy.  Wróciliśmy około 17.00 zaliczając po drodze obiad. Wieczorem jak zwykle pojechałam do matki. W ogóle nie skapowała, że mnie nie było mimo, że D jej o tym mówiła. Myślała, że byłam na działce… 

Byłam , a raczej byliśmy - po truskawki 



poniedziałek, 8 czerwca 2026

8.06.2026 No i dopadło mnie

 szaleństwo w pracy. Nie tylko to zresztą ale miałam dziś mnóstwo do zrobienia. Nawet bez chwili na kawę. Po obiedzie działka, wizyta u matki i zakupy. Lodówka po wyjeździe świeciła pustkami więc nie było wyjścia. I tym sposobem , moja relacja z wyjazdu musi poczekać na lepszy czas. Co się odwlecze to nie uciecze - jak mówi przysłowie. Nadrobię ! Moje nowe kaszubskie gadżety też pokażę i ogródkowe zbiory też. 

niedziela, 7 czerwca 2026

7.06.2026 Koniec tego dobrego

 wróciliśmy i od jutra szara rzeczywistość. Było super, nic się tym razem nie wydarzyło, czego byśmy sobie nie życzyli, matka też nic nie odwinęła i D spokojnie dała sobie z nią radę a na działce czekały dojrzałe truskawki. Napiszę o wszystkim obszerniej jutro. Dziś ogarniam się powyjazdowo. Miłego wieczoru! 

wtorek, 2 czerwca 2026

2.05.2026 No to jadę - znowu

 Tym razem na weekend. Spakowani, sprawy matki dograne i obgadane w szczegółach, działka podlana. Mam nadzieję, że nic się nie wydarzy. 

Ostatnie dwa dni miałam w biegu ale od jutra odpoczywamy.   Do zobaczenia ( napisania) w niedzielę ! 🖐🖐🖐😎



poniedziałek, 1 czerwca 2026

1.06.2026 Słówko się rzekło

 Zatem muszę dotrzymać i załączyć parę fotek.

Jeden z zachwycających widoków w  drodze do bazy kajakowej


Taką odrobinę luksusu podarowano nam na czas pobytu - łóżko było mega wygodne- po raz pierwszy wyspałam się w hotelu 


A to nasz pawilon hotelowy usytuowany na wysokiej skarpie z okami wprost na las - te widoczne od tej strony są na holu 

Otoczenie hotelu 


I znów widoki 


I widok na Izerę 


I znów widok - na skały nad Izerą


Ekipa w akcji 


Malowniczy zakątek na Izerze 




Restauracja Turnov - te żyrandole są zbudowane z kufli do piwa 


I jeszcze więcej widoków


Restauracja w hotelu należącym do fundacji ( kolacja numer2) 


Czytelnia hotelowa w w/w restauracji ( niestety nie zapamiętałam nazwy)


I jeszcze jeden widok - dokąd prowadzi ta mroczna, leśna ścieżka ???




 

niedziela, 31 maja 2026

31.05.2026 Przydał się ten wyjazd

Po części rekreacyjny, po części służbowy. Zaplanowany na 3 dni. Pierwszy to dojazd, zakwaterowanie i odpoczynek , drugi atrakcje turystyczne i trzeci zwiedzanie fabryki i prezentacje i oczywiście powrót. Jechaliśmy z kolegą z zaprzyjaźnionej firmy. Do Swarzędza odwiózł nas starszy syn, a dalej jechaliśmy z kolegą. Jechaliśmy bez pospiechu , gadając o różnych sprawach mniej lub bardziej istotnych, żartowaliśmy sobie – zwyczajnie jak w podróży żeby nie było nudno a czas mijał szybciej. W Czechach kolega źle zjechał na rondzie i nadłożyliśmy trochę drogi , jakieś trzydzieści parę kilometrów ale w sumie na złe nie wyszło, bo widoki były przepiękne. Dotarliśmy jakąś godzinę i trochę przed czasem . Hotel „Prezidnzka Chata” okazał się prywatnym hotele właściciela fabryki.  Urządzony w stylu szwajcarskiej chatki tzw. Chatelet ( nie jestem pewna czy poprawnie to napisałam) ale nowocześnie. Pokoje hotelowe były w osobnym pawilonie i dosłownie mnie zatkało. Okazały się luksusowe . Nawet bardzo, pokażę na zdjęciach, choć nie oddadzą jakości. A do tego panoramiczne okno i las wchodzący niemal do pokoju!  Hotel mieści się w górzystym , mocno zalesionym terenie pomiędzy Liberec a Jablonec , czyli bardzo blisko granicy.  Dla samych widoków warto tam pojechać. Zastanawiam się jak w tym górzystym terenie i odległym od miasta ogarnęli sprawę mediów. Działał nawet internet , był zasięg w telefonach … Ciekawostka. Hotel „ „Prezidenzka” istniał już na początku XXw jak i kilka innych podobnych obiektów w okolicy , ale stał zapomniany przez wiele lat , przez jakiś czas służył jako schronisko ale gdy zaczęła się pandemia kupił go obecny właściciel i przekształcił w luksusowy obiekt. Przed kolacją zrobiliśmy sobie krótki spacer po terenie spacerowym i kolejne zaskoczenie; oprócz budynku właściciel wykupił poprzez fundację rodzinną kilkadziesiąt hektarów okolicznych łąk, po to by zostały na zawsze łąkami a nie dostały się w ręce praskich deweloperów. Kolacja była bardzo po czesku czyli „czośniczka” ( zupa czosnkowa , zresztą bardzo smaczna) i knedliczki z wołowym gulaszem, a potem na co kto miał ochotę. I do woli piwa . Ja nie skorzystałam , bo piwa nie lubię, zamówiłam sobie drinka. Przy biesiadnym stole gadaliśmy prawie do północy.  Następny dzień był przeznaczony na rekreację i aktywność na świeżym powietrzu. Zaplanowano nam spływ kajakowy rzeka Jizera. Po obfitym śniadaniu w hotelu wyruszyliśmy. Na miejsce jechaliśmy autokarem firmowym. Też luksusowym. Nie było to daleko , jakieś pół godziny jazdy bardzo stromymi i krętymi drogami . I tu mieliśmy co podziwiać, bo widoki rzucały na kolana. Czechy , nie te miejskie, znane z folderów turystycznych , ale prowincjonalne są bardzo piękne i bardzo , bardzo zielone. Królują wiekowe, dostojne świerki i fantastyczne złoto-zielone łąki. W miejscowości Mala Skala czekały już na nas kanadyjki i przewodnik. Po krótkiej instrukcji jak się poruszać tym sprzętem wsiedliśmy do łódek i zaczęła się wyprawa. Pierwszy raz płynęliśmy kanadyjką i jednocześnie górską rzeką. Na tym odcinku bardzo płytką i nie zbyt rwącą. Nurt przyśpieszał tylko momentami i na samym początku w miejscu małego progu , który trzeba było pokonać tworzył się wir. Od razu zrozumiałam dlaczego kanadyjka a nie kajak. Kajak na takie wody jest za ciężki.  Dla poczatkujących kanadyjkarzy szalejąca na kamieniach i piargach woda nie do ogarnięcia. Jak byśmy nie skontrowali, kręciliśmy się w kółko.I tu znów na złe nie wyszło, bo stanęło na tym ,że przewodnik popłynie z moim małżonkiem a ja zrobię zdjęcia a poniżej progu wsiądę i popłyniemy dalej. I tak się stało. Dalej już poszło. Było świetnie, choć trochę minęło zanim złapaliśmy odpowiedni rytm. Momentami rzeka zwalniała i płynęła leniwie , momentami stawała się bardzo płytka aż kanadyjka szorowała po kamienistym dnie , momentami tworzyły się wiry a nurt pędził jak szalony i wtedy niemal wszyscy kręcili się w kółko zanim udało się wpłynąć w środek i skierować dziób we właściwą stronę. Ze szlaku nie mam zdjęć , bo niestety nie było czasu ich robić, trzeba było panować nad kanadyjką i wiosłem.  Przed wypłynięciem zaokrętowaliśmy na kajak wielką , plastikową beczkę zakręcaną dużym korkiem. Te beczki służyły za wodoodporny magazyn, gdzie można było schować dokumenty, suche ciuchy i takie tam. Czesi zabierają na takie wypraw piwo i przechowaniu tego specjału też służą im te beczki. Oprócz kanadyjek były też w użyciu pontony, na których pływała młodzież szkolna. I tu kolejne zaskoczenie: jeden opiekun na 4 pontony , jak nam wyjaśnił nasz czeski opiekun grupy, u nich jest taka norma. U nas nie do pomyślenia. A już fakt, że młody wyleciał z pontonu i nikt z tego powodu problemu nie robił , młodzież wciągnęła zmoczonego delikwenta z powrotem i płynęli dalej traktując zajście jak przygodę. U nas – pewnie by się skończyło potężną awanturą z udziałem rodziców, prokuratora i telewizji.  Dopłynęliśmy do Turnov , po drodze robiąc sobie przerwę na lody i napój w leśnym ośrodku turystycznym z knajpką i w Turnov poszliśmy na obiad. Też czeski . Tamtejsza zupa z ziemniaków i placki ziemniaczane ale nie jak u nas z gulaszem ale podane jak burito. Wypełnione wołowiną i odrobiną modrej kapusty. Bardzo smaczne ale bardzo syte. Do tego większość piwo , my , opiekunka grupy i nasza znajoma z  której mężem jechaliśmy prosecco. Wracaliśmy również autobusem , który już na  nas czekał na parkingu przed restauracją. Zdjęcia robiłam żyrandolom – zbudowanym z kufli od piwa. Po powrocie mieliśmy czas wolny, na wypoczynek, drzemkę, spacer  czy co tam kto chciał. Kręciliśmy się trochę po ośrodku i okolicy , a  potem czas był na kolejne jedzenie . Czesi karmią ; tłusto , słodkawo i obficie. Generalnie , jedzenie mają przepyszne ale ciężkie i nie jedzą warzyw. Na kolację do wyboru zupa koperkowa lub rosół i kaczka lub polędwiczki wieprzowe. Wybrałam koperkową i polędwiczki. No i oczywiście piwo lub coś… Damska część wycieczki , mój małżonek i kolega , który nas wiózł prosecco. Po kolacji, która miała miejsce w popbliskiej restauracji , do której szliśmy pięknym szlakiem z widokiem na Jablonec a okazała się również własnością fundacji właściciela fabryki wróciliśmy do naszego hotelu na ciąg dalszy, I znów piwo się lało a rozmowy ciągnęły długo. Uśmiałyśmy się do łez z koleżanką i jednym z instalatorów tłumacząc naszemu czeskiemu opiekunowi mówiącemu po polsku , zawiłości polskiego języka. Długo by opowiadać, zwłaszcza gdy omówiłam mu słowo żółć złożone z polskich znaków a koleżanka próbowała wyjaśnić znaczenie wylewania na kogoś żółci . Od razu pojawiło się „wieszanie na kimś psów” i temu podobne . Gość po każdym słowie miał coraz większe oczy, a my coraz większy ubaw. Chyba mniej teraz rozumie niż przed rozmową z nami.  Następnego dnia było zwiedzanie nowej fabryki , prezentacje sprzętu i powrót. Fabryka a szczególnie jej wystrój robi wrażenie , tu niestety był zakaz robienia zdjęć i jest to zrozumiałe. Ubrali nas w białe , mało stylowe kitelki i piorunochrony na buty po czym poszliśmy zwiedzać. Obejrzeliśmy pięć super nowoczesnych linii technologicznych , laboratorium , punkt kontroli produktów a potem przez stołówkę wracaliśmy do sali szkoleniowej. Na mnie wrażenie zrobiła stołówka . Bardzo długie , dobre 30 m pomieszczenie przechodnie , po jednej stronie wypełnione dolnymi szafkami, górnymi szafkami i pólkami wyposażone we wszystkie możliwe sprzęty; dwie zmywarki , kilka lodówek wbudowanych w szafki, dwa profesjonalne ekspresy do kawy , kilka kuchenek , dwa duże piekarniki , cały rząd kuchenek mikrofalowych naliczyłam 8 sztuk , a po drugiej stronie nie wielkie stoliczki z krzesłami , gdzie można spokojnie i wygodnie zjeść. Wszystko w pięknym szaro-zielonkawym kolorze z drewnianymi elementami. Można pozazdrościć warunków pracy. Po krótkiej przerwie weszliśmy do sali szkoleniowej , prezentacja zajęła dwie godziny , rozmowa kolejne dwie , na koniec jeszcze czekaliśmy chwilę aż nasi znajomi załatwią sprawy formalne, bo to oni są dystrybutorem producenta na Polskę zachodnią i byli organizatorami tego spotkania. W tym czasie rozmawialiśmy z czeskimi opiekunami – prawie wszyscy mówią a przynajmniej rozumieją j. polski. A potem już wyruszyliśmy w drogę powrotną. Około 21.00 byliśmy w Swarzędzu ,gdzie odebrał nas syn z wnuczką. I oczywiście jak to faceci , musieli obgadać fury. I tym sposobem dotarliśmy do domu około 23.00. Było warto. Pogoda nam sprzyjała , około 20 stopni to akurat na takie wyprawy , a ja odcięłam się od wszystkiego. Jakoś tak psychicznie odpoczęłam, chociaż wczoraj jeszcze dawał mi się we znaki kręgosłup, bo kanadyjki nie mają podparcia pleców w przeciwieństwie do kajaków. Wpis wyszedł długi więc fotorelacja jutro.