miał być pogodny wpis ogródkowy o pieleniu , sadzeniu kwiatków i te rzeczy a tymczasem od wczoraj zaliczam kolejną jazdę bez trzymanki z mamuśką w roli głównej. Rano było wszystko dobrze, grzecznie się przebrała, połknęła tabletki i nawet specjalnie nie protestowała, zrobiła sobie sama kawę, nawet o działkę wypytywała więc specjalnie się nie przejęłam tym co się dzieje , pozbierałam śmieci, spakowałam do worka foliowego zużyte pieluchomajtki, poukładałam w kuchni jedzenie i pojechałam. Dzień spędziliśmy na działce i jakoś przed siódmą się stamtąd zwinęliśmy i od razu pojechaliśmy do matki. Zwykle tak około 19.30 do niej zaglądam z wieczorną tabletką i jak trzeba to szykuję do spania. Czasem trzeba jej pomóc się przebrać , czasem posprzątać kolejne śmieci, w sumie nic wielkiego. A wczoraj wchodzę do domu i widzę, że w drzwiach do pokoju leżą dwa jej swetry. W pierwszej chwili pomyślałam ,że pewnie chciała poukładać albo schować do szafy, upuściła i nie pamiętała, że ma podnieść. Wchodze do pokoju i zdębiałam , dosłownie mnie zatkało. Stolik odsunięty pod szafę , radio gra a mamuśka leży na podłodze na kołdrze z poduszką pod głową poprzykrywana jakimiś swetrami, ręcznikami , nocnymi koszulami i nie wiem czym jeszcze. Obok niej leżą zdjęte pieluchomajtki i nocna koszula , którą dzień wcześniej przyniosłam wypraną i położyłam jej na fotelu, całkiem mokra. Z jednego i drugiego dosłownie ściekało. Nie sprawdziłam co. Mówię do niej co ty robisz, na tej podłodze, czemu nie leżysz na łóżku. "Tak się położyłam". ???? Dalej wstawaj mówię, pomogę ci się podnieść, złapałam ją za ręce , zaczęła wrzeszczeć, ona nie może , wszystko ją boli, w ogóle umiera , ale mi podpadło, bo zauważyłam ,że ma siniak na prawej ręce , Pytam się co zrobiłaś , uderzyłaś się ? Wrzeszczy: nic nie zrobiłam , wszystko mnie boli , w ogóle umiera. Popatrzyłam uważniej na tę jej rękę i widzę , że ma jakąś dziwnie skrzywioną. Zaczęło mi coś świtać, pomyślałam ,że mogła złamać, a jak nie może się ruszyć i wszystko ją boli , to może być, że ma coś więcej uszkodzone niż rękę. Zawołałam małżonka, żeby mi pomógł ją podnieść. Podparł ją pod ramiona, ja chwyciłam za lewą rękę i pod kolanami , żeby jej nogi ułożyć w pozycji do wstania , matka znów wrzeszczy, że nie może , że ją boli i w ogóle umiera . Wezwałam pogotowie. W międzyczasie małżonek pojechał po moją torebkę, bo na działkę nie zabierałam , a tam noszę wszystkie dokumenty. Ratownicy przyjechali za jakieś 20 minut zaraz po nich małżonek z dokumentami. Wyjaśniłam co i jak , z matką się nie dogadali , ona nic nie zrobiła, nie wie kiedy się to stało i w ogóle wszystko ją boli i tak dalej. Jak zaczęli ją pytać to wyszło , że jest 2020 rok. Cała ta ich rozmowa z nią to był jeden cyrk. Zabrali na sor. Jaki cyrk odstawiła przy ubieraniu i podnoszeniu to opisać trudno, wcześniej przy badaniu też , ale orzekli , że tylko ma złamaną rękę. A jak ją na tym krzesełku "chodzącym po schodach" znosili na dół to nadal marudziła i to tak głośno, że sąsiedzi powychodzili patrzeć co się dzieje. Pierwsze co zrobiłam jak wyszli to ogarnęłam bałagan i wywaliłam śmieci, które trzymała w torbie na kółkach za drzwiami. Dawno to chciałam zrobić ale nie miałam jak, bo widziała i od od razu była afera. Stwierdziłam ,że nie mam co lecieć od razu na sor, bo zanim zrobią badania i ją poskładają to ze dwie godziny zejdą. Pojechaliśmy do domu coś zjeść , przebrałam się w normalne ciuchy i dopiero pojechałam. I tak musiałam czekać jeszcze godzinę i trochę, aż ją wypiszą. I jak tak siedziałam na tej poczekalni z czytnikiem w ręce i niby czytałam ale gdzieś mi się po głowie tłukło to co zastałam i co ona mogła zrobić. No i znów mi coś zaczęło świtać; bo gdyby nawet spadła z kanapy razem z pościelą i nawet ściągnęła sobie poduszkę i podłożyła pod głowę to musiałaby leżeć przodem do drzwi a leżałam tuż przy drzwiach i nogami w stronę okna. No i ten przysunięty pod szafę stolik. Normalnie ma go tak, ze siedząc na kanapie może sobie na nim postawić telefon , kubek z kawą itp. Stolik nie ma kółek więc sam nie odjedzie. Najwyżej mógł sie przewrócić. No i te ciuchy , którymi się poprzykrywała... Wszystko co jej przyniosłam wyprane i położyłam na fotelu , żeby sobie schowała do szafy... No , zagadka stulecia... Musiała z premedytacją sobie to legowisko zorganizować... Nadal jednak nie wiem jak sobie tę rękę złamała. Nie chce używać chodzika, wciąż chodzi z tą swoją laską i zamiast się nią podpierać to trzyma ją w powietrzu, podejrzewam , że się jakoś o nią zahaczyła i upadła. Odebrałam ją z tego soru, odwiozłam do domu , położyłam do łóżka i pojechałam. Dotarłam do domu o północy. Tyle, że to nie koniec. Rano wchodzę do domu , a pojechałam trochę wcześniej niż zwykle, żeby zrobić jej śniadanie i pomóc się ogarnąć , wchodzę i się zagotowałam. Zdjęła temblak i gips też. Miała założoną taką rynienkę. do połowy, zabandażowaną i unieruchomioną chustą. Nawrzeszczałam na nią , założyłam z powrotem , ogarnęłam co trzeba , zapowiedziałam ,że przyjadę z obiadem i pojechałam , przyjechałam z obiadem i znów to samo, gips zdjęty, ręka boli, spuchła jak bańka , założyłam jej gips z powrotem . I tak jeszcze kolejne trzy razy. Byłam tam w sumie w ciągu dnia sześć razy. Łapy mi opadają. Kłóci się ze mną , że ona nie ma złamanej ręki i po co ona ma te rękę unieruchamiać i chusta jej przeszkadza i w ogóle. Nie wiem co z tym zrobić , no nie wiem i już. Jak jutro znów ten gips zdejmie to chyba ją znów na sor zawiozę i się jakoś dogadam ,żeby w szpitalu została, bo inaczej to jej się ta ręka nigdy nie zagoi albo jakiś stan zapalny dostanie i w ogóle źle się skończy. Mam nadzieję, że po drugiej tabletce nasennej faktycznie zaśnie i nic już nie odwinie przynajmniej do jutra. Jedną jej podałam o wpół do ósmej ( nie zadziałało), drugą przed niecałą godziną. No i tyle z mojego weekendu...