U nas nic nie dzieje się po kolei i bez niespodzianek. Mężusia zaatakował wirus. Taka typowa jelitówka. Załapał pewnie od dzieciaków, bo jak byli u nas to akurat tuż po. No i nie pojechał do pracy , na zmianę leży i okupuje "locum scritum"- jak mówiliśmy w szkole. A plan był taki żeby skorzystać z cieplejszych dni i pojechać na działkę. Nie powiem i ja skorzystałam , bo popołudnie spędziłam z książką na kanapie. Całkiem mi się takie popołudnie podoba , zwłaszcza, że i książka od wnusi okazała się sympatyczniejsza niż się zapowiadało.
Tak poza tym to urwałam się dziś do miasta na świąteczne zakupy, no i mam wszystko co potrzebuję , żeby zrobić pasztet i fałszywego zająca. Resztę to już na bieżąco przed samymi świętami. Na jutro mam zapowiedziane przesyłki : limonkowy żakiet i paczkę ze szkółki z sadzonkami kwiatów. Na razie poczekają aż założymy trawnik, a to mamy w planach na sobotę. Zobaczymy czy się uda, bo niby ma się mocno ochłodzić.
Wracając z pracy uświadomiłam sobie, że nasza starsza młodzież za tydzień obchodzi 20 rocznicę ślubu . D w u d z i e s t ą! Trudno mi w to uwierzyć Trzeba będzie sprawić im jakiś fajny prezent.