od biura, bo nie od obowiązków jako takich. Ostatnie dni roku były naprawdę szalone. Bo czy to nie jest szaleństwo kupowanie auta dla firmy w ostatnim dniu roku , w dodatku przez telefon i na dodatek auta , którego się nie widziało? Jest szaleństwo. Cud, że w ogóle się to udało. Auto odbieramy już 9 stycznia. Mieliśmy piękne plany sylwestrowe, spotkanie z przyjaciółmi , kolacja , szampan o północy... I koniec końców się to udało , ale... No zgadujcie ? A tak moja mamuśka w akcji. 31 spotkaliśmy się w firmie, nawet wcześnie, na toaście i kawie . Złożyliśmy sobie życzenia i tym razem już o 13 z minutami zamykaliśmy. Zdążyłam się ucieszyć, że mam sporo czasu na przygotowania , a tymczasem ledwo weszliśmy do domu i zaczęłam szykować coś do jedzenia ; telefon. Zadzwoniła do mnie babka z banku matki, że mama przyszła po emeryturę , nie ma dowodu , opowiada, że nie ma za co kupić jedzenia, nie ma chleba ani nic a jak się okazało , że bez dowodu jej nie wypłacą to się zaczęła awanturować. Wyjaśniłam , że ma demencję, że to nie prawda, że ma co jeść , rano zaniosłam jej zakupy na dwa dni, w tym obiady do odgrzania a zakupy robię codziennie i że dowód jest u mnie , ze względu na tę kobietę co ją okradała albo wyłudzała od niej kasę. Kobiety w banku ją znają , bo raz , że bank 200m od matki domu a dwa to ma tam konto odkąd bank istnieje w tym miejscu. Od razu załapała o co chodzi i zapytała co ma powiedzieć. No to jej uzgodnioną z babeczkami z ops-u i dzielnicowym historyjkę zapodałam i zaproponowałam ,że przyjadę. Stwierdziła, że spróbuje ją uspokoić i jak by był większy problem to do mnie jeszcze raz zadzwoni. Nie zadzwoniła, a ja spojrzałam na zegarek, właśnie dochodziła 14.00 więc stwierdziłam ,że zaraz będzie kolejna afera , bo na 14.00 przychodzi opiekunka i jak zobaczy, że matki nie ma , a nie daj Boże jeszcze mieszkanie otwarte to się zdenerwuje. Zadzwoniłam, akurat podjechała pod blok. Powiedziałam co i jak, stwierdziła, że zaraz sprawdzi czy otwarte a potem wyjdzie po nią w stronę banku. Drzwi jednak były zamknięte ( a kilka dni temu szukałam matki klucza i nie znalazłam , czyli musiała go jednak gdzieś mieć), D zeszła na dół a mamuśka już dochodziła do bloku. Tak zasuwała , a normalnie to "nie ma siły wstać, chodzić, dosyć się nachodziła" itd. Pogadałam jeszcze chwilkę z opiekunką , stwierdziła, że mam się nie przejmować , uspokoi matkę , historyjkę o dowodzie jej powtórzy, życzyłyśmy sobie do siego roku i tyle. Za jakieś 10 minut dzwoni opiekunka. Bo mama chce ze mną rozmawiać, a nie wie jaki mam numer ( ma wpisany w telefonie), dała jej telefon i matka mi opowiada, że nie ma dowodu, pewnie zgubiła , że jej nie chcieli dać emerytury i tak dalej. Mówię, jej ,że ma się nie przejmować , dowód jej odbiorę po świętach z policji, bo zgubiła i ktoś oddał , a dzielnicowy kazał mi przyjechać po nowym roku, bo dziś i jutro tylko patrole jeźdżą. To co ja mam robić? Mówię , że nic, pogadaj z panią D , zrób jej kawę z okazji nowego roku , albo idźcie na spacer . Zaczęła się dziko śmiać, stwierdziła, że dobrze już się nie denerwuje ( a kto ją tam wie?) i niby wszystko dobrze. Zabrałam się za robotę , a po jakich 20 minutach znów dzwoni opiekunka, potwornie zdenerwowana aż nie mogła mówić. Spytała, czy ja mogę ją już teraz zwolnić od mamy, bo właśnie dostała telefon od szefa jej męża , że odwiózł go do szpitala ,bo jakiś wypadek i musiałaby pojechać. Oczywiście kazałam jej jechać natychmiast i się nie przejmować. Dziś już wiem, że zemdlał , szef go zawiózł a przyczyną było pęknięcie wyrostka. Dzień wcześniej skarżył się co prawda na bóle brzucha ale zwalili to na nadmiar świątecznego jedzenia a tymczasem problem był dużo poważniejszy. I tym sposobem z robotą byłam już godzinę do tyłu. Wyrobiłam się jednak , choć nie do końca tak jak chciałam ale ta improwizacja i tak mi się nie źle udała. Przyjaciółkę chyba w kompleksy wbiłam niechcący, stwierdziła, że ona takich wyszukanych dekoracji jak moje i dopracowanych w każdym detalu robić nie umie ( nie prawda , umie, choć ma całkiem inny styl niż ja, ale w to nie wierzy) i w sumie kolacja sylwestrowa nam się udała. Po północy wyszliśmy odpalić fajerwerka, jak już wystrzelił, małżonek posprzątał, sprawdził, czy wszystko wystrzeliło i wyniósł do kosza na śmieci, I wiecie co , wszyscy co tam odpalali z okolicznych domków i bloków zarobili to samo. Po raz pierwszy na ulicy nie zostały żadne resztki po petardach i flarach. A potem zrobiliśmy sobie spacer wzdłóż ulicy , dopiliśmy resztę spumante i około 2.00 nasi przyjaciele się pożegnali.
Rano oczywiście musiałam się wygrzebać z ciepłego łóżeczka i pojechać do matki. Nic już z wczoraj nie pamiętała a ja nie wspomniałam ani słowem o całej akcji. A potem spałam prawie cały dzień zamiast świętować swoje hmmm 62 -gie po raz czwarty urodziny, faktycznie 65-te . Tego mi jednak było potrzeba.
Kochani , jeszcze raz najlepsze życzenia noworoczne !
P.S. Zapomniałam ; tak wyglądał mój stół w wersji sylwestrowej
Podziwiam hart ducha! Trzeba mieć nerwy ze stali. I Ty je masz!
OdpowiedzUsuń