babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

środa, 8 kwietnia 2026

8.04.2026 Krew się lała,

 nie, nie trup nie padał na szczęście , ale obraz godzien horroru. Nic nie zapowiadało tej jazdy i już myślałam , że wszystko zagra i po obiedzie zabiorę się za poświąteczne doprowadzenie domu do stanu używalności i jakąś małą przepierkę a tu o 14.12 telefon od D. opiekunki mojej matki. Weszła do mieszkania a tam pełno krwi, wszędzie, w przedpokoju, kuchni, łazience , w pokoju , na szafkach , podłodze . No masakra na całego a matka siedzi na kanapie , przykłada sobie ręcznik do nosa i rolkę papieru toaletowego do kolana, cała roztrzęsiona. D. sprawdziła co jej jest, zatamowała krew i za telefon do mnie. No i opowiada, że matka się przewróciła, ma roztrzaskane kolano i rozcięty nos a wszędzie jest pełno krwi i chyba wezwie karetkę i jeszcze, że matka próbowała do mnie dzwonić ale nie odbieram. No to ja od razu mówię, że już jadę , tylko jakieś środki opatrunkowe zorganizuję. Kilka domów, po drodze do matki , dalej mam aptekę więc wpadłam , kupiłam wodę utlenioną, dwa opakowania gazy i plastry i poleciałam. Akurat syn też wychodził z biura jak odebrałam telefon, zamknęliśmy i już poleciałam. D. zdążyła zmyć podłogę i zetrzeć krew ze szafek. Co faktycznie się stało , się nie dowiedziała. Matka twierdziła, że nie wie; wyszła z łazienki i się przewróciła.  Jak tylko przyjechałam, obejrzałam rany i mi włos na głowie się zjeżył. Na nosie skóra rozcięta na jakieś 2cm prawie do kości, na kolanie otarcie ale takie ,że kość wyłaziła, wielkości mniej- więcej dwuzłotówki. Wyglądało, jak by tym kolanem przejechała po betonie.  "Na moje trzeba to szyć". D stwierdziła, że też tak myśli i od razu chwyciła za telefon i zadzwoniła na 112. Po może 15 minutach przyjechali ratownicy, obejrzeli i stwierdzili, że matkę zabierają, bo uraz twarzoczaszki, nie wiadomo czy coś poważniejszego się nie stało i rany głębokie. Matka w panice, ona do szpitala nie pojedzie, ona się nie ubierze i nie ma kluczy , no wymyślała niestworzone rzeczy. Ratowniczka jakoś ją uspokoiła, że tylko ją do lekarza zabierają, zrobią opatrunki a ja w tym czasie jakoś ją ubrałam w to co pod ręką w tym dwie różne skarpety. Przyniosłam wyprane pranie tuż przed świętami , w tym i sparowane skarpetki i za cholerę żadnych nie było do pary, nie mam pojęcia co ona z tym zrobiła. Na szybko sprawdziłam jeszcze telefon czy faktycznie dzwoniła do mnie , ale nie dzwoniła, wybierała jakieś przypadkowe numery nie wiadomo dokąd a mój numer ma pod przyciskiem sos. Ratownicy kazali mi przyjechać za godzinę na sor. Pojechałam jeszcze do biura , zwinęłam komputer a potem do pepco kupić jej jakieś spodnie dresowe, bo nie kazali rajstop zakładać , a te co jej włożyłam na jazdę spodziewałam się, że potną ( i miałam rację) a potem pojechałam na sor. Pani z recepcji powiedziała, że jest na sali zabiegowej i za jakieś pół godziny powinno być po sprawie. No to poszłam do piekarni obok , po jakąś bułkę , bo zgłodniałam i na drugą stronę ulicy do apteki po coś przeciwbólowego, bo pomyślałam, że po tym szyciu będzie obolała i wróciłam na sor. Ale byłoby za pięknie, gdyby było wszystko zgodnie z planem. Czekałam może z 20 minut , patrzę a mamuśkę wiozą na wózku na tomografię. Wrócili po jakiś 20 minutach. I pewnie czekali na opis. W sumie dopiero o 17.15 ją wypuścili. Lekarz mnie poprosił do gabinetu, wyjaśnił co i jak i dopiero mogłam wyjść. Kolano jej zaszyli, nos ma poklejony jakimś takim specjalnym opatrunkiem i niestety złamany w kilku miejscach , na szczęście bez przemieszczeń kości. Do wieczora spuchł i zsiniał a na koniec jeszcze okazało się, że ma ogromnego krwiaka na dłoni. Lekarzowi nie pokazała. Obejrzałam , porusza palcami i dłonią więc nie połamała, ale też jej puchnie. Muszę jutro jakieś okłady zrobić. Na noc dałam jej tabletkę przeciwbólową i ziołową na spanie. Nie chcę, żeby w nocy wstawała , a ma ten zwyczaj, że kręci się po mieszkaniu jak ją co napadnie, bo może znowu się przewrócić. Niech lepiej śpi. Rano zajrzę i ogarnę co trzeba. Wykończyło mnie to wszystko. A najlepsze , że D zaliczyła dziś takie akcje aż trzy z wzywaniem karetki , w tym dwie z rozlewem krwi. Ratownik jak ją u mnie zobaczył to się zaczął śmiać i powiedział, "ty D już lepiej dzisiaj jedź do domu , bo za chwilę znowu się spotkamy u kolejnego twojego podopiecznego". Dziewczyna była zestresowana solidnie, aż mi jej żal było, bo niby zachowywała się profesjonalnie ale widziałam ,że ręce jej się trzęsły jak dzwoniła. I to by było na tyle... Z nudów na pewno nie umrę... 

1 komentarz: