babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

piątek, 20 lutego 2026

20.02.2026 Jak dobrze,

że dziś już piątek. Dzień taki sobie, w miarę spokojny , nie wiele się działo/ I nawet to sobie dziś chwaliłam , bo lenia przedwiosennego dostałam. Obejrzałam to i owo do ogródka , takie różne przydasie i wiosenną ofertę ciuchów. Ale najważniejsze to pogoniłam dłużników. A w moim przybiurowym ogródku zaczęło się coś dziać. Zajrzałam pod liście a tam już wypuszczają irysy i hiacynty. 

Po obiedzie pojechaliśmy jak co piątek na zakupy. Niby wiele nie miałam w planach ale i tak się uzbierały dwa pełne koszyki i siatka z zakupami dla matki. W marketach sezon ogródkowy zaczęty. Wszędzie nasiona, kwiaty w doniczkach do posadzenia i narzędzia ogrodnicze. Kwiaty to jednak stanowczo za wcześnie , nawet te wiosenne. Ziemia zmarznięta na kamień. Do ogródka nic jednak dzisiaj nie kupiłam. Może jutro, bo się wybieramy do Poznania. Nasza starsza synowa obchodzi w poniedziałek  45 urodziny i chcemy zrobić jej jakiś fajny prezent. Pewnie polatamy i po innych sklepach. 

A teraz wracam sobie do mojego czytnika i przygód poznańskiej policji . 

czwartek, 19 lutego 2026

19.02.2026 Na wiosnę się ma

 Mimo, że w nocy było -10 , dzień okazał się całkiem przyjemny , świeciło słońce i w tym słońcu czuło się już to wiosenne ciepełko. Ale do kalendarzowej jeszcze trochę . Nie mniej wiosnę już widać , bo pod resztką śniegu na biurowym trawniku zauważyłam pierwszą wiosenną roślinkę.  A mnie już tak na ogród ciągnie... Na razie jednak musiałam popracować nad ofertami. Synowa na krótkim urlopie więc mnie dopadło. Daje radę , a ten mój starszy synalek zaczął wrabiać mnie w oferty serwerów. Nie znam się na tym i nawet nie próbuję się nauczyć, bo to wyższa szkoła jazdy informatycznej. Pytam się więc po pięć razy o to samo a on się denerwuje, że nie wiem. Młodemu się wydaje pewnie, że ja jeszcze ze dwadzieścia lat będę pracować i powinnam  się znać i na serwerach...

Domowo robię sobie dziś luz. Siedzę na kanapie, oglądam tv i popijam herbatkę. I pewnie dalej bym sobie tak spokojnie siedziała ale jak wiadomo mam obowiązki więc wieczorem muszę do matki pojechać. Ciekawe co się okaże , bo rano jakaś zakatarzona była. Opiekunka mi nie dzwoniła, że coś nie tak więc chyba nic się nie działo w ciągu dnia.  Skończyłam kolejną książkę i dziś chyba wrócę do pana Ćwirleja. Czytnik robi robotę. 

środa, 18 lutego 2026

18.02.2026 Pyry z gzikiem

 jak przystało na Popielec zrobiłam dziś na obiad. Miało być postnie ale się objedliśmy, bo to najlepsze danie świata. No cóż, jeszcze jeden sposób na celebrowanie tradycji , bo ten kościelny post coraz mniej do mnie przemawia, zwłaszcza , że jeśli się trzymać Bibli i listów Św. Pawła , to cokolwiek człowiek robi robi na chwałę bożą. Jeśli je to na chwałę bożą, jeśli wybiera post to też na chwałę bożą. Oczywiście to ma i szerszy kontekst, który podważa nauki hierarchów więc w sumie niech u podstaw zostanie tradycja. A skoro środa popielcowa to dla mnie już jakby wiosna. Jakoś ta środa zawsze mi się kojarzy z wiosną. 

Z innych spraw to poczytałam ostatnio trochę wiadomości w necie i od pięciu dni wszyscy mają nowy powód bicia piany i robienia ludziom wody z mózgu. A poszło o wywiad z pierwszą, świętą matką -Polką. Widziałam kawałek tego wywiadu w tv i nie zachęciło mnie do obejrzenia całości. W ogóle nie lubię tej kobiety , ma w sobie coś odpychającego wręcz złowrogiego, ale to inna sprawa. Doczytałam potem o co chodzi z tym wywiadem i o co ta wrzawa. I powiem tak: okazało się, że ma większe jaja niż jej ślubny, bo jednak do tego wrażego TVN-u poszła, a on nie. To, że nie wypadła dobrze wizerunkowo , to tez pikuś - nie każdy dobrze czuje się przed kamerami , nie każdy lubi występy publiczne, a jeszcze ten szary kolor ciuchów swoje dołożył. Nie jest to jej kolor , stać ją na więcej gdy chodzi stylizacje .To, że ma własny pogląd i podjęła takie a nie inne decyzje w życiu to nie powód do obrażania się na nią. Kiedy je podejmowała , miała wybór. Kolejne po niej , zwłaszcza ostatnie dziesięć lat już tego wyboru nie miały bo im posunięcia polityków prawo wyboru odebrały, niektóre nawet brak wyboru przypłaciły życiem. Dobrze, że o tych swoich wyborach  opowiedziała ale na tym niestety koniec pozytywów. Znacznie gorzej to wyszło gdy padły bardziej szczegółowe pytania np. o tym co myśli na temat stanu prawnego. Tu już się wykręciła sianem , albo milczała. I wyszło słabo , jak by się bała, że jak powie co naprawdę o tym myśli to dostanie w domu łomot. I jak się można było spodziewać ,jeszcze jedna, która zamiast murem stanąć po stronie kobiet , je zwyczajnie olała.   i to by było na tyle... 


wtorek, 17 lutego 2026

17.02.2026 Podobno ...

 podobno dziś dzień kota. Zośkę wymiziałam wczoraj więc powiedzmy, że z góry na dzisiejsze kocie święto. Czy państwo wiedzą, o tym dniu kota to nie wiem, ale Zośka i tak jest rozpieszczana a i tak chyba nie wie o co w tym chodzi. To tak a propos dziwactw internetowych i kotów.  

Auto odebrałam , jeździ , nie dzwoni, nie piłuje, nie gwiżdże i nawet grzeje. A ostatnio było z tym słabo. Nie lubię ogrzewania w aucie więc mi nie przeszkadzało, ale majster zrobił. Tym lepiej dla majstra. Tak poza tym jutro odbieramy wyleasingowane auto. 

Zus przysłał nam pity - aż dziw bierze, bo ubiegłym roku dostałam bardzo późno. Nie wiem czy już nie po terminie ale może to zasługa poczty. 

Nadal zimowo. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

16.02.2026 15 lat

 skończył dziś nasz starszy wnuczek. Z tej okazji dziś świętowaliśmy. Tak w tygodniu , bo wczoraj teściowie młodszego syna urządzali obiad z okazji swoich 45 lat pożycia a w czwartek całą rodzinką jadą na krótkie ferie do Czech. No to wypadło, że w dniu urodzin. Kto by pomyślał , że to już piętnastolatek , a dopiero co jeździł w foteliku samochodowym i w kółko oglądał bajki  o sąsiadach - majsterkowiczach. A dziś przerósł nas o głowę, jeździ autem mini-car i planuje karierę zawodową w policji. 100 lat kochany Wnusiu! 

Tak poza tym moje auto zostało w warsztacie. Mieli trochę zaległości z minionego tygodnia i nie zdążyli zając się moim , dopiero po południu zaczęli, ale wiadomo, to wymaga czasu więc muszę cierpliwie poczekać do jutro. No trudno, nie mogę przecież jeździć gwiżdżącym i dzwoniącym autem. Na koniec sypnęło śniegiem ale dopiero wieczorem i dość krótko. Zimę mamy jak należy, a nie takie coś pomiędzy jak ostatnich dziesięć lat z haczykiem. 

niedziela, 15 lutego 2026

15.02.2026 Jak się polepszy,

 to wiadomo co dalej. U mnie się nie polepsza jak na razie  a żeby było śmieszniej to się  popieprzyło. Zastrajkowało mi auto. Wracałam od matki i nagle zaczęło wydawać odgłosy jak by ktoś piłą mechaniczną drewno piłował albo łańcuchami dzwonił. A właściwie to jedno i drugie. Wcześniej jechaliśmy na działkę i nie piłowało ani nie dzwoniło. Jutro muszę do mechanika podjechać czyli znów nieplanowany wydatek. 

Na działce nic się nie dzieje, zrobiliśmy sobie spacer alejkami, pogadaliśmy z sąsiadem , który też wpadł na ten sam pomysł i tyle. Wróciliśmy do domu. Przyjemnie się spacerowało przy lekkim mrozie i słońcu. Gryzie mnie ten ogródek , już bym chciała coś tam robić. Jak na razie to sąsiedzi też jeszcze nie zaczęli prac ogrodowych czyli obcinania drzewek. Prace remontowe też stoją, bo mróz. Nie ma liści i bujnej roślinności więc teraz widać ile się zmieniło w ogródkach. Nasz sektor, alejka numer 2 jest najbardziej zadbany z wszystkich. Jeszcze trochę...


sobota, 14 lutego 2026

14.02.2026 Niby że Walentynek nie świętujemy ,

ale nie da się nie świętować. Małżonek , wczoraj na zakupach do koszyka  włożył mi bukiet tulipanów. Są śliczne, takie wesołe czerwono-żółte. Przed południem upiekłam róże karnawałowe . Niby miało być tylko trochę ale i tak wyszło ich dużo.  Pyszne są i je podjadamy co chwilę . Zaraz je pokażę na zdjęciach. Późnym popołudniem pojechaliśmy jeszcze uzupełnić zakupy, których wczoraj nie zdążyłam zrobić do końca przez ten informatyczny pożar u klienta i szukanie serwera "od ręki". Te sprzęty się zamawia a nie kupuje z półki jak proszek do prania. Tak czy inaczej zakupy dziś  dokończyłam , a potem pojechaliśmy jeszcze do mrówy. Dostałam bon upominkowy na imieniny od naszej młodzieży "na latarnię na taras" , bo mi się młodzież pytałam co bym chciała. To sobie zażyczyłam latarni na taras . A że młodzież nie mogła się zdecydować , którą wybrać to mi dali bon , żebym sama wybrała. No to sobie wybrałam , dużą , tak z 70cm wysokości , z szufladką na zapasowe świeczki na dole i szybkami w oprawie jak w starej kamieniczce. Pięknie będzie. A jak już tam byliśmy to oczywiście obejrzeliśmy nowości wielkanocne (tak, tak, zajączki już kicają po regałach) i oczywiście ogródkowy sektor zaliczyliśmy. Kupiłam fasolkę, marchewkę, ogórki, koperek , bób i oczywiście turki. Już nie mogę się doczekać tego ogródka. Tyle, że wciąż trwa zima, która wróciła wczorajszej nocy sypiąc delikatnie śniegiem a dziś szczypiąc lekkim mrozem , no i trzeba poczekać na ten ogródek. Tak powinno być, to dopiero luty. I jak tak pomyślę to w ubiegłym roku i wcześniej o tej porze miałam już w biurowym ogródku zakwitające irysy. Resztę dnia sobie odpuściłam , pełny luz : czytnik, kawa i wygodne miejsce na kanapie. 

Teściowie naszego młodszego syna świętują dziś szafirowe gody. 

A teraz jak obiecałam , zdjęcia karnawałowych róż

                                                           na etapie powstawania 


Już prawie gotowe, z kleksikiem dżemu z owoców dzikiej róży po środku


Trochę pudru-cukru dla poprawy wyglądu i gotowe , a właściwie to już połowa zjedzona 


I jeszcze coś na Walentynki , tym razem po polsku
ale w moich rockowych klimatach - Kult  





piątek, 13 lutego 2026

13.02.2026 Dziś krótko

 bo już mi się nic nie chce , jak mi młodzież zadzwoniła, około 20.00, że mam pilnie sprzęt namierzyć bo u klienta "pożar" ( znalazłam a i owszem) to wysiadłam. Jutro postaram się jakiś ciekawszy kawałek naskrobać. A tak w ogóle to same powody do swiętowania: tłusty czwartek , piątek -13, Walentynki i jakiś dzień singla w niedzielę... 

czwartek, 12 lutego 2026

12.02.2026 Pączek w maśle

Nie, nie w maśle , a po przemysłowemu na oleju. Przyznać jednak muszę , że te z miejscowych PSS-ów są bardzo smaczne , nie zbyt wielkie i nie opite tym olejem. A takie dziś były u nas w firmie dla dopełnienia tradycji tłustego czwartku. Ja sama , jeśli piekę, to klasycznie , na smalcu i obtaczam w cukrze – nie polewam lukrem ani nie pudruję. Kiedyś były jeszcze specjalne odmiany tłuszczu do smażenia pączków i chruścików „ceres” i „oma” ale to już historia. A skoro już zahaczyłam o dawne nuty to temat rozwinę i sobie powspominam - pączki właśnie !

Najmłodszy z barci mojego dziadka był z zawodu piekarzem. Z takiej przedwojennej szkoły, terminował u mistrza i stopniowo poznawał tajniki wypieków chleba i ciast. Zaczynał od donoszenia worków z mąką , potem rozwiązywania ich i dosypywania odpowiednich ilości , poprzez kolejne piekarskie czynności aż do egzaminu mistrzowskiego. Przed wojną , w czasie wojny i jeszcze krótko po , zanim mu władza ludowa nie odebrała biznesu prowadził swoją piekarnię . Po jego chleb i wypieki zjeżdżali się klienci z całego województwa. Od niego nauczyłam się piec ciasto drożdżowe- zdradził mi też swój mistrzowski patent na to, żeby zachowało świeżość- poznałam tajniki nieupadania biszkoptu i sposób na dobre pączki. Tu niestety muszę się przyznać, że jestem beztalencie cukiernicze , bo oprócz drożdżowego i  może z trzech innych ciast nie wiele mi wychodzi. Pączki wychodzą mi pyszne , ale do mistrzostwa Wujka - Dziadka mi daleko. Pieczenie pączków przez Wujka- Dziadka to był cały ceremoniał. Zanim przystąpił do pracy przygotowywał odpowiednie ingrediencje. Układał wszystko na wielkim kuchennym stole i sprawdzał jakość mąki, rozcierając ją w palach i smakując końcem języka , potem rozbijał jako na talerz i sprawdzał stan żółtka i białka , wąchał smalec czy świeży, potem drożdże, sprawdzał świeżość mleka i tak dalej. Jeśli coś nie odpowiadało standardom , szedł do spiżarni po inne, po czym misterium pączkowe zaczynało się od nowa.  Gdy już wszystko było jak trzeba zaczynało się wyrabianie i wyrastanie ciasta. Ciasto Wujek – Dziadek wyrabiał ręcznie, nie żadną kulką, kopyścią czy o zgrozo : mikserem! Ręcznie a uzasadniał to trochę poetycko tym ,że ciasto drożdżowe potrzebuje ciepła dłoni piekarza, żeby nabrało odpowiednich właściwości i wyrosło jak należy i całkiem praktycznie tym ,że czuje wtedy ,że ciasto jest należycie wyrobione. I w jego wykonaniu wyrastało. Po kilku chwilach ugniatania stawało się gładkie jak aksamit i deliktne jak skóra małego dziecka. Wyrastało w mocno nagrzanej  kuchni gdzie w piecu  buzował żywy ogień – bo u wujostwa gotowało i piekło się na ogniu mimo, że na wyposażeniu kuchni była też kuchenka elektryczno-gazowa. Gdy już ciasto odpowiednio wyrosło Wujek-Dziadek rozgrzewał tłuszcz w wielkim żeliwnym garze a ciocie : żona i córka Wujka  formowały pączki i nadziewały je powidłami śliwkowymi, których zapasy zawsze były pod ręką . Wujostwo mieli spory sad więc i śliwek na powidła nie brakowało. Pączki układały na dużych deskach , a potem kolejne porcje Wujek – Dziadek osobiście wkładał do wrzącego smalcu , czekał aż same się odwrócą i potem wyjmował na wielkie sitko , gdzie ociekały z nadmiaru tłuszczu , przez 5-10 sekund , po czym jedna z cioć obtaczała je w misce z dość grubym cukrem, warunek : musiały być gorące, jeśli choć trochę przestygły cukier się nie przyklejał. Powstawało takich pączków na jeden raz około 160 czasem więcej . Były wszystkie równiutkie jak pod sznurek , nie za wielkie i wszystkie złocisto-brązowe, obsypane cukrowym szronem. Piekło się takie pączki tylko zimą w karnawale i na ostatki. Objadaliśmy się potem tym przysmakiem bez opamiętania , chrupiącym z wierzchu i puszystym jak chmurka , żółciutkim w środku. Ostatni raz jedliśmy wujkowe pączki gdy nasi synowie byli w  wieku 4 i 5 lat , pojechaliśmy w odwiedziny i akurat trafiliśmy na tę ceremonię. Nasze chłopaki zjadając wpychali je sobie do buzi dwoma rączkami , mażąc sobie przy tym policzki i noski powidłami i oblepiając siebie , ubrania i stół cukrem. A ja zapamiętałam ten pączkowy niezapomniany smak i konsystencję  na zawsze. I pewnie nigdy już nie zjem lepszych. Kiedy sama zabieram się za pączki zawsze wspominam Wujka – Dziadka i jego pączkowe misteria odprawiane przy kuchennym stole i rozgrzanym piecu.

środa, 11 lutego 2026

11.02.2026 Na szerokich wodach

 dziś młodzież. Samodzielnie , bez naszego wsparcia negocjowali ogromny kontrakt. Długo to trwało ale wyszło na nasze. Jutro jeszcze jedno spotkanie w tej sprawie. W sumie już w trakcie realizacji ale wyszły całkiem nieprzewidziane sprawy i ogrom błędów popełnionych przez projektanta. Będą poprawki. Jak to możliwe? Ano możliwe, nie pierwszy raz kiedy wyłapujemy takie braki, ale tym razem to jest ich tyle, że nie sposób wykonać kontrakt w sensowny sposób i nie narażając klienta na dodatkowe koszty i nie mówię tu o kilkuset złotych. Młodzież sobie poradziła a jak sobie inwestor sprawę z projektantem załatwi to już nie nasze zmartwienie. Przyznam się, że trochę się denerwowałam co z tego wyniknie. 

Tak poza tym porządek z zębem zrobiłam. Został mi jeszcze jeden i na jakiś czas mam z głowy wydatki na zdrowie. Małżonek jeszcze w trakcie , ale ma pecha. Co się umówi na planowe leczenie to mu jakaś stara plomba wypada , jeszcze po poprzednim dentyście i zamiast realizować plan , dentystka gasi pożary, znaczy stare dziury zalepia. 

Temperatury na plusie ale mało przyjemnie , bo znów wilgoć w powietrzu. 

wtorek, 10 lutego 2026

10.02.2026 Zalew

pluszowych misiów, różowych kokardek i wszelkiej maści serduszek na patykach, że niby Walentynki niedługo. Sezon w handlu cienki więc jakoś trzeba ożywić. Można i tak za pomocą serduszek , baloników i misiaczków.  Dzień dziś jak każdy, bez rewelacji. Ogarnęłam papiery i uwaga! pościągałam faktury z syfu , ksefu znaczy. Nie jest to trudne ale roboty dodatkowej od cholery. Całkiem zbędnej. Po południu zrobiłam matce pranie. Jutro poskładam i jej odniosę. I tak poza tym to koniec mojej działalności na dziś. I szczerze mówiąc nie za bardzo mam ochotę na więcej. A skoro nie mam to czas sobie umilam słowem pisanym. Czytnik przydatny się okazał i owszem. 

Obcięli nam drzewa pod oknem i to tak konkretnie. Sterczą same takie kołki. Jakoś jaśniej się zrobiło w mieszkaniu. Na wiosnę wierzby odżyją , choć teraz wygląda to dość upiornie. 

Miałam plan żeby jutro coś na tłusty czwartek upiec, niestety zapomniałam , że mam wizytę u dentysty dość późno. Raczej mi się nie uda. Ale nic straconego ; po drodze jeszcze Walentynki i Podkoziołek. 

poniedziałek, 9 lutego 2026

9.02.2026 Tak jak zwykle

 w poniedziałek, czyli nijako. Nie wiele się działo tak w ogóle. Emeryturę mi dziś wypłacili z wyrównaniem więc od razu nadwyżkę na ogródkowe sprawy przeznaczę. Jeszcze nie wymyśliłam na co dokładnie ale na pewno na ogródek. 

Ogarnęłam już jako-tako czytnik więc sobie teraz muszę jakiś abonament na ebooki załatwić. Rozejrzę się co ciekawego z tych e-książek w moim klimacie ma empik. Nie śpieszę się jednak , bo mam co czytać na razie i jeszcze nie uporządkowałam do końca zasobów, którymi obdarowała mnie Lucia. Dziękuję jeszcze raz Kochana. 

I jak obiecałam to dotrzymuję. Problem miejsca w komputerze na razie rozwiązany ( bez wymiany dysku na razie) więc się chwalę naszym zakupowym szaleństwem. 

                                                             Małżonka 




I moje 



                                                                   




            


niedziela, 8 lutego 2026

8.02.2026 Niedzielne sprawy

 Chciałam się pochwalić zakupami ale na dziś nic z tego. Zabrakło mi miejsca na dysku, fotki się nie mieszczą. Jutro muszę do działu IT w postaci mojego syna i pracownika uderzyć żeby mi dysk wymienili. Trudno, wrócę do tematu jak ogarną mi komputer. 

Po obiedzie wybraliśmy się na działkę, zabraliśmy działkowe gadżety, które zdążyliśmy zgromadzić i sprawdziliśmy co tam słychać. Nic się nie stało, mróz szkód nie poczynił, zrobiliśmy sobie jeszcze krótki spacer po alejkach i na tym koniec. Za jakieś dwa tygodnie trzeba będzie obcinać drzewka i krzewy zanim ruszy wegetacja. 

Zima wróciła w tej ładniejszej odsłonie. Pada śnieg i to już ładnych parę godzin. Przyjemnie , bo czysto i zniknęła ta bura breja z błota wymieszanego ze śniegiem. 

Dobrego tygodnia! 

sobota, 7 lutego 2026

7.02.2026 Lista zakupów

 długa. Trochę dziś poszaleliśmy zakupowo. Wybraliśmy się do Factory w Luboniu. W sumie bez planu, tylko z założeniem ,że poszukamy jakiejś kurtki dla małżonka , bo ta co nosi już się trochę zdewaluowała. Na kurtce się nie skończyło. Trafiliśmy na całkiem nowy sklep , niby, że włoska marka ( może i tak, bo jakość bez zarzutu) ale to dopiero po zwiedzeniu kilku innych sklepów. Małżonek ubrany na dobre dwa - trzy lata. Dorobił się koszulki sztruksowej w czarno-czerwoną kratkę, potem w tym włoskim sklepie kurtki a właściwie to bardziej płaszcza ale w sportowym fasonie, kolejnej koszuli w kolorze śliwkowym  i krawatu pod kolor  a w gratisie dostał parę skarpet do tego zakupu. Wszystko z wyprzedaży. Potem jeszcze weszliśmy do sklepu z paskami do spodni i innymi akcesoriami dla panów i oprócz paska kupił jeszcze jeden krawat. Taka transakcja wiązana , jeśli kupuje się dwie rzeczy, to druga w połowie ceny. Gdyby wziął perfumy i krawat to pasek by dostał za 1zł, ale nie specjalne te zapachy mieli , nie w jego stylu więc zostaliśmy przy pierwszej opcji. Ja sobie kupiłam botki na przedwiośnie i wczesną wiosnę na niezbyt wysokim koturnie. Takie trochę sportowe, firmy Filippo. Mam już jedne półbuty tej marki i zapewniam , nie ma wygodniejszych i lżejszych. Na inne pewnie bym się nie skusiła, bo jakoś bardzo nie potrzebuję, ale jak przymierzyłam to się zdecydowałam. Mega wygodne. Też z wyprzedaży. A w piątek przyszło też moje zamówienie z bonprixu, dżinsowe spódnico-spodnie, kurtka z tweedu w jodełkę i koszulka krótkim rękawem. Spódnico-spodnie muszę trochę skrócić , bo są na bardzo wysoką osobę , ale to akurat mały pikuś. Pół godziny zabawy z maszyną do szycia i po sprawie. Postaram się jutro zrobić jakieś fotki to się nabytkami pochwalę.  Tak poza tym sobota taka jak inne , drobne domowe sprawy : przepierka , gotowanie , ogarnięcie chatki, nawet szybki mini-placek upiekłam według własnego pomysłu. Zostało mi niecałe pół słoiczka  jabłek w cukrze, dołożyłam jedno jabłko utarte, łyżeczkę cynamonu a jako spód zrobiłam ciasto jak na rogaliki drożdżowe, tylko zamiast śmietany użyłam jogurtu greckiego, Wyszło coś w rodzaju  szarlotki na krucho- drożdżowym cieście.  Całkiem smaczne. Do herbaty lub kawy na niedzielę się nada a przynajmniej jabłka się nie zmarnowały. Za oknem odwilż.                                       

piątek, 6 lutego 2026

6.02.2026 Coś się dzieje

 w temacie moich spraw sądowych. Wreszcie przyszło do syna pismo ustanawiające go kuratorem tymczasowym. Ta fucha jest po to, że będzie odbierał korespondencję babci do czasu decyzji o ubezwłasnowolnieniu. Ja nie mogę , bo jestem stroną a babcia nie kuma więc nie może jej odebrać. Może w najbliższym czasie się temat w końcu rozwiąże. Tak poza tym załatwiliśmy dziś leasing na drugie firmowe auto. Jeszcze tylko zrobimy wpłatę pierwszej raty i gotowe. Do odbioru będzie za kilka dni. Szybko poszło. 

Za oknem temperatura na plusie i chlapa. Wszystko topnieje i klupie pod nogami. Paskudztwo. Dziś z zakupów przyniosłam dwie malutkie doniczki z wiosennymi kwiatkami, żonkile i szafirki. Od razu weselej w domu. 

Małżonek dziś już na chodzie. I tak długo go trzymała ta infekcja. Zwykle przechodzi mu po dwóch dniach. 


 





czwartek, 5 lutego 2026

5.02.2026 Będę rzucać zawodami i częściami ciała

 - kogo razi niech dalej nie czyta, ale muszę . Dawno się tak nie zagotowałam . Co to do kurwy nędzy jest? Czy my jakieś kondominium amerykańskie czy 51 stan , żeby nam dyktowali co mamy we własnym kraju robić i jak jacyś prymitywni klakierzy w dupsko bez wazeliny im włazić. Dawno wiadomości nie czytałam dokładnie, dziś zajrzałam i cholera mnie wzięła od samych tytułów. Dopiero co obszczekali naszych Żołnierzy i zrobili z nich tchórzy a tu dziś czytam , że jakieś naciski z USA były żeby pisiorstwo stworzyło rząd techniczny z PSL- em. Na szczęście Kosiniak miał tyle rozumy żeby odmówić. Co to jest do jasnej cholery ? To my znów mamy na głowie wielkiego brata tym razem Stany zamiast ZSRR ? Co z tą suwerennością i wstawaniem z kolan ,odmienianą przez wszystkie przypadki przez pisiorów? Jak nam Stany na łeb próbują włazić to jest dobrze? Bo co ? To jest suwerenność ? I jak by tego było mało ichni ambasador ogłosił przez X , że zrywa wszelkie kontakty z Marszałkiem Sejmu, bo obrzucił obelgami DT . Co do chuja ? trzy zdania prawdy to mają być obelgi? To niby miała być reakcja na odmowę poparcia nominacji do nagrody Nobla. Na dodatek obrazili nasze prezydium sejmu wysyłając w tej sprawie gotowca do podpisu. To co , nasi dyplomaci nie umieją sami pisma napisać? Tak to mamy rozumieć?  Ja pierdolę, słyszałam tę wypowiedź Marszałka, nie padły żadne obelgi. Powiedział, że na tę nagrodę DT nie zasłużył i uzasadnił swoją decyzję. Kulturalnie i rzeczowo. Ten cały ambasador okazał się takim samym burkiem jak jego szef. Mam nadzieję, że go szef naszego  MSZ wezwie na dywanik i do pionu postawi. Tu przynajmniej muszę o jednym pozytywie wspomnieć, bo  w sprawie tej rady pokoju MSZ jasno postawił sprawę i to mi się bardzo podoba. Dlaczego polski podatnik ma płacić za odbudowę strefy Gazy , której nie zniszczył. Też tak uważam, A mało tego; myślę sobie, że tu nie o Gazę chodzi a o kasę na interes zięcia DT, który tam ma niby coś budować takie Tramp-Gaza czy też odwrotnie , za nie swoją kasę oczywiście , tylko naiwniaków , którzy w tę radę uwierzą. I pozostaje otwarte pytanie, kto tam będzie mieszkał i żył , bo raczej nie Palestyńczycy.  Murem za Panem Marszałkiem i szefem MSZ. 

p.s. postawy naszej "prawej" strony nawet nie komentuję. Cała ta eka to nic innego jak jedna wielka porażka, dno i kilometry mułu poniżej dna.

środa, 4 lutego 2026

4.02.2026 Jak jest zima to musi być zimno

 tak można podsumować pogodę. Znów się robi mgliście i ślisko i nawet lekko śniegiem posypało. Ja co prawda różnych cudów techniki w aucie nie mam ale wsiadam i jadę. Nawet jak na drodze ślizgawka. Nie rozumiem na co wszyscy narzekają. Jak gorąco to źle , jak pada to źle, jak nie pada jeszcze gorzej, jak nie ma śniegu to źle jak spadnie to też źle. Jak tu się połapać. Specjalnie mnie to wszystko nie rusza. Zresztą i tak nie mam  czasu na rozczulanie się nad pogodą. 

Porobiło się w kraju... Afera na aferze i aferą pogania. Wyć się chce jak na to wszystko spojrzeć z boku. Ale kibicuję panu Marszałkowi Sejmu. Ma facet co trzeba, że się postawił domniemanemu. Dokąd nas to zaprowadzi? Ja już wymiękam jeśli chodzi o politykę. Zawsze lubiłam i mnie to pasjonowało ale to co się dzieje ... A może już jestem na to za stara. 

 Impreza w szkole, dla której zbieramy fanty już w sobotę a my wciąż dostajemy kolejne. Ludzie jednak są wspaniali... 

A moja mamuśka , jak zajechałam do niej wieczorem podać tabletki, stała na klatce i czekała na księdza po kolędzie. Nie mam pojęcia co ją naszło i skąd jej to przyszło do głowy... I nie mogła załapać dlaczego ten ksiądz nie przyjdzie i jak to możliwe, że kolęda już była i że u niej w parafii trzeba zaprosić żeby przyszedł. Trudno zgadnąć co jej siedzi w głowie... 

wtorek, 3 lutego 2026

3.02.2026 Takie tam,

 zwykłe sprawy codzienne. Nic szczególnego. W pracy ogarnęłam papierzyska dla księgowej, jutro jeszcze rejestry posprawdzam i jej zaniosę w piątek. Małżonek się kuruje, antybiotyk zadziałał , dziś już mu lepiej i gorączki już nie ma. Szybko ale dostał jakiś na 6 dni po jednym dziennie czyli taki z kopnięciem. A mnie się popsuł termostat w aucie i nie grzeje. Specjalnie mi to nie przeszkadza, ale moje chłopaki już mi cały wykład o tym walnęli i że powinnam wymienić, bo jak tu jeździć w zimnym aucie. Ja tam się na termostatach , jeszcze samochodowych nie znam , jak im nie pasuje to niech zamawiają. Majster w warsztacie wymieni. 

Przyszło dziś moje zamówione wieczne pióro i torebka. Tylko z etui do telefonu nie trafiłam. Niby wybrałam do swojego modelu ale jednak jest inny, muszę dokładnie obejrzeć i przymierzyć. Wieczne pióro super. Takie "po staremu" z tłoczkiem na atrament, nie na na naboje i z cienką stalówką, w drewnianej oprawce. Torebka zwyczajna, tyle, że z dużą ilością kieszonek , co sobie cenię, bo łatwiej mi utrzymać porządek. Nada się na teraz i na lato do letnich ciuchów też. I ciekawostka : dziś 3 lutego jest międzynarodowy dzień kopania rowów. 😁😁

poniedziałek, 2 lutego 2026

2.02.2026 Jaka dobra wiadomość !

 Ksef się wywalił na mordę razem z profilem zaufanym!  Można się było tego spodziewać. Jak się ma głupie pomysły i nie dopracowuje systemów to inaczej być nie może. Miejmy nadzieję, że ktoś pójdzie jednak po rozum do głowy i całkiem to cholerstwo uwalą. 

Dzisiaj dzień na lekkim luzie. Dwie sprawy załatwiłam , jedną częściowo ale to już nie ode mnie zależy. Małżonek się rozchorował i to dość konkretnie. Skończyło się na antybiotyku więc w pracy nie był. I nie puszczę go przynajmniej przez najbliższe 3 dni. Niech się wykuruje. 

Zima daje nam się we znaki , zaczynam się martwić o moje roślinki, róże , eukaliptusa i drzewka owocowe, które posadziłam dwie jesienie temu.  Mam nadzieję, że przetrwają. 

niedziela, 1 lutego 2026

1.02.2026 To i owo

Obiad udany , pierogi z mięsem wyszły pyszne . Zrobiłam 140 sztuk. Zostało nam trochę na jutrzejszy obiad ale nie dużo. A pianka zniknęła w ciągu kilku minut. Fakt , dawno jej nie robiłam więc smakowała. Młodzież zadowolona. Zwinęli się około 16.00, bo dzieciaki jutro do szkoły a koniec semestru więc jeszcze muszą się pouczyć a ja zasiadłam na kanapie. To lepienie pierogów trochę mi w kości wlazło. Rozbolały mnie plecy.  

I jeszcze parę fotek zaległych wrzucę. Dwa moje nabytki biżuteryjne ( nie pamiętam czy już się nimi chwaliłam, najwyżej będzie powtórka) 

Bransoletka z turmalinów 


i pierścionek z markazytami - bardzo lubię te kamyki, to zielone to cyrkonia ( nie mylić z cyrkonem) 


Zaległości z dnia babci i dziadka 

chruściki muszą być 


 Prezent od naszej wnusi - kubeczki w kształcie babuni i dziadka . Od chłopaków był zestaw herbatek w różnych smakach i mini-słoiczki z miodem i konfiturami z malin

I moje sobotnie dzieło; nowa instalacja w niby - kominku - po części powtórka 


rzut oka na szczegóły - dół do lekkiej poprawki , muszę poszukać książek z jakimiś bardziej stylowymi grzbietami 


I jeszcze w całej okazałości 


A to mój własny kącik czytelnika - maniaka , książkowe poduszki








sobota, 31 stycznia 2026

31.01.2026 Gospodarzyłam

 sobie cały dzień. Od rana zaliczyłam zakup pieczywa i wizytę u matki, w drodze powrotnej aptekę i biuro. Skoro byłam w pobliżu to podrzuciłam wczorajsze zakupy do biura; kawę i środki czystości w obawie , że wszystko zamarznie jak dłużej poleży w aucie. A po powrocie zabrałam się za domowe zajęcia. Małżonek odsypiał i mimo, że próbowałam go budzić dwa razy, nawet pozycji nie zmienił. Wstał dopiero po 10.00. Musiał być zmęczony po tych dwóch wariackich tygodniach. Zwykle wstaje razem ze mną. A ja zaczęłam od przepierki, potem zmieniłam firanki w kuchni. Te w gwiazdki pójdą do szafy a na oknach zawisły całkiem nowe. Potem poduszki na kanapie , przy okazji zrobiłam nowe dekoracje na niby -kominku. Jutro pokażę na fotkach. Posprzątałam resztę kartonów z dekoracjami i zrobiłam porządek na pawlaczu nad wejściem. Przy okazji przerzedziłam znów trochę. Przygotowałam też sobie wszystko na jutrzejszy obiad czyli farsz do pierogów i ciasto. Jutro tylko rozwałkuję i polepię. Na deser zrobiłam piankę z galaretką według starego przepisu z czasów PRL-u. Tyle tylko, że cukru nie dodałam a tylko cukier waniliowy. I jak już tak siedziałam w tej kuchni to zarobiłam chlebek dyniowy. Zostało mi trochę musu z dyni , stało to w lodówce i zawadzało więc wykorzystałam. Chlebek robiłam na oko ale wyszedł pyszny. Chyba powtórzę. Trochę zarobiona byłam dzisiaj , ale w sumie dobrze mi to zrobiło. Przy takich zajęciach za bardzo nie trzeba myśleć. Mózg odpoczywa, sama przyjemność. 

A jak by ktoś nie miał pomysłu na niedzielny deser to podaję przepis na piankę z zamierzchłej epoki. 

3 galaretki w różnych kolorach 

0,5 l mleka 3,2% 

w oryginalnym przepisie szklanka cukru - ale ja nie dodaję 

1 cukier waniliowy ( w zupełności wystarczy - i tak jest słodkie) 

2 białka. 

2 łyżeczki żelatyny

Galaretki przygotować w/g przepisu ale z nieco mniejszej ilości wody, najlepiej wcześniej 

Żelatynę rozpuścić w 1/4szklanki mleka 

Mleko zagotować z cukrem waniliowym , dodać żelatynę, rozmieszać odstawić do ostygnięcia. Jak już mleko z żelatyną jest półpłynne , ubić białka na pianę a galaretkę pokroić w dużą kostkę. Wlać zastygające z żelatyną mleko do ubitych białek, dobrze wymieszać, ale delikatnie, żeby piana nie osiadła , dołożyć pokrojoną w kostkę galaretkę , wymieszać , wlać wszystko do tortownicy ( średniej wielkości), wstawić do lodówki do zestalenia. Przed podaniem przełożyć na paterę. Ja to robię w ten sposób, że odpinam bok tortownicy , zdejmuję , na wierzch kładę talerz do ciasta i odwracam dnem do góry a potem zdejmuję dno. Mam idealnie równą, kolorową powierzchnię.

piątek, 30 stycznia 2026

30.01.2026 Styczeń z głowy

a dopiero co szykowaliśmy się do świąt. Zleciało. A ja dziś miałam mnóstwo pracy. Nie dość swojej to jeszcze młodzież co chwilę coś mi podrzucała niecierpiącego zwłoki. Wyrobiłam się jednak i przez najbliższe dwa dni nie zamierzam o firmie nawet myśleć. Pod wieczór pojechaliśmy na zakupy jak co piątek. Tym razem trochę więcej , bo zapasy mi się pokończyły. Jutro będę miała trochę pracy ale takiej domowej. Musze sobie obiad na niedzielę podszykować i choć jedną szafkę przerzedzić. Przyszła kolejna paczka z chińskiego allegro. Tym razem drobiazgi do domu. Pokażę na fotkach w swoim czasie. Mam jeszcze do zrealizowania dwie. Kilka drobiazgów dla siebie , w tym wieczne pióro. Moje niestety życie zakończyło jakiś czas temu i jakoś nie zmobilizowałam się żeby kupić. Jak mi internety podrzuciły różne takie , to skorzystałam i sobie zamówiłam. Bo lubię pisać piórem i pomyślałam ,że wrócę do tego, nawet jeśli będzie to tylko świstek z zakupami. W drugiej przesyłce wszystko do ogródka. Hmmm , jeszcze nie połowa zimy a ja już żyję ogródkiem. Wracam do zabawy z moim czytnikiem, na razie układam sobie bibliotekę i czytam. Coraz bardziej podoba mi się to urządzenie , chociaż jeszcze do konca go nie rozpracowałam.  

czwartek, 29 stycznia 2026

29.01.2026 Będzie o niczym,

bo o czymś być musi, choćby dla porządku. A specjalnie nie mam ani weny ani nić ciekawego do opisywania. O polityce nawet myśleć nie mam ochoty, w pracy i w domu nic nowego, mamuśka poza tym, że regularnie chowa po kątach tabletki nic nowego nie wywinęła ( aż dziwne, ale pewnie leki zadziałały) , to nie bardzo mam tematy. Czytam a jakże, już po nowemu , na czytniku. No , chyba tylko tyle, że przyszła paczka z ptasim płotkiem na działkę. W końcu. Tym razem z parodniowym opóźnieniem , ale za to mam przy najbliższych zakupach 20zł rabatu. A zakupy planuję, świąteczne i parę drobiazgów dla siebie i do ogródka. Jakiś mysz-masz w przestrzeni, wymieszane wszystko razem. Byłam dziś w mieście, bo miałam sprawę na poczcie i banku. Przy okazji trochę się rozglądałam po wystawach , tak w przelocie i już sama nie wiem co my właściwie za porę roku mamy; po jednej stronie jeszcze choinka i świąteczne lampki, po drugiej już zające i pisanki , kawałek dalej różowe kokardki i czerwone serduszka, a na poczcie jeszcze babcie i dziadkowie. Takie  4 w 1. No nie wiem ... Halooween i słomkowych kapeluszy tylko do kompletu brakowało. 

Tak poza tym na niedzielę planuję rodzinne pierogi. Młodzież się przymawiała więc zamiast kawy i kolacji z okazji imienin poczęstuję ich pierogami na obiad.  


środa, 28 stycznia 2026

28.01.2026 Nadchodzi czas.

 którego nie lubię. Pomiędzy zimą a wiosną. W tym roku mimo wszystko znośniejszy, bo świat ośnieżony (no, u nas tak z umiarem, ale jednak trochę tej bieli jest)  a przez to taki trochę bardziej odświętny. Nic się nie dzieje, dni jedne do drugich podobne jak dwie krople wody. Takie nijakie przeczekiwanie. No nie lubię i już. Jakoś sobie trzeba tenże czas nijaki umilić. Póki co, parzę pyszne zimowe herbatki i testuję mój nowy nabytek czyli czytnik. W sobotę planuję zrobić nowe dekoracje w domu takie pomiędzy. Już nie zimowe ale jeszcze nie wiosenne. 

I to by było tyle na dziś. 

wtorek, 27 stycznia 2026

27.01.2025 Trochę na skróty

Kończy nam się piasek z solą do posypywania biurowego podwórka, wybraliśmy się kupić i klapa. Nigdzie ani worka . Oblecieliśmy wszystkie okoliczne markety , budowlankę i ogrodnicze. Wszędzie wszystko wyprzedane. Wychodzi na to, że jeszcze będziemy musieli do le roy się udać . Może będzie. 

Starsza synowa obchodzi dziś imieniny. Wybraliśmy się z życzeniami oczywiście i dużym bukietem tulipanów. Zrobiła pyszną pizzę na kolację. Pośmialiśmy się z ich przygód z sąsiadami. Mają w bloku nie złą ekipę. 

Tak poza tym zaczęłam sobie ściągać ebooki z pendriva, który dostałam od Luci. Trochę mi to zajmie. 

A za oknem śnieżnie , aż trudno w to uwierzyć. Lód puścił, dziś już dało się normalnie przemieszczać. 

poniedziałek, 26 stycznia 2026

26.01.2026 Lodowisko

 w całym mieście. Co tu dużo pisać. Już dawno nie było czegoś takiego. Pamiętam z początku lat 90-tych , miałam wtedy kiosk (na tym skwerku , gdzie dziś sa najlepsze miejskie dekoracje) a stamtąd widok na wiadukt. Wtedy widziałam jak olbrzymie tiry staczają się w dół tyłem, bo nawet silniki , które wprawiają w ruch 36 ton nie dały rady popchnąć ich w górę . To był poprzedni rzut takiej gołoledzi jaki pamiętam. Owszem zdarzało się ale nie w takim stopniu. A propos ; przypomniał mi się kawał , który krążył pod koniec lat 70-tych  o pewnym milicjancie z naszego miasta; odebrał meldunek "głoleć na E8" , rozebrał się i poleciał. Miałam okazję go poznać i śmiem twierdzić, że to nie koniecznie musiał być kawał. Rozpoznałam jego osobę w jednym z tomów Ćwirleja. Autor musiał czegoś się o nim dowiedzieć. Dziś dawna E8 to krajowa dziewięćdziesiątka dwójka. To taka moja wstawka trochę w stylu czarnego humoru.

 No bo cieszyć się nie ma z czego tak ogólnie. Nie chce mi się o tym pisać. Chociaż nie, muszę choć wspomnieć, bo w rodzinie miałam wojskowych. Jeden z wujków służył w misji pokojowej z ramienia ONZ w Laosie i Wietnamie w randze pułkownika, młodszy brat ojca służył w wojskach łączności , przy obsłudze lotniska w randze podoficera i pewnie dalej by służył, gdyby nie poważna choroba, kochał wojsko i do końca się tym interesował a taki burek zza wody obszczeka Polskich Żołnierzy, że niby siedzieli za linią , trzymali się z dala . Zrobił z nich tchórzy i dekowników. A ten nasz pożal się Boże zwierzchnik sił zbrojnych za nimi się nie ujął, słowem się nie odezwał, nie upomniał o ich honor, nawet nie przypomniał, że 45 z nich straciło życie, nie za nasz kraj ale za USA. Po co im taki zwierzchnik? Wstyd i hańba. 

Tak poza tym chłopaki namierzyli drugie auto i podpisali wstępną umowę na leasing.  A moja mamuśka znów amoku dostaje. Nosi ją jak diabła po święconej wodzie. Opiekunka z trudem jej wybiła z głowy pójście na cmentarz , nawet do mnie zadzwoniła, po wsparcie. Tylko tego by brakowało żeby po tym lodowisku łaziła.  A rano dla odmiany przyłapałam ją stojącą na krześle ( drabinkę schowałam), bo ona musi sobie żaluzje poprawić. Ręce mi opadają czasami. Sprawdziłam o co chodzi z tymi żaluzjami. Są do wymiany , pozrywała naciągi więc nic dziwnego, że nie działają. Kupię jej nowe i chłopaki założą przy czasie. Nawkładałam za to włażenie na stołki, bo przecież może spaść i się połamać , ale co z tego "gadam głupoty " przecież. Wariactwo ...

niedziela, 25 stycznia 2026

25.01.2026 Do końca świat i o jeden dzień dłużej

 gra orkiestra Jurka Owsiaka na rzecz dzieci . A ja jestem dumna z mojego starszego wnuczka , bo gra razem z orkiestrą. W ubiegłym roku został po raz pierwszy wolontariuszem i "wsiąknął". Ledwie skończył się finał ubiegłoroczny już myślał o następnym i przystąpił do tegorocznego również. Wsparliśmy go drobniakami wrzucanymi cały rok do pudełka i konkretną wrzutką do puszki dodatkowo. W tym roku niestety nie zdążyliśmy nic przygotować na aukcję ale kasa to też wsparcie. I niech sobie złośliwe gęby gadają o WOŚP co chcą. Akcja jest piękna , porywająca i niesie nadzieję wbrew całemu oszalałemu światu.  Siema ! 

sobota, 24 stycznia 2026

24.01.2026 Hej Koperta , Koperta ...

 na melodię "Hej Kolęda , Kolęda"... Ksiądz po kolędzie nas dziś odwiedził. Nie zapraszaliśmy, u nas drzwi otwarte, zapytał czy przyjmiemy to wpuściliśmy. Nawet nie specjalnie kazał na siebie czekać i odśpiewał i odmówił po "łebkach". Mamy dość dziwny układ bloku więc trochę stracił orientację, ale mu wyjaśniliśmy gdzie ulica i orlen a gdzie droga na parafię. Bardziej od modłów zainteresował go nasz air frayer . Pogadaliśmy trochę wcale nie na tematy kościelne. Nawet kawały padły ( a może to suchary czy jakoś tak nowocześnie) , no i się zdziwił, że my 45 lat po ślubie w tym roku. Może nie wyglądamy... Różnie już na kolędach u nas bywało, ale dzisiaj było co najmniej zabawnie. Na koniec stwierdził, że sobie takiego air frayera kupi, złożył życzenia i poszedł. Kopertę z cołaskami wziął. Jak sobie poszedł to zabraliśmy się likwidowanie choinki. Bałagan był nie mały ale w sumie szybko poszło. Mam teraz parę kartonów do wyniesienia do piwnicy i trzy to wpakowania na nasz stryszek. Z dekoracji zostały mi bombki kolekcjonerskie na żyrandolu, świece i latarenki. Pewnie jutro pozdejmuję resztę a potem zrobię nowe dekoracje, które postoją do wiosny, a parę pomysłów mam.  

Czytnik rozpracowuję. Odkryłam parę funkcji, których się nie spodziewałam. Na przykład pobieranie z internetu albo  możliwość odtwarzania audiobooków. O przetwarzaniu na głos plików mubi i epub wiedziałam, bo było w opisie i jeszcze coś powiązane z androidem ale nie do końca wiem o co chodzi, muszę synalka informatyka dopytać. Bo to ma androida jak telefony komórkowe. "Psa Baskervilla" przeczytałam . Szybko mi poszło aż się zdziwiłam. Jakoś łatwo się na tym czyta. Za chwilę zrobię kolejny eksperyment , spróbuję zaciągnąć ebooki, które mam w komputerze. Ciekawe czy mi się uda.

Zamknęłam zamówienie na sadzonki i nasiona, teraz czekam na dostawę , chińskie allegro właśnie mnie poinformowało o wysyłce ptasiego płotka. Zapowiada się , że dokończymy w tym roku zagospodarowywanie ogródka. 

piątek, 23 stycznia 2026

23.01.2026 Co tu nie gra

 z moim lapkiem . Pewnie jakieś aktualizacje , bo w biurze działał a teraz staje w poprzek, zanim się coś otworzy to można obiad ugotować i zjeść. To się dziś tylko pochwalę. Mam już czytnik, z mnóstwem ciekawych funkcji i nawet kilka książek w różnych językach wgranych na powitanie. Po polsku jest "Pies Baskervilla" i to wersja w pierwszym tłumaczeniu na polski z zachowaniem pisowni i interpunkcji. Dawno czegoś takiego nie widziałam. I oczywiście już się do niej dorwałam. Świetnie się na tym czyta, literki sobie ustawiłam pod swoje potrzeby. I ciekawostka taka : czytnik ma tłumacza , tylko jeszcze nie wiem jak działa i jaki język i możliwość przetworzenia na głos. Chyba zrobiłam dobry zakup. Znaczy małżonek zrobił, bo mi zakup sfinansował -  niby, że na imieniny. 

czwartek, 22 stycznia 2026

22.01.2026 Po woli się kończy

 sezon na reniferki. U mnie co prawda ma się dobrze, przynajmniej do soboty , ale odwrót już widać. Znikają dekoracje w mieście, mniej światełek na osiedlu i choinek w oknach. Ja dziś schowałam gwiazdory i skrzaty , bo jakoś mi nie pasowały. Jutro chyba skasuję piernikową chatkę, w sobotę choinkę rozbierzemy. Sypie się już mocno , choć bombki jeszcze same nie spadają. Pora na zmiany a ja już mam mnóstwo nowych pomysłów na nowe dekoracje. Jutro odbieram zamówiony czytnik , jest już dziś ale nie miałam czasu po niego pojechać. Zamówiłam sobie kilka drobiazgów do ogródka i do dekoracji wiosennych. Nawrzucałam też do koszyka nasiona i sadzonki , głównie kwiatów. Potwierdzę zamówienie w przyszły tydzień. Dzień już dłuższy zdecydowanie. Do pracy wyjeżdżam za dnia i za dnia wracam , a jeszcze kilka dni temu wychodziłam o szarówce, wracałam po ciemku. A jak dzień dłuższy, no to ciągnie krzakowca do ogródka. Za kilka tygodni będzie trzeba pojechać obciąć drzewka. I na tym się staram skupić. Polityka mnie przerosła, coraz mniej pojmuję ten oszalały świat. Nawet nie wiem jak to wszystko skomentować. A póki co w firmie będzie trzeba wdrażać ksef ,czyli te wirtualne faktury. Ten co to wymyślił powinien wisieć na latarni i to głową w dół. Dwa lata temu to wycofali. Niby ma ruszyć od lutego dla dużych firm , dla takich jak nasza od kwietnia. Wszyscy liczą , że może jednak odroczą , ale ja słabo to widzę. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to nudne dla przeciętnego śmiertelnika  ale to jest obliczone na zabicie małych firm.  Niczego nikomu nie ułatwi, narobi tylko zamieszania i kłopotów i dołoży roboty. No cóż , nie pierwszy raz. 

środa, 21 stycznia 2026

21.01.2026 Dałam radę ,

ale o tym potem . Drogie Babcie i Dziadkowie ( jeśli któryś się tu kręci) najlepsze życzenia z okazji naszego święta ! 

A dałam radę załatwić rzecz niemożliwą, no chyba, że się ma nadmiar kasy i fanaberie to można sobie zamówić nawet . Ja załatwiłam rzecz zwyczajną i za standardową kasę czyli 160zł czyli tablice rejestracyjne, ale nie takie do końca pierwsze z brzegu. A rzecz w tym ,że wszystkie nasze auta zawsze miały w rejestracjach 90, 900, 990, i kombinacje albo 69, 669 , 069 i wszelkie kombinacje plus odpowiednie litery. Jak się to udawało załatwiać na przestrzeni dziejów to już dłuższa historia , no i dziś właśnie byłam w komunikacji wyrejestrować auta sprzedane i zarejestrować to nowe , a dokładnie to  wymienić tablice na nasze miejscowe , bo to co prawda nasza regionalna stolica ale jak tu się pokazać w swoim mieście na poznańskich blachach?  No i stał się cud , bo powiedziałam , że bym się ucieszyła jak by się w rejestracji jakieś 669 , albo 69 znalazło, bo to nasza szczęśliwy numer i się znalazło. A najlepsze, że sprzedane auto, którym jeździł starszy synalek miało numer 669 + dwie literki i dostałam taki sam numer , też 669 + dwie literki tyle, że inne. Dobra jestem co - nie ? 

Tak poza tym , zamówiłam sobie czytnik do ebooków. W piątek mam do odbioru. 

wtorek, 20 stycznia 2026

20.01.2026 Jak komary

 małe ale wredne i upierdliwe i nie do pozbycia. Tak się mój wczorajszy dzień zaczął i jak tak się wszystko po kolei nakładało to koło południa miałam dosyć i jeszcze trochę a zaczęły by jakieś przedmioty latać w powietrzu. A zaczęło się przed wczoraj wieczorem. Jakiś "mózg" zajechał mi wyjazd z zatoczki. Ledwo się stamtąd wykulałam i to cud mniemany, ze nie obiłam ani stojącego pół metra przede mną ani tego co mi zajechał, a zostało mi po pół metra z każdej strony. Jak wracałam od matki to stał nadal, wjechać z powrotem do zatoczki już nie mogłam, ustawiłam auto w innym miejscu i co prawda przykryłam przednią szybę, ale reszta mi przez noc zamarła totalnie, bo miejsce takie z przeciągiem. Rano pół godziny zabawy z odmrażaniem. Po drodze do pracy musiałam wskoczyć do banku i oczywiście cały parking zawalony, zaparkowałam na chwilę po sąsiedzku, załatwiłam , podjeżdżam pod firmę i co ? Brama zamknięta, elektronika działa , bo lampka sygnalizacyjna świeci a brama ani drgnie. Nie dało się otworzyć ani z telefonu ani z pilota , szarpałam, popychałam i nic. Pomógł mi sąsiad, który akurat przechodził i tez nic. Zadzwoniłam po małżonka , podjechał i dopiero po kolejnym szarpaniu i popychaniu puściło. Już byłam 40 minut do tyłu. Poleciałam do matki, po drodze jeszcze po chleb dla niej i oczywiście jak to mamuśka; wszędzie bałagan. Pozbierałam szybko śmieci, poprawiłam obrus na stole i wytrząsnęłam , pięć tabletek, wyplutych i schowanych. Już nawet nie dyskutowałam , wróciłam do biura. Ledwie zdążyłam usiąść za biurkiem , telefon od starszego synalka. Potężna wpadka ze sprzętem klienta, miał być inny, przyszedł inny i co z tym robimy. Sprzęt kupiony w ubiegłym miesiącu. Pół dnia mi zajęło odkręcanie. A na koniec jeszcze wyszło, że drugie auto idzie na sprzedaż, trzeba pilnie ubezpieczyć bo dziś ostatni dzień , wypowiedzieć umowy w poprzednich ubezpieczalniach i znów, jak zaczęłam to wszystko wypełniać to wyszłam z biura o 17,00. Chłopaki  w tym czasie auto wystawili w internecie. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść jak dzwoni młodszy synalek, że mamy być w domu , bo już jedzie do nas klient na auto więc gdyby trzeba było podpisać umowę to zadzwoni, żebyśmy podjechali. Od wystawienia minęły 3 godziny. No i tu w końcu fart, klient przyjechał i auto kupił. Nawet gotówką zapłacił, co spowodowało kolejny problem , bo  musieliśmy podjechać do wpłatomatu i kasę na konto wpłacić , bo auto firmowe. Oczywiście wpłatomato-bankomat też ma swoje narowy jak zawsze i wpłacaliśmy na trzy podejścia , bo za jednym razem się nie dało. Jakieś szaleństwo... A nasz młodszy synalek to mistrz sprzedaży ; śnieg Eskimosowi by sprzedał i jeszcze kostki lodu w gratisie dołożył. W ciągu 4 dni opylił dwa firmowe samochody. Jedno nowe już mamy , pora myśleć o drugim ale ze spokojem. To będziemy leasingować. Temat pomylonego sprzętu po części ogarnęłam. Czekam na decyzję dostawcy. Totalnie mnie ten wczorajszy dzień wykończył. Na koniec już mi się nawet myśleć nie chciało. 

A dziś dla odmiany spokojnie i bardzo sobie to chwalę. Tak poza tym w niedzielę przedterminowy Dzień Babci i Dziadka nam się udał, dostaliśmy zabawne prezenty od wnucząt - postaram się obfotkować i pokazać, obiadek smakował a chruściki zostały pożarte co do okruszka. Jeszcze tylko porządek w pokoju musimy przywrócić po tej imprezie. Może później, bo na razie dobrze mi na kanapie. Miłego wieczoru. 

poniedziałek, 19 stycznia 2026

19.01.2025 Dzień źle się zaczął

 ale może lepiej skończy. Co i jak opiszę jutro, muszę odpocząć . Miłego wieczoru! 



niedziela, 18 stycznia 2026

18.01.2026 Czas studniówkowy więc dziś mała podróż w czasie

To już było , ale od czego są zimowe wieczory i... babcie.  Powspominajmy beztroskie czasy młodości, szkolnych przygód i pierwszych bali .  

W roku 1980 beztroski etap wczesnej młodości dobiegał końca . Nieuchronnie zbliżał się czas pierwszego w życiu poważnego sprawdzianu w postaci matur  i czas wyborów dalszych życiowych dróg. Czasy były ciężkie , półki sklepowe świeciły pustkami , Krajem targały strajki pracownicze a  mniej więcej na początku roku po raz pierwszy ogłoszono  sławetny 21 stopień zasilania, co w praktyce oznaczało wyłączanie prądu codziennie o określonej godzinie . Towarem pożądanym stały się więc oprócz innych dóbr także świece i baterie. Wyłączano konsekwentnie,  co skutkowało tym, że nie jedna rodzina się powiększyła , bo coś wieczorami robić trzeba było i pożytek był z tego taki ,że dobrze wpływało na politykę demograficzną . Dlaczego o tym piszę przy okazji studniówkowych wspominków ? Bo dziś, w dobie dobrobytu i powszechnego dostępu do dóbr i usług, taką studniówkę zorganizować łatwo . W roku 1980 nie było już dosłownie nic ; ani produktów spożywczych , ani ubrań , ani butów , ani tkanin , ani nawet proszku do prania . Żeby kupić cokolwiek , np. zwykłe rajstopy ,trzeba było wystawać w kolejkach , często wiele godzin. Trzeba mieć to na uwadze czytając moją opowieść z innej epoki . Starsze pokolenie wie o czym piszę .

A tymczasem …  Jako ,że na 100 dni przed maturą ,brać żakowska bawić się zwykła ... Każdy żak rocznik 1961 czyli mój,  otrzymał zaproszenie zawierające stylizowaną na staropolską treść  z informacją co , jak i gdzie . Te zaproszenia wysyłane indywidualnie do każdego przyszłego maturzysty należały do swoistego ceremoniału , bo od „wieków „ studniówki odbywały się w licealnej auli i klasach więc tak naprawdę potrzeby nie było .Zgodnie z tradycją naszej szkoły na czas studniówki sale lekcyjne dostawały nowy  wystrój. Nie było to łatwe zadanie, bo dekoracja musiała coś obrazować . Klasy rywalizowały ze         sobą , która zrobi to ciekawiej i lepiej  , ogłaszano też konkurs na najlepszą dekorację, za który nagrodą były torty. Ktoś z naszej klasy  rzucił hasło, żeby zrobić pod kątem profilu humanistycznego , reszta podchwyciła i po dwóch dniach ciężkiej harówki , z pomocą  kilku ojców i użyciem materiałów jakie kto zdołał zdobyć,  nasza klasa zmieniła się w chatę z –„Wesela” Wyspiańskiego , z prawdziwą słomianą strzechą, chochołami i lalkami postaci z –„Wesela”, które jakimś cudem udało się nam wypożyczyć z teatru. Lalki miały naturalną wielkość człowieka . Efekt przeszedł nasze najśmielsze wyobrażenia. Wylosowaliśmy też dekorowanie pracowni chemicznej , w której zazwyczaj bawiło się grono profesorskie i rodzice. Pracownię chemiczną przerobiliśmy  w dziedziniec średniowiecznego zamku , a zapach chemikaliów udało nam się zabić żywymi świerkami , których 6 sztuk dostarczył nam ojciec D., pracujący w nadleśnictwie. Wszyscy: i  nauczyciele i uczniowie  byli zdania ,że nasza –„Chata z Wesela ” wygra konkurs. Była jeszcze chata rybacka , którą  klasa biol -chem nazwała „Rybakówką” , galeria obrazów  , jakaś plaża  ,siedziba jaskiniowców i nie pamiętam już co więcej, jakiś kosmos i ufoludki chyba, ale pewna nie jestem .Jako klasie w 90% żeńskiej, wolno nam  było zaprosić kogo chcemy , ale za aprobatą wychowawcy . Oczywiście zaprosiłam mojego obecnego męża , wtedy chłopaka  . Jako były uczeń szkoły został zaakceptowany bez żadnych pytań  wychowawcy  , co w kilku innych przypadkach miało miejsce i jak mniemam , do miłych nie należało.
Dziewczyny jak to dziewczyny – prawie od początku roku szkolnego zawzięcie dyskutowały  o kreacjach , bo jakże mogło być inaczej.  Rodzaj żeński nigdy nie był inny  - za czasów  siermiężnego ustroju  socjalistycznego i pustych półek  również .Kryzys i braki w zaopatrzeniu  ale jak tu nie ubrać się na studniówkę ? Kombinowałyśmy materiały , wymyślałyśmy kroje i ozdoby. Moje  przyjaciółki E,R i D również  i ja także ,choć jak to ja w tamtym czasie - z umiarem . Pomysłów nam nie brakowało , choć obowiązujące w szkole zasady ograniczały nam polot i wyobraźnie do granatowo lub  czarno- białych kolorów i dwóch długości spódnic . Maxi i midi. Mini odpadało. Gorzej było ze zdobyciem materiałów , z szyciem już mniej – krawcowe miały się dobrze, a i wiele  pań domu radziło sobie wtedy z maszyną do szycia. Co do materiałów , to bywało różnie ; z braku czego innego nadała się i podszewka z satyny zamiast tafty i fartuchowy stilon zamiast mory czy szyfonu. Moja matka się postarała ; udało jej się zdobyć dla mnie czarną żorżetę na spódnicę i tzw. popelinę (rodzaj bawełny o grubym splocie z efektem lekkiego połysku) na bluzkę a nasza krawcowa wyczarowała dla mnie kawałek szerokiej wstawki  z angielskim haftem  .    E. wymyśliła sobie klasyczną , bluzkę koszulową i długą,prostą spódnicę z rozcięciem do pół uda – bardzo wtedy modne fasony ,  R. styl pensjonarski – szeroką , rozkloszowaną   spódnicę 5cm nad kostkę i wiązaną na kokardę pod szyją bluzkę , D. styl rodem z opery ‑Carmen ( za moim podszeptem zresztą , bo na ciuchy  nie miała pomysłu, choć w innych kwestiach wyobraźni jej nie brakowało) ‑ , a ja poszerzaną do dołu , długą do ziemi spódnicę i bluzkę z bufkami , stójką i naszytym w poprzek obojczyka i bufiastych rękawów angielskim haftem -w stylu z czasów zatonięcia Titanica. Moja krawcowa wywiązała się z zadania wprost rewelacyjnie , dodając ten haft z własnej inicjatywy. Wyglądałam w tym stroju prawie jak moja własna babcia , w czasach kiedy pracowała w majątku jako panna do towarzystwa dziedziczki. Brakowało mi tylko stylowego koczka na głowie , bo włosy obcięłam na krótko tuż przed 18-tymi urodzinami. Makijażem i tym razem nie zaprzątałam sobie głowy za nadto. Mojemu chłopakowi   kreacją się nie pochwaliłam . Zobaczył mnie w niej dopiero kiedy po mnie przyszedł. Tak, tak przyszedł – limuzyn ani nawet taksówek się nie wynajmowało jak dziś . Na studniówki po prostu się szło.  Na mój widok  nie krył podziwu. Kiedy wchodziliśmy na salę mój mężczyzna ubrany w strój wieczorowy natychmiast ściągnął  na siebie uwagę i zazdrosne spojrzenia większości moich koleżanek. Chyba dopiero teraz dostrzegły, że nie jest taki nieatrakcyjny jak myślały. A myślały i nie raz mi docinały z tego powodu . Fakt , wtedy nie był typem faceta , do którego dziewczyny ustawiają się w kolejkach. Puchłam w oczach z zadowolenia i trochę ze złośliwej satysfakcji i nie skromnie powiem ,że moja kreacja była chyba jedną z najciekawszych i oryginalnych.
Konkurs na dekorację wygrała klasa biol-chem ,ze swoją chatą rybacką. Daleko im było do naszej  z ‑ Wesela ‑ ale wtedy  nawet szkołą średnią,  rządziły układy.  Do ich klasy chodziła córka komendantki policji , osoby najważniejszej w mieście zaraz po naczelniku gminy i I sekretarzu PZPR . My  zajęliśmy II miejsce i dostaliśmy specjalne wyróżnienie za pracownię chemiczną , choć pracownia zawsze była poza konkursami . Jak nam powiedziano , bo po raz pierwszy w historii szkoły, w zabawie nie przeszkadzał zapach środków chemicznych.  Jak wszystkie imprezy w tamtych czasach studniówka zaczęła się oficjalnie , od przemówienia samego dyrektora szkoły , przewodniczącego komitetu rodzicielskiego i życzeń od wychowawców oraz uczniowskich podziękowań dla grona profesorskiego. Były też występy uczniów , między innymi kolega  z mat-fiz zagrał na pianinie fragment koncertu b-moll Czajkowskiego i wystąpił szkolny kabaret i oczywiście rozstrzygnięto konkurs na dekoracje.
Po północy zabawa przeniosła się z auli do klas. Na auli nadal grał zespół wynajęty na tę okazję  z pobliskiej jednostki wojskowej z Powidza, a w klasach magnetofony z muzyką bliższą naszemu pokoleniu, pracowicie nagrywaną nocami z radia Luxemburg z pomocą mikrofonów przystawianych do radiowych głośników, na taśmy „Stilonu „Gorzów lub w wersji ekskluzywnej ORWO produkcji DDR.   Nie pamiętam już jak to się odbyło logistycznie ,zajmowali się tym rodzice , ale w czasach totalnych braków w zaopatrzeniu i braku szkolnej kuchni stoły uginały się od jedzenia . Przygotowanie wystawnego przyjęcia dla ponad trzech setek ludzi to nawet dziś nie takie proste zadanie . Wtedy , w roku 1980 XX- stulecia , przy powszechnym braku wszystkiego i bez kuchni , niemal nie wykonalne. Jednak dali radę , choć do dziś nie mam pojęcia jak .
Z magnetofonu szpulowego „Miełodia ,taśm Stilonu – Gorzów i tonsilowskich kolumn płynęły w klasach, w tym i pod naszą słomianą stzrechą  spokojne ballady rockowe ,pary tańczyły przytulone do siebie albo znikały w co ciemniejszych zakamarkach dekoracji. My także wybraliśmy sobie zaciszny kąt za chochołem, ale tylko po to ,żeby się na chwilę przytulić , potrzymać za ręce, porozmawiać przez moment w spokoju. Swoim zwyczajem nie obnosiliśmy się z  naszą miłością . Teraz wiem ,że to miało swój sens i swoją moc , ale wtedy trochę mi tego uzewnętrznienia brakowało , zwłaszcza, że większość tak właśnie się zachowywała . Ludzie się kochali więc świat musiał to zobaczyć na własne oczy. Trudno stwierdzić co było tego przyczyną , być może ludzie w tej szaro – burej codzienności w ten sposób próbowali nadać życiu trochę barw? Uroczysty  nastrój, ukradkiem pociągany z butelek po oranżadzie alkohol -ale z umiarem rzecz jasna,  taniec i zabawa temu sprzyjały.
Bawiliśmy się cudownie , przekonani jak wszyscy młodzi ludzie u progu dorosłości , że świat rzucimy do swoich stóp i zdobędziemy szczyty . Ta radosna wiara udzieliła się i mnie , choć moje „coś mi mówi „ szeptało mi coś o złotym środku . 
Obecność ojca na zabawie tym razem mi nie przeszkadzała . I tak zresztą siedział w pracowni chemicznej razem z profesorami i resztą komitetu rodzicielskiego     ( dziś nazywa się to radą rodziców) , należał  do organizatorów więc na imprezie musiał być, ale zwyczaj nakazywał , że w tym dniu nie przeszkadzano młodzieży w zabawie . 
 Zabawa , jak wszystkie szkolne bale  w naszym LO zakończyła się przed 6.00 rano wspólnym pójściem na poranną Mszę św. do Fary . Przysypialiśmy siedząc w ostatnich ławkach zamiast słuchać nabożeństwa, ale tradycji szkolnej musiało stać się za dość. 

Dziś prawdziwych studniówek już nie ma – chciałoby się powiedzieć trawersując piosenkę . Nie mieli ich już moi synowie, którzy swoje studniówki świętowali tuż po przełomie wieków. Szkolne aule zastąpiły restauracje , a granatowo lub czarno- białe kreacje dziewczyn, strojne, obsypane cekinami wieczorowe suknie w przeróżnych kolorach , na studniówki już się nie chodzi a podjeżdża okazałymi autami. W naszym dawnym LO również. Zwyczaj dekorowania klas również odszedł do historii , z tego co mi wiadomo , już pod koniec lat 80-tych .  

sobota, 17 stycznia 2026

17.01.2026 Domowe klimaty

 Niby nic takiego , zwykłe sobotnie zajęcia, głównie porządki i przygotowania do jutrzejszego obiadku. Ale to nie wszystko, bo jestem do przodu o kolejne dwie szafki. Zrobiłam porządek na półkach  z przyprawami i w szafce pod tytułem " jak nie mieści się w innej szafce to zmieści się tam" . Stałam sobie na drabinie prawie pod sufitem, przebierałam w moich świeczkach , szklankach i paterach a tu telefon. Dzwoni młodsza synowa ; czy możemy przyjechać , bo trzeba umowę sprzedaży auta podpisać. Syn wystawił tydzień temu jedno z naszych aut na sprzedaż i poszło od razu. Szok ! Szybko się zwinęliśmy i podjechaliśmy podpisać. Kasę nam od razu przelali szybkim przelewem. Temat załatwiony. Wypiliśmy jeszcze z młodzieżą herbatkę i wróciliśmy do domu, a ja do mojego porządkowania szafek. To nawet dobra metoda jest , takie sprzątanie co tydzień jednej- dwóch a nie wszystko od razu. Mam kolejny karton do schowania na stryszku, ze świecami i świecznikami. W końcu będą w jednym miejscu. A potem przystąpiłam do podszykowania sobie obiadku na jutro. Robię wołowinę z mandarynkami a to się samo robi jak już się wykona wstępne czynności. Pachnie w całym domu. Jutro tylko dokończę , dogotuję ryż i gotowe. No i muszę usmażyć chruścików. Mam więc jeszcze trochę zajęcia. 

W actionie już zajączki wielkanocne kicają. Wpadliśmy tam po drodze kupić kabel do domowego routera, bo nasz się uszkodził a tu szok: Wielkanoc razem z Walentynkami, Dniem Babci i Dziadka i powrotem do ogródka razem wzięte. 

piątek, 16 stycznia 2026

16.01.2025 Zdziwko

 mnie dziś strzeliło i to bardzo pozytywnie . Imć ZUS przeliczył mi z urzędu emeryturę , ze względu na ukończenie 65 lat. Wiedziałam ,że to jest możliwe i nawet zamierzałam wystąpić w przyszłym miesiącu , jak już odbiorę nowy dowód , a tu dziś niespodzianka. Całkiem dobrze na tym wyszłam - 570,00zł na rękę piechotą nie chodzi. Nie miałam pojęcia, że teraz przeliczają to sami. I jeszcze wyrównanie za styczeń i luty dostanę , a od marca po nowemu. No ucieszyłam się ! Teraz to już na pewno kupię ten czytnik. 

Tak poza tym , chłopaki wystawili jedno z naszych aut na sprzedaż i po niespełna tygodniu już jest klient. Jutro ma przyjechać obejrzeć i podpisać umowę. Dobrze by było, żeby od razu się zdecydował. A inne sprawy ? A jak zwykle, na wariackich papierach. A moja matka od środy czeka na kolędę, która już była , w ubiegły poniedziałek, Ja jej tłumaczyłam , sąsiad, do którego cały ubiegły tydzień i połowę obecnego chodziła się pytać kiedy ksiądz po kolędzie chodzi,  tłumaczy (zgadałam się z nim wczoraj stąd wiem) a matka za nic nie przyjmuje do wiadomości , że kolęda już była, a jak się księdza nie zaprosi , to ksiądz nie przyjdzie. Gadam głupoty, kolęda będzie jutro, krzyż i świece stoją na ławie w dużym pokoju jak je postawiła. Nie nadążam... 

czwartek, 15 stycznia 2026

15.01.2026 Blogowy świat

 nie stracił na tym moim, trzydniowym zajmowaniu się słowem drukowanym, bo nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Jest jak jest : mokro wszędzie, ślisko wszędzie , w zasadzie po zimie. Zostało trochę brudnej , błotno - śniegowej brei. Zamarzająca mżawka sprawiła , że zamarzł mechanizm od bramy wjazdowej na nasze biurowe podwórko. Musiałam solidnie popchnąć i szarpnąć kilka razy żeby wystartowała. Nie zadziałała na impuls telefoniczny ani pilota. Na razie  z braku innego konkretnego zajęcia przeglądam fora ogrodnicze. Mam wprawdzie co czytać , ale postanowiłam odłożyć do czasu zakupu czytnika. Tak, zdecydowałam się wreszcie, czekam tylko na przypływ gotówki, bo wydatków miałam sporo więc jak dołożę teraz jeszcze jeden to nadwyrężę swoje zasoby. Jeszcze parę dni. A na ogrodowych forach już wiosenne nowości. Parę drobiazgów już sobie zamówiłam, wybrałam też nasiona , bo dalej mam zamiar upiększać moje grządki. Na niedzielę planujemy rodzinny dzień babci i dziadka (tak, to już w przyszłym tygodniu), trochę przed czasem ale 25 wielki finał WOŚP a w związku z tym nasz starszy wnuczek będzie zajęty , rodzinny obiadek więc wcześniej i chruściki oczywiście, bo bez chruścików ten dzień się liczy. 

środa, 14 stycznia 2026

14.01.2026 Z każdego słowa pisanego można wyciągnąć jakąś naukę - sagi ułańskiej tom III

Dziś już krótko: 

Trzeci tom „W pamięci ułana” to już pokolenia najmłodsze, na miarę XXIw. Pamięć owszem , ale żeby „zobaczyć jak to mogło być „ Sentymenty już nie koniecznie, choć na sam koniec i tak znów te mity i sentymenty wracają. Najmłodsze pokolenie bohaterów sagi żyje już zupełnie inaczej. Jest mocno osadzone w teraźniejszości , kocha nowinki techniczne w postaci smartfonów i cyfrowych aparatów, kocha sieć, żyje dniem dzisiejszym i gdyby nie rodzice o starych sentymentach już by nie pamiętało. Dla nich historia rodzinna owszem istnieje ale żyją tu i teraz i wydawałoby się, że to już dobrze rokuje na przyszłość.  Rodzice po staremu podtrzymują ten mit. Najmłodsi są jednak dość odporni na te sentymenty ale mimo wszystko nasiąkają nimi choć ta trucizna straciła już dużo ze swojej mocy.  Ciekawy jest motyw chłopaka , który działa w grupie rekonstrukcyjnej. Jego rodzina nie ma nic wspólnego z historią pułku ułanów ani ziemiaństwem , on po prostu jest ciekawy jak to mogło być, jak biegło życie w minionym wieku, w pierwszych jego dekadach , bez wielu dzisiejszych  zdobyczy technicznych, asfaltowych dróg , kiedy pisało się listy na papierze i robiło czarno-białe zdjęcia. Historię poznaje dopiero w miarę wrastania w zajęcia grupy rekonstrukcyjnej i po poznaniu potomkini ułanów. Paradoksalnie historia znów robi fikołka, bo po pokazach ułańskich w okolicy dworku, odrestaurowanego i zamienionego w restaurację i ośrodek rekreacyjny wraca sentyment przywołany przez dwoje starszych ludzi komentarzem „ułan i dziewczyna” . Taki powrót do przeszłości, tym bardziej, że na ścianach odremontowanego dworku zawisły zdjęcia dawnych właścicieli.  Mit okazał się wciąż żywy.

Mam mieszane uczucia co do tych książek. Znam historię tych ziem , bo w okolicy spędziłam dzieciństwo, znam historię swojego regionu będącego pod zaborem Prus z wszystkim co się z tym wiązało, pamiętam opowieści babci te sprzed wojny , wojenne i te po. Opis losów bohaterów powieści nie odbiega od tego co spotkało wielu z tamtych terenów w tym i moją rodzinę.  Może i w tej książce  chodziło o ułańskie tradycje i o to „przed wojną to było lepiej”, jakiś dawny romantyzm , ale jak się zastanowić nad tym dłużej to książka okazuje się być na swój sposób pouczająca a  wnioski nie są takie jednoznaczne ,ugłaskane i wzruszające. Ta pierwsza, sentymentalna warstwa na etapie czytania  mnie denerwowała, o wiele ciekawsze okazało się to co pod nią. Czy mogę polecić ? Tak , tym co lubią romanse ale i tym co z każdej książki umieją wyciągnąć jakąś naukę, może właśnie im nawet bardziej.


wtorek, 13 stycznia 2026

13.01.2026 Z każdego słowa pisanego można wyciągnąć jakąś naukę - saga ułańska tom II

 Trochę lepiej jest w tomie drugim,”W duszy ułana” , który opisuje czasy II wojny światowej i losy bohaterów uwikłane w wojenną rzeczywistość i tuż po wojnie, choć i tu ta sama sytuacja z zapychaczami w postaci internetowych ciekawostek. Tu pod sentymentalną przykrywką kryje się więcej treści niż można się było spodziewać po lekturze tomu I.  Mocno skrótowo ale opisuje losy ludzi jakich doświadczyło wielu, wywózki na roboty (jak młodszy brat mojej babci) i do obozów, gwałty, mordy, bitwy, w których ginęli przede wszystkim prości żołnierze, naloty na cywili, okupacyjny terror. Ale też zwykli ludzie żyjący gdzieś daleko poza główną sceną działań, w ograniczonych społecznościach i przestrzeniach. Dobrzy i źli a nie „my i oni” – sąsiedzi. Przekrój wojennych zaszłości.  Tu właśnie  dostrzegam parę plusów. Dwa ważne punkty, o których się nie mówi w kontekście II wojny. Po pierwsze autorka wspomina, o wcielaniu siłą do Wermahtu  młodych ludzi, Polaków  z tamtych okolic i konsekwencjach ewentualnej odmowy czyli dla odmawiającego wyrok śmierci natychmiast a dla jego rodziny represje. Tu odwołam się do słynnego dziadka naszego Premiera i sławetnej wystawy z Gdańska , którą nasi „patryjoci -idioci”  odsądzili od czci i wiary nie wgłębiając się w jej historyczną genezę.  I druga ważna kwestia , która pada w tych powieściach; po obu stronach są dobrzy i źli. Mam na myśli temat sąsiedzki. Na terenach dawnego zaboru pruskiego od zawsze żyli Polacy i Niemcy , zwyczajnie po sąsiedzku, robili interesy między sobą , rozmawiali, pomagali sobie, kłócili się ze sobą, czasem żenili. W książce jest ten motyw bardzo wyraźny. Sąsiadka Niemka pomaga Polakom. Uciekinierom z kielecczyzny nie mieści się to w głowie, jak i to, że wszyscy znają a przynajmniej rozumieją język wroga i rozmawiają z niemieckimi sąsiadami. Znam ten temat z opowieści babci. Miała dwie sąsiadki Niemki, które z rozkazu okupanta zajęły jej mieszkanie , a jej z mężem i trójką małych dzieci kazano zamieszkać w piwnicy. Niemki gotowały dla ludzi pracujących w majątku , oczywiście tylko Niemców , ale obie przymusowe sąsiadki codziennie odkładały dla babci i jej rodziny jakieś jedzenie, trochę kaszy, zupy , ziemniaków , co tam miały- „bo masz małe dzieci Sztasza”.Babcia odwdzięczała się im szyciem i jakoś razem przetrwały wojnę. Już te dwa motywy zrehabilitowały w moich oczach autorkę , przynajmniej częściowo na tym etapie. Co jeszcze mogę dodać. W podobnym majątku , gdzie zaczyna się i  toczy akcja sagi  pracowali przed wojną mój dziadek i pradziadek jako kowale, a babcia jako panna do towarzystwa, tyle, że właściciele ,mieli nie stadninę koni a ogrodnictwo, uprawiali pola i hodowali owce. W podobnych okolicznościach ten majątek im odebrano a ostatni potomkowie właścicieli zmarli na emigracji. Podobny dworek i też w tej okolicy kupił nasz szef MSZ. Znam te okolice, takich dworków ziemiańskich jest tam sporo. Nie wszystkie miały takie szczęście jak ten w Chobielinie i wiele z nich niszczeje, w tym i ten , w którym pracowała moja babcia a ja pamiętam z dzieciństwa. Książkowy majątek Winnica umiejscowiony pod Bydgoszczą chyba istniał naprawdę. Temat muszę rozgryźć, bo na razie nie udało mi się go zlokalizować ale pamiętam z opowieści babci tę nazwę i to, że pradziadek jeździł do tego majątku a potem dziadek wzywani na różne zlecenia kowalskie i kojarzy mi się, że mieszkali tam przez pewien czas jacyś babci dobrzy znajomi, taka trochę przyszywana rodzina. Wracając jednak do losów bohaterów książki. Różne zaszłości im w udziale przypadły, różnie toczyły się życiowe drogi , tym bogatym, uprzywilejowanym wojna upływała w komfortowych warunkach w rezydencji francuskich arystokratów, gdzie prowadziły wszystkie drogi. I gdy już się tam zjechali a wojna się skończyła zaczął się rodzić mit utraconego raju , Polski , której już nie ma. Z latami mit rósł a z każdym pojawiającym się nowym pokoleniem, starsze sączyło tę truciznę młodszemu. I tu jest wartość dodana tej książki- kolejny punkt dla autorki. Rozjaśnia genezę naszego polskiego uwikłania w przeszłość choć może pisząc, tego nie zakładała. Życia mitami i zaszłościami historycznymi, jakimiś minionymi traumami zamiast przyszłością. I tę truciznę każde pokolenie sączy kolejnemu do dziś. W książce pada takie zdanie,( nie zacytuję dokładnie ale taki jest kontekst), że to widać, że dziadkowie tęsknią , tylko trudno powiedzieć czy za światem którego już nie ma czy tylko za młodością.  Znamienne. Łatwo budować  mity i żyć wspomnieniami mając do dyspozycji środki finansowe i siedzieć sobie wygodnie poza krajem. Sprawa zupełnie inaczej wygląda w sytuacji gdy nie ma się wyboru, gdy świat urządzają nam inni na swoją modłę i trzeba się w tym odnaleźć i żyć, bez względu jaki bagaż się dźwiga ( jak książkowi mieszkańcy Olszynki na przykład), tu trzeba o sentymentach i wzdychaniu do przeszłości zapomnieć. I tu znów posłużę się przykładami z mojej rodziny. Nie mam sentymentów, szczęściem w mojej rodzinie nikt nikomu tej trucizny nie sączył a mimo to pamiętamy.  A historię rodzinną mamy taką, że byłyby powody. Brat mojego dziadka był w AK . Po wojnie zamknął ten rozdział a my pokolenie wnuków o tej jego działalności dowiedzieliśmy się w dniu pogrzebu. Miał piekarnię , władza ludowa mu ją odebrała jak wielu innym ich biznesy. Miałby powody do załamania i poczucia krzywdy ale odpuścił, skoro pozwolono mu wypiekać chleb , żył dalej w innej roli – pracownika nie właściciela. Młodszy brat ojca , chociaż wychowany w przedwojennych tradycjach narodowo – katolickich , bo taka była moja rodzina służył w ludowym wojsku i dosłużył się stopnia oficerskiego , bo uważał , że ma obowiązki wobec swojego kraju jaki by on nie był. Starszy brat ojca wżenił się w rodzinę repatriantów. Teść w randze podpułkownika zginął w Miednoje , a teściową i dwójkę dzieci wywieźli za Ural. Wróciły z córką –później żoną wujka ostatnim transportem repatriantów . Młodszy brat zmarł na tej wywózce. Kiedyś spytałam ciocię-babcię wprost, o to czy należy do tych organizacji i czeka na jakieś przeprosiny i jak w ogóle do tego podchodzi. Odpowiedziała mi krótko: nie należę i nie ma sensu tego ciągnąć  bo ja przecież  wiedziałam, że tak może być , wychodziłam za żołnierza a wiadomo było, że wojna wybuchnie. Dziadków mojego męża i czworo dzieci  wywieźli Niemcy do GG . Wrócili tylko dziadkowie i teściowa. Reszta jej rodzeństwa nie przeżyła. Nikt , nikt w  naszych rodzinach nie zagłębiał  się w te zaszłości. Żyli tym, z czym przyszło się zmierzyć w czasie rzeczywistym  i tyle. Te sentymenty do przedwojennej Polski to nic innego jak kontynuacja podsycania traum. Minęło ponad 80 lat, dawno odeszli ci , którzy tego doświadczyli, czas zapomnieć, ale nie : ta trucizna nadal się sączy i zatruwa kolejne pokolenia.  Przesłanie kryje się pomiędzy wierszami drugiego tomu. Świat co jakiś czas robi fikołka i nigdy już potem nie wraca na swoje dawne tory. Zostaje pamięć pokoleniowa tego co minęło  i trzeba się nauczyć z tym żyć i patrzeć w przyszłość..