babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

wtorek, 13 stycznia 2026

13.01.2026 Z każdego słowa pisanego można wyciągnąć jakąś naukę - saga ułańska tom II

 Trochę lepiej jest w tomie drugim,”W duszy ułana” , który opisuje czasy II wojny światowej i losy bohaterów uwikłane w wojenną rzeczywistość i tuż po wojnie, choć i tu ta sama sytuacja z zapychaczami w postaci internetowych ciekawostek. Tu pod sentymentalną przykrywką kryje się więcej treści niż można się było spodziewać po lekturze tomu I.  Mocno skrótowo ale opisuje losy ludzi jakich doświadczyło wielu, wywózki na roboty (jak młodszy brat mojej babci) i do obozów, gwałty, mordy, bitwy, w których ginęli przede wszystkim prości żołnierze, naloty na cywili, okupacyjny terror. Ale też zwykli ludzie żyjący gdzieś daleko poza główną sceną działań, w ograniczonych społecznościach i przestrzeniach. Dobrzy i źli a nie „my i oni” – sąsiedzi. Przekrój wojennych zaszłości.  Tu właśnie  dostrzegam parę plusów. Dwa ważne punkty, o których się nie mówi w kontekście II wojny. Po pierwsze autorka wspomina, o wcielaniu siłą do Wermahtu  młodych ludzi, Polaków  z tamtych okolic i konsekwencjach ewentualnej odmowy czyli dla odmawiającego wyrok śmierci natychmiast a dla jego rodziny represje. Tu odwołam się do słynnego dziadka naszego Premiera i sławetnej wystawy z Gdańska , którą nasi „patryjoci -idioci”  odsądzili od czci i wiary nie wgłębiając się w jej historyczną genezę.  I druga ważna kwestia , która pada w tych powieściach; po obu stronach są dobrzy i źli. Mam na myśli temat sąsiedzki. Na terenach dawnego zaboru pruskiego od zawsze żyli Polacy i Niemcy , zwyczajnie po sąsiedzku, robili interesy między sobą , rozmawiali, pomagali sobie, kłócili się ze sobą, czasem żenili. W książce jest ten motyw bardzo wyraźny. Sąsiadka Niemka pomaga Polakom. Uciekinierom z kielecczyzny nie mieści się to w głowie, jak i to, że wszyscy znają a przynajmniej rozumieją język wroga i rozmawiają z niemieckimi sąsiadami. Znam ten temat z opowieści babci. Miała dwie sąsiadki Niemki, które z rozkazu okupanta zajęły jej mieszkanie , a jej z mężem i trójką małych dzieci kazano zamieszkać w piwnicy. Niemki gotowały dla ludzi pracujących w majątku , oczywiście tylko Niemców , ale obie przymusowe sąsiadki codziennie odkładały dla babci i jej rodziny jakieś jedzenie, trochę kaszy, zupy , ziemniaków , co tam miały- „bo masz małe dzieci Sztasza”.Babcia odwdzięczała się im szyciem i jakoś razem przetrwały wojnę. Już te dwa motywy zrehabilitowały w moich oczach autorkę , przynajmniej częściowo na tym etapie. Co jeszcze mogę dodać. W podobnym majątku , gdzie zaczyna się i  toczy akcja sagi  pracowali przed wojną mój dziadek i pradziadek jako kowale, a babcia jako panna do towarzystwa, tyle, że właściciele ,mieli nie stadninę koni a ogrodnictwo, uprawiali pola i hodowali owce. W podobnych okolicznościach ten majątek im odebrano a ostatni potomkowie właścicieli zmarli na emigracji. Podobny dworek i też w tej okolicy kupił nasz szef MSZ. Znam te okolice, takich dworków ziemiańskich jest tam sporo. Nie wszystkie miały takie szczęście jak ten w Chobielinie i wiele z nich niszczeje, w tym i ten , w którym pracowała moja babcia a ja pamiętam z dzieciństwa. Książkowy majątek Winnica umiejscowiony pod Bydgoszczą chyba istniał naprawdę. Temat muszę rozgryźć, bo na razie nie udało mi się go zlokalizować ale pamiętam z opowieści babci tę nazwę i to, że pradziadek jeździł do tego majątku a potem dziadek wzywani na różne zlecenia kowalskie i kojarzy mi się, że mieszkali tam przez pewien czas jacyś babci dobrzy znajomi, taka trochę przyszywana rodzina. Wracając jednak do losów bohaterów książki. Różne zaszłości im w udziale przypadły, różnie toczyły się życiowe drogi , tym bogatym, uprzywilejowanym wojna upływała w komfortowych warunkach w rezydencji francuskich arystokratów, gdzie prowadziły wszystkie drogi. I gdy już się tam zjechali a wojna się skończyła zaczął się rodzić mit utraconego raju , Polski , której już nie ma. Z latami mit rósł a z każdym pojawiającym się nowym pokoleniem, starsze sączyło tę truciznę młodszemu. I tu jest wartość dodana tej książki- kolejny punkt dla autorki. Rozjaśnia genezę naszego polskiego uwikłania w przeszłość choć może pisząc, tego nie zakładała. Życia mitami i zaszłościami historycznymi, jakimiś minionymi traumami zamiast przyszłością. I tę truciznę każde pokolenie sączy kolejnemu do dziś. W książce pada takie zdanie,( nie zacytuję dokładnie ale taki jest kontekst), że to widać, że dziadkowie tęsknią , tylko trudno powiedzieć czy za światem którego już nie ma czy tylko za młodością.  Znamienne. Łatwo budować  mity i żyć wspomnieniami mając do dyspozycji środki finansowe i siedzieć sobie wygodnie poza krajem. Sprawa zupełnie inaczej wygląda w sytuacji gdy nie ma się wyboru, gdy świat urządzają nam inni na swoją modłę i trzeba się w tym odnaleźć i żyć, bez względu jaki bagaż się dźwiga ( jak książkowi mieszkańcy Olszynki na przykład), tu trzeba o sentymentach i wzdychaniu do przeszłości zapomnieć. I tu znów posłużę się przykładami z mojej rodziny. Nie mam sentymentów, szczęściem w mojej rodzinie nikt nikomu tej trucizny nie sączył a mimo to pamiętamy.  A historię rodzinną mamy taką, że byłyby powody. Brat mojego dziadka był w AK . Po wojnie zamknął ten rozdział a my pokolenie wnuków o tej jego działalności dowiedzieliśmy się w dniu pogrzebu. Miał piekarnię , władza ludowa mu ją odebrała jak wielu innym ich biznesy. Miałby powody do załamania i poczucia krzywdy ale odpuścił, skoro pozwolono mu wypiekać chleb , żył dalej w innej roli – pracownika nie właściciela. Młodszy brat ojca , chociaż wychowany w przedwojennych tradycjach narodowo – katolickich , bo taka była moja rodzina służył w ludowym wojsku i dosłużył się stopnia oficerskiego , bo uważał , że ma obowiązki wobec swojego kraju jaki by on nie był. Starszy brat ojca wżenił się w rodzinę repatriantów. Teść w randze podpułkownika zginął w Miednoje , a teściową i dwójkę dzieci wywieźli za Ural. Wróciły z córką –później żoną wujka ostatnim transportem repatriantów . Młodszy brat zmarł na tej wywózce. Kiedyś spytałam ciocię-babcię wprost, o to czy należy do tych organizacji i czeka na jakieś przeprosiny i jak w ogóle do tego podchodzi. Odpowiedziała mi krótko: nie należę i nie ma sensu tego ciągnąć  bo ja przecież  wiedziałam, że tak może być , wychodziłam za żołnierza a wiadomo było, że wojna wybuchnie. Dziadków mojego męża i czworo dzieci  wywieźli Niemcy do GG . Wrócili tylko dziadkowie i teściowa. Reszta jej rodzeństwa nie przeżyła. Nikt , nikt w  naszych rodzinach nie zagłębiał  się w te zaszłości. Żyli tym, z czym przyszło się zmierzyć w czasie rzeczywistym  i tyle. Te sentymenty do przedwojennej Polski to nic innego jak kontynuacja podsycania traum. Minęło ponad 80 lat, dawno odeszli ci , którzy tego doświadczyli, czas zapomnieć, ale nie : ta trucizna nadal się sączy i zatruwa kolejne pokolenia.  Przesłanie kryje się pomiędzy wierszami drugiego tomu. Świat co jakiś czas robi fikołka i nigdy już potem nie wraca na swoje dawne tory. Zostaje pamięć pokoleniowa tego co minęło  i trzeba się nauczyć z tym żyć i patrzeć w przyszłość..

1 komentarz:

  1. Dla mnie ta saga miała specjalny wymiar. Wychowałam się na wspomnieniach. A teraz mój wnuk o te wspomnienia pyta. A ja opowiadam. O Lwowie, o przedwojennych oficerach, o tym jak mojej mamie wojna zabrała to, co miała dostać po maturze. Bale pułkowe i piękne sukienki, a nie wszechobecny mundurek. O jej " wzdychulcach" tak innych od współczesnych chłopaków. Czy to jest sączenie trucizny? Czy taka nostalgia za światem, którego nie ma. Światem przodków. Buziaki

    OdpowiedzUsuń