Rzecz najważniejsza; na nowej bramce , nowa tabliczka z numerem - sąsiedzi przychodzą podziwiać , nikt takiej nie ma i pasuje do reszty detali
![]() |
Rzecz najważniejsza; na nowej bramce , nowa tabliczka z numerem - sąsiedzi przychodzą podziwiać , nikt takiej nie ma i pasuje do reszty detali
![]() |
i niestety męczący z powodu upału. A mnie robota nie odpuszcza. Właściwie cały dzień było co robić. Skupiliśmy się jednak na pomniejszych zadaniach. Te cięższe dziś niewykonalne. Jedynie hortensję posadziłam do ziemi. Rosła w donicy. Jutro pokażę wszystko na zdjęciach. Przymocowaliśmy nową tabliczkę z numerem działki, dwie półeczki w domku i na ścianie zawiesiliśmy aniołki z Kaszub. Trzeba było też pozbierać plony. Mamy więc koszyk truskawek i drugi czereśni, szczypior z cebulką, sałatę i groszek. I góry koperku, ale koperku nigdy za dużo. Na jutro mam podobne plany, przede wszystkim się nie przemęczać.
Miałam dziś mnóstwo spraw do załatwienia a po południu planowałam poprzekładać ciuchy , bo wciąz mam przejściowe, a przy tych upałach to przesada w takich chodzić. A tymczasem musiałam sobie zrobić wycieczkę krajoznawczą, bo małżonkowi zabrakło materiałów a dokładnie to zapomniał o jednym urządzeniu potrzebnym do wykonania zlecenia. Pojechałam , jakieś 20km od mojego miasta. W sumie to nie mam czego żałować, bo przynajmniej popatrzyłam sobie na przepiękny, stylizowany, leśny ogród. Naprawdę robi wrażenie. Drewniane rzeźby , ule w przeróżnych kolorach i formach, głazy i roślinność zasadzona tak, żeby wyglądała na samosiejki. To wszystko wśród liściastych i iglastych, wielkich drzew. Pięknie tam mają. A firma produkuje domki drewniane do ogrodów i akcesoria pszczelarskie. Sami zresztą są pszczelarzami. Może się małżonek jak zwykle załapie na jakiś słoik miodu. Po powrocie ruszyłam na zakupy. Dla nas ale i dla matki. D mi zameldowała braki w chemii domowej. Jutro zawiozę. A poza tym musiałam jeszcze wskoczyć do galerii kupić sobie mazidło do loków. Nie byłabym sobą gdybym nie poszperała po okolicznych sklepach przemysłowych. Zajrzałam do kika i pepko. Kupiłam dla matki nową ceratę na stół i skarpetki , bo swoje wszystkie ma pojedyncze , nie wiem jak to robi ale nawet jak uda mi się je poskładać to i tak jak potrzebne żadne do siebie nie pasują a dla nas poduszki na działkowe krzesełka i wyciskach do cytryny. Nabiegałam się w tym upale. Byłoby dobrze gdyby nie te 29 stopni. Teraz pada i to jest po prostu ideał. Gorąca noc i deszcz. Jutro ogródka nie poznam. Zielsko też skorzysta a jakże. Tak sobie planuję po cichu, że jednak ciężkich prac nie będziemy przy tym upale wykonywać. Pobawimy się drobiazgami siedząc w cieniu albo w domku. Ale kto to wie, co zdarzy się jutro.
i w miarę sensownie funkcjonować w nowej - niestety nie lepszej rzeczywistości, którą mi mamuśka zafundowała. Jak zwykle poukładałam , ustaliłam , trzymam się schematu, logistyka działa. W tym jestem dobra, Organizacja to zdecydowanie moja mocna strona. Bywa, że mnie coś zaskakuje i wywraca grafik ale szybko wracam na ustalony tor. Tak i tym razem. Sukcesywnie wynoszę matki "skarby" i robię porządki. Na razie w kuchni ; jakieś puszki po czymś, stare butelki , plastikowe pojemniki i inne dawno przez nią zapomniane klamoty. Tak poza tym w pracy jak zwykle. Popychamy te kontrakty i zaczyna to już coraz lepiej wyglądać. Może na jesień będzie koniec. Oczywiście jeśli znów nie zawalą czegoś budowlańcy.
Zrobiło się bardzo ciepło ale przecież już za 6 dni lato.
a to znaczy, że weekend coraz bliżej a jak weekend to nasze "rodos". Zapowiadają 35 stopni na plusie - jak ja to przeżyję? Lato ma swoje prawa a jednym z nich jest upał, muszę sobie poradzić. A jak już mowa o lecie to zakwitły lipy. Pachną upojnie ! Zapach lip to zapach mojego dzieciństwa. Dzień minął dość spokojnie. Matka nic nie odwinęła a to już duży plus. Gipsu też nie zdjęła i widzę, że to zasinienie na ręce też zaczyna zmieniać kolor na żółtawy a opuchlizna się zmniejsza. To dobry znak, znaczy, że się goi. Może nie będzie tak źle. Tylko nie wiem jak ją wyciągnę na kontrolę we wtorek jak zalecili na sorze. Rozmawiałam z moją przyjaciółką, co prawda nie zajmuje się tymi akurat sprawami ale i tak podpowiedziała mi istotną rzecz. Muszę sprawdzić jaki matka ma stopień niepełnosprawności. Jeśli chcę coś ugrać to powinna mieć "znaczny". jeśli ma inny to mam wystąpić z wnioskiem o podniesienie i uzasadnić pogorszeniem. Na razie i tak nie załatwię dopóki nie mam na piśmie ubezwłasnowolnienia z sądu ale już \wiem od czego zaczynać.
Po obiedzie pojechaliśmy na działkę. Przywieźliśmy koszyczek truskawek, sałatę i szczypior. Jest też groszek , ale jeszcze nie zrywałam. Inne roślinki podrosły i to sporo. Dwa dni deszczu i trochę więcej na plusie i od razu są efekty na grządkach. Zakwitła pierwsza z moich szlachetnych róż, suvenir. Ma piękny fioletowo - czerwony kolor wpadający w granatowy. Pozostałe dwie niestety nie dały rady. Jedna rośnie i wypuściła , ale nie zakwitła; może potrzebuje więcej czasu a trzecia zmarzła. Przycięłam ją radykalnie, może jeszcze odżyje ale małe szanse chyba. Nie mam doświadczenia z różami , muszę próbować. Na koniec starsza synowa wrobiła mnie w skracanie spodni. Jakoś poszło, chociaż materiał zdecydowanie nie na domową maszynę do szycia. Nie dość, że siepiący to jeszcze ciągliwy, ale dałam radę.
nic szczególnego. Matce jednak udało się wyplątać z temblaka i jeszcze sprytnie schowała go za krzesłem. Założyłam z powrotem , oczywiście się awanturowała i nie chciała zjeść śniadania - w ramach strajku pewnie. Pojechałam po raz drugi około 12.00 i dopiero ją namówiłam na jedzenie, chyba zapomniała że strajkuje, ale temblak miała i zjadła. Potem zajęłam się swoimi sprawami i nawet z przyjaciółką z LO pogadałam, ale inną , nie tą, której wczoraj szukałam. Zadzwoniła do mnie. W domu dokończyłam strój dla wnusi, jutro zabiorę go do pracy i dam synowi. Wnusia dziś wyjeżdża na wycieczkę więc sama nie zdąży odebrać. A wieczorem niespodzianka. Nie wiem co D jej zrobiła, ale matki nie poznałam. Grzecznie siedziała z gipsem i temblakiem na ręku, nie awanturowała się , ani nawet nie protestowała , że ma wziąć tabletki. Zrobiłam jej kolację i nawet poprosiła, żebym jej resztę zupy odgrzała a potem zagadywała mnie o działkę. Szok po prostu. Ciekawe na jak długo jej starczy. A ręka zadziwiająco szybko jej się goi. Dzień unieruchomienia i już jej zeszła opuchlizna, jeszcze nie do końca i ma siną tę rękę, ale różnica jest widoczna. Pogoda zaczęła się zmieniać, ociepliło się, przestało wiać i padać. Jak by na to nie spojrzeć za 8 dni kalendarzowe lato.
Jazdy z matką ciąg dalszy. Rano znów miała zdjęty gips. I nie pojmuje, że ma go mieć na ręce bo ma złamaną. Dziś jednak ją uziemiłam z pomocą swetra. Gips założyłam z powrotem zawiązałam chustę a potem wzięłam ciasny sweter , założyłam na lewą rękę i przez głowę a pusty rękaw wciągnęłam do środka i przełożyłam na plecy a potem obciągnęłam sweter aż do bioder. Z tego już się nie wyplątała. Później pojechałam do sklepu medycznego i kupiłam temblak z paskami. Jak wyłożyłam sytuację to mi sprzedawca wybrał taki z paskami zapinanymi na plecach. Nawet mnie w to ustrojstwo zapiął, żeby pokazać jak to działa. No, tego na pewno nie odepnie, nawet ja miałam kłopot, żeby sięgnąć na plecy lewą ręką. Założyłam jej wieczorem , zobaczę jak się sprawdzi. D, matki opiekunka nic podejrzanego mi nie zameldowała a to znaczy, że sobie poradziła. Oczywiście te moje pomysły nie przeszły bez problemów. Awanturowała się jak zwykle. Rozpytałam trochę o domy opieki. jeden mi odradziła D, chociaż tam byłoby najprościej załatwić, ale warunki dość marne. Dwa inne, prywatne, w okolicy około 20km od nas byłyby do przyjęcia ale dość drogie i długo czeka się na miejsce. A kolejny kawałek dalej , bo jakieś 40km (odległość też do przyjęcia) który specjalizuje się w opiece nad ludźmi z demencją niebotycznie drogi. Do mojej przyjaciółki z LO , która pracuje jako psycholog -orzecznik się nie dodzwoniłam, pomyślałam, ze ona może się orientować, bo ma z takimi sprawami do czynienia zawodowo, może coś podpowie. Spróbuję jutro. Zresztą nie ma pośpiechu , bo i tak nie mam wciąż orzeczenia z sądu a bez tego nie podziałam.
Tak poza tym szyłam dla wnuczki strój na Pyrkon, Nawet nie źle to wyszło. Taka wojowniczka. Pytanie co to za postać. Podobno z nowych filmów Marvela, nie zapamiętałam imienia niestety ale odkąd wnusia zrobiła się samodzielna i nie oglądają już z dziadkiem filmów fantazy więc i ja wypadłam z tego universum. Jutro dokończę ręcznie kilka drobnych detali i będzie gotowy.