babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

poniedziałek, 13 lipca 2026

13.07.2026 Agatowe Lato

 tym razem nazwa imprezy adekwatna do wystawy i to dosłownie, ale po kolei. W czwartek , dziewiątego wyjazd, trochę po 10.00. Po uprzednim ogarnięciu matki i udzieleniu ostatnich rad synowej w kwestii panowania nad tym chaosem i męskim personelem. Ktoś musi, a synowa niebawem godnie mnie zastąpi, bo ma do tego predyspozycje. Jechaliśmy jak to my, bocznymi drogami i okazało się to bardzo dobrym pomysłem , bo pomijając ładne widoki, ruch na tych drogach był niewielki. Dojechaliśmy bardzo szybko, bo już ok. 15.00. I uwaga ! Tym razem nie wpadliśmy w "trójkąt kraśnicki" (cos na kształt bermudzkiego) gdzie nawigacja traci orientację i wyprowadza na manowce. Już po drodze zauważyliśmy, że nasza ulubiona knajpka "Kamionkowa Chata" ograniczyła działalność do imprez zbiorowych. Było nieczynne, a szkoda. Nic straconego jednak , bo na naszej stałej kwaterze dużo zmian. Nowe szefostwo, nowy wystrój, nowy, porządny ekspres do kawy, większy rozmach i czynna stołówka. Akurat lepili ruskie pierogi i załapaliśmy się na solidny obiad. Świeżutkie, dwa razy większe niż ja robię na Wigilię i polane pyszną, przesmażoną, wędzoną słoninką. Do tego w cenie porcji kompot. Objedliśmy się po uszy. Dawno takich pysznych pierogów nie jedliśmy. Smakowały jak dzieciństwie u babci. W czasie gdy jedliśmy przyjechało stare szefostwo, rodzice obecnej właścicielki. Przywitaliśmy się z nimi naprawdę serdecznie, bo znamy się już ładnych parę lat. Po zakwaterowaniu się pojechaliśmy do Bolesławca pokręcić się rynku, posiedzieć przy fontannie, pogapić na kamieniczki przecudnie oświetlone i wypić turecką herbatę w tureckim bistro.W wyniku tego szwendactwa małżonek wzbogacił się o nową koszulę, szaro-łękitną z granatowymi przeszyciami i dwa krawaty do kolekcji. Po tej porcji pierogów nie chciało nam się jeść kolacji więc z najlepszego kebabu zrezygnowaliśmy, zostaliśmy przy herbacie. Akurat tam kebab mają rewelacyjny. Nie przepadam za takim jedzeniem ale tam mi smakuje. Wróciliśmy przed dwudziestą trzecią. 

W piątek , dziesiątego zaczynała się wystawa , ale według rozpiski dopiero o 15.00. Jak się jednak  okazało zaczęła się już od 10.00. Nieświadomi tego po śniadaniu pojechaliśmy do huty szkła Borowski a potem do centrum ogrodniczego. W hucie byliśmy już kilka razy. I tym razem też nie wyszliśmy pusto. Kupiliśmy kolejne kolekcjonerskie bombki , tym razem w odcieniach fioletu i dwa szklaczki a jakże. Skrzacika i rybkę. I tu uwaga ! Rybka jest zrobiona ze szkła mrozoodpornego i jest to jedyny egzemplarz na świecie. Szef wykonał próbkę , próbka trafiła na regał z innymi szklaczkami (figurki ze szkła , najmniejsze mają 1,2cm) przeznaczonymi do sprzedaży jako pamiątki  i na razie nie wiadomo, czy będzie produkowana. Wypatrzył ją małżonek i tym sposobem staliśmy się posiadaczami eksponatu unikatowego na skalę światową. 

W centrum ogrodniczym nie było tym razem nic ciekawego więc wyruszyliśmy do Lwówka Śląskiego na wystawę. Udało nam się znaleźć miejsce parkingowe blisko rynku i tu już okazało się, że impreza trwa w najlepsze. Plan był jak zwykle; w piątek oglądamy, w sobotę kupujemy. Nie wyszło. Wracam do tytułu. Agatowe Lato, tym razem nieco rozczarowało. Myślałam ,że to tak w pierwszy dzień ale nie. Nazwa imprezy okazała się tym razem adekwatna. Mniej - więcej 50 procent ekspozycji to były agaty , mniej - więcej 40 procent to jubilerska masówka jak z Apartu czy innych Briju i tym podobnych - drogie i mało ciekawe i pozostałe 10 procent też mnie- więcej, to inne kamienie. Takich unikatowych , białych kruków jak jeszcze kilka lat temu nie było. A jeśli już , ktoś wystawił jakiś okaz to raczej z kamieni powszechnie znanych: ametystów, kryształów  górskich czy różowego kwarcu. Królem tegorocznego lwóweckiego lata był w tym roku agat z Malawi. Owszem piękny , w rdzawo - szaro-pomarańczowych barwach , prawie zawsze z otwartą geodą w środku, wybarwiony warstwowo niemal jak na precyzyjnym rysunku kredkami. Cudowny! Niestety na bazie mody w niebotycznej cenie , nawet najmniejsze bryłki zaczynały się od kilkudziesięciu złotych. Równie dużo było agatów z Maroka i Argentyny. Te nie były już tak drogie. Trafiliśmy też na agaty z Chin i Meksyku. No i cała gama naszych, polskich. Świat miłośników  kamieni jest w gruncie rzeczy zamknięty. Spotkaliśmy mnóstwo ludzi, bywałych na poprzednich imprezach i giełdach poznańskich. Oczywiście od razu wpadło nam w oko lika różnych okazów kamieni. Pusto nie wróciliśmy, bo przecież agaty to bezwarunkowa miłość mojego męża. Kręciliśmy się po stoiskach, oglądaliśmy i jak coś nam w oko wpadło, to albo kupowaliśmy od razu albo zostawialiśmy decyzję na sobotę. Nie było za dużo zwiedzających więc przyjemnie się krążyło po wystawie  i oglądało, bez zbędnych przepychanek. Obiad zjedliśmy w restauracji Rycerskiej w podziemiach lwóweckiego ratusza. Wystrój eklektyczny - niemal wszystkie epoki, ale z nawiązaniem do sali w rycerskim zamku. Mają rewelacyjne jedzonko i nie żałują go swoim gościom. Zupa ogórkowa i placki ziemniaczane były przepyszne. I wcale nie drogie. Żadne paragony grozy w tej knajpce głodomorom nie zagrażają. Pod wieczór udaliśmy się w kierunku auta , po drodze "zwiedzając" stoiska z kwiatkami do ogrodu i innymi towarami. Zaopatrzyłam się w skórkowe sandałki , takie jak dawno temu niemal wszędzie sprzedawali górale jako rozszerzenie oferty kierpców i sakiewek. Nosiłam takie przez kilkanaście lat aż zniknęły w zalewie niby -góralskich klapek produkowanych w Chinach. Miałam fart po prostu. Upatrzyliśmy sobie jeszcze kilka innych rzeczy, które postanowiliśmy kupić w sobotę po zwiedzeniu stoisk z kamieniami. I oczywiście kwiaty. Tych było całe mnóstwo i to takich , o które u nas trudno. Wychodziliśmy bogatsi o piękny błękitny opal i kilka agatów. Te ciekawsze okazy wyszukaliśmy następnego dnia. Ale o tym w następnej relacji. cdn 

niedziela, 12 lipca 2026

12.07.2026 Wróciłam !

 A co widziałam i co przeżyłam opiszę w najbliższych dniach i jeszcze fotki pokażę ! Dziś ogarniam się powyjazdowo , no i jak to u  mnie od razu dopadła mnie szara rzeczywistość ! 

środa, 8 lipca 2026

8.07.2026 Do... napisania !

 Gotowi do podróży. Wyruszamy jutro około 10.00. Mam nadzieję, że nic się nie wydarzy i przynajmniej parę dni odsapnę. Zorganizowałam wszystko najlepiej jak się dało. Walizkę spakowałam, mężuś plecak  przydasiami na wszelkie okoliczności, auto zatankowane i możemy ruszać. 

Z codziennych spraw przytarłam swoje auto - niedawno odremontowane, opiszę przy innej okazji. A do małżonka dotarła w końcu paczka (po przepychankach z urzędem celnym i górą papierzysk) z zamówionym zegarkiem. Ma już nie złą kolekcję , ale ten jest wyjątkowy ; tarcza z prawdziwego kamienia, pięknego tygrysiego oka - pod naszą kolekcję. 

Do zobaczenia-napisania za kilka dni ! 🖐🖐🖐😎


wtorek, 7 lipca 2026

7.07.2026 Lekko pod wpływem ...

 pogody ? A może za podszeptem internetów? W każdym razie lato jeszcze się na dobre nie rozkręciło, a ja już nastrój jesienny złapałam. Pracę skończyłam dziś dość szybko , bo już około 13.30 więc sobie zaczęłam po różnych forach buszować i z tego buszowania zaczęłam obmyślać dekoracje na jesień. Nawet kilka drobiazgów sobie do ulubionych zapisałam , żeby nie zgubić. A na razie zmobilizowałam się i lekko zmodyfikowałam wystawkę na niby-kominku. Szklane kwiaty i kogutki zastąpiły zamorskie dziwa czyli ośmiornice, koniki morskie i jakieś egzotyczne ptaszory. Niech się kojarzą z dalekimi podróżami... 

A póki co, szykujemy się do wyjazdu. To już po jutrze. Sprawdziłam kilka miejsc do pozwiedzania w piątek bliskich naszej kwaterze i tylko tak na pół dnia, bo potem już wyjazd do Lwówka , sobotę w całości przeznaczamy na wystawę a w niedzielę powrót niestety. Nie ma jednak tego złego , bo będzie na nas czekać nasz PDzO i pewnie kolejne już warzywne żniwa. 

Wieje i to potężnie i trochę mży. Pogoda jesienna jak by na to nie spojrzeć, choć oczywiściej znacznie cieplej. 

poniedziałek, 6 lipca 2026

6.07.2026 Jakoś tak...

dziwnie pogodowo. Najpierw szok temperaturowy a teraz mżawka i wiatr jak w listopadzie. Mnie tam nie robi , pogody prawie nie zauważam , ale nie wiem co na podróż szykować. Chyba znów na wszelkie okoliczności, czego nie lubię, bo ja na podróż zabieram rzeczy praktyczne i do wykorzystania na różne sposoby. A przy takich szaleństwach pogodowych trzeba brać walizkę ciuchów zamiast po jednym na każdy dzień plus jeden rezerwowy. Będę się martwić w środę , co do tej walizki wrzucać. A na razie to czekam na małżonka. Pojechał na awarię, starszy wnusiu zabrał się z dziadkiem w roli pomocnika i dotąd ich nie ma. Po ciemku wiele nie zdziałają więc przypuszczam ,że niedługo wrócą. Miałam plan przewrócenia szafy ale w końcu dałam sobie spokój. Zdążę a dziś zrobiłam sobie dzień lenia i całe popołudnie wylegiwałam się na kanapie z czytnikiem w ręce . I zaraz będę kontynuować. 

Tak poza tym kontynuuję porządki w szafach matki i wciąż wynoszę kolejne stare graty a one wciąż tam są , jakby się rozmnażały.  Możecie mi wierzyć: zbieractwo to straszna rzecz. Zbieractwo - nie mylić z kolekcjonerstwem. Z ciekawostek, to znalazłam mój stary szybkowar z lat osiemdziesiątych, który mi się uszkodził po kilkunastu latach użytkowania i dałam go ojcu żeby spróbował naprawić zamknięcie. Ojciec naprawić nie zdążył, bo zmarł w 98,  a ja o tym sprzęcie zapomniałam , no i tak sobie pokutował u matki w szafie prawie 30 lat -nie wiadomo po jaki kij...Ciekawe co jeszcze mi się tam objawi? 

niedziela, 5 lipca 2026

5.07.2026 Placek na młodziach zez angrystym

 z wiyrzchu posypany cukrym upiekłam. Tak , zwykły drożdżowy placek z agrestem a nie żadne eleganckie ciasto jak Lucia. Tak na szybko przy obiedzie,  z agrestem z naszej działki, który wczoraj małżonek oberwał. Był jeszcze kompot agrestowy do obiadu a resztę przesmażę na konfiturę agrestową. Taki drożdżowy lubimy najbardziej. Zabrałam na działkę a potem zabrałam jeszcze kawałek dla matki. Pochłonęła cały zanim zdążyłam jej zrobić kolację. Ale niech tam, wiem ,że placek z agrestem to zawsze było jej ulubione ciasto więc nie będę jej żałować. 

Inauguracja jaccuzi nam nie wyszła. Wiało i padało na zmianę. Niby tylko chwilami pokropiło ale w zagłębieniach pokrywy od jaccuzi stała woda. Trudno, może jutro... Nie umiem nic nie robić na działce. Obiecałam sobie , że dziś jadę posiedzieć i nic z tego , ledwie wpadłam już zabrałam się za wysadzenie turków. Miałam jeszcze kilka w szklarence, Jakiś czas temu wysiałam resztke , którą miałam w torebce i już myślałam ,że nic z tego nie będzie, tymczasem wyrosły. No to wysadziłam na grządki. Niech na jesień robią ogródek. 

A od jutro przygotowania do wyjazdu. Mam nadzieję, że nie będzie wielkiego upału i da się pozwiedzać wystawę i nie tylko, choć krótko. 

sobota, 4 lipca 2026

4.07.2026 Jutro inauguracja

 bąblowca kąpielowego czyli jaccuzi. Stoi w miejscu docelowym , gotów do użycia, nawet woda podgrzana do 30 stopni. Trochę zajęło to rozkładanie, najdłużej trwało rozgrzewanie wody. Małżonek rozkładał z pomocą starszego wnuczka a ja zajęłam się grządkami. Robota szła jak z płatka. Nie ma to jak sprzyjająca pogoda. A dziś sprzyjała. Nie było za ciepło. Wiało co prawda solidnie , ale to akurat nie przeszkadzało. Zebrałam bób i od razu wyłuskałam, małżonek oberwała agrest zanim przyjechał wnuczek, a ja pieliłam. Zostały mi trzy grządki. Nawet specjalnie się nie zmęczyłam ale moje moje plecy odmówiły współpracy. Na koniec posadziłam kupione wczoraj kwiaty i kilka kupionych wcześniej żurawek. A resztę opiszę innym razem, muszę dać odpocząć plecom. Niech jeszcze posłużą. Miłej niedzieli !