i jeszcze powietrze pachnące wiatrem i dymem z ogniska... W mieście się tego nie czuje niestety , ale od czego wyobraźnia... Na pewno ten zapach gdzieś tam się snuł. Mglisty poranek był jednak realny i co tu dużo gadać : piękny ! Bo ja mgłę kocham. To jedna z tych moich fascynacji, których nie umiem wyjaśnić. Po prostu tak mam. O tym mglistym poranku wybrałam się na zakupy do piekarni a potem do matki z porannymi tabletkami i zrobić jej śniadanie. Miasto jeszcze spało, kręcili się po nim tylko nieliczni mieszkańcy a mgły po woli się podnosiły. Obok parkingu nazbierałam trochę kasztanów. Nie wiele w tym roku, bo dekoracje zdążyłam zrobić wcześniej , a tymi co zebrałam tylko te dekoracje uzupełniłam. Bo przecież jesień bez kasztanów się nie liczy. Ot taki drobny romantyczny wątek, wąteczek właściwie , w sam raz na sobotę.
A potem już było jak zwykle. Oczywiście wybraliśmy się na działkę. Wciąż kwitną na niej rutbekie i kosmosy i po raz drugi róże okrywowe. Zabraliśmy się dziś za kolejne grządki i truskawki. te ostatnie zostały dokładnie obcięte z pędów i przebarwionych liści, dosadziłam kilka nowych sadzonek. Małżonek zajmował się truskawkami a ja pieliłam kolejne dwie grządki. Na koniec przykryliśmy je włókniną żeby nie rosło zielsko, a wcześniej jeszcze przesypaliśmy nawozem. Została grządka ziołowa i jedna. na której mam posianą rzodkiewkę i gdzie wypuścił koperek. Pora na grządki kwiatowe ale to już następnym razem.















