babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

środa, 2 września 2026

2.09.2026 Z deszczu pod rynnę

się wpakowałam... Z tym ubezwłasnowolnieniem. Wyjścia co prawda nie miałam ale w nagrodę mam nowe tematy na głowie z tym związane. Dziś definitywny koniec sprawy. Dostałam orzeczenie sądu, że jestem opiekunem prawnym ubezwłasnowolnionej. No i na dzień dobry czeka mnie rundka po urzędach i instytucjach :bank, urząd skarbowy, zus, ops, lekarz rodzinny, operator komórkowy, szpital, enea i wydział meldunkowy w gminie na dokładkę. Ominęła mnie spółdzielnia mieszkaniowa, bo mieszkanie jest moje i tv z kablówki, bo umowa jest na mnie. Co jeszcze??? Dobre pytanie. A co 6 miesięcy sprawozdanie ze sprawowania opieki dla sądu. Cóż robić ? Jeszcze jedo zadanie do wykonania...  

Jest i dobra wiadomość, po trzech tygodniach są wyniki starszej synowej. Nie ma nowotworu.Szybkie usunięcie guzka ją uratowało. Bardzo się o nią baliśmy. 

I jeszcze taka, też dobra, że nasi Przyjaciele z Poznania po raz drugi zostali dziadkami. Kawał chłopa im w rodzinie przybyło. Maluch ważący prawie 4 kg. Mama i dzidziuś zdrowi a cała rodzinka przeszczęśliwa. My, przyszywani dziadkowie też, cieszymy się z nimi.  

p.s. własnie popełniłam 4777 wpis. 

wtorek, 1 września 2026

1.09.2026 Wrzesień = jesień

 i tak prawie to wyglądało dzisiaj. W kalendarzu wciąż lato aletemperatura w okolicy 22 stopni i na zmianę deszcz i słońce. Tak już trochę jesiennie się zrobiło zwłaszcza, że i zieleń już zmienia odcień na oliwkowy. Jak dla mnie może być. A skoro mowa o odcieniach oliwki to planuję zakup kurtki w tym kolorze. Podobno dobrze mi w oliwkowym. Z tematów jesiennych to kompletuję już dekoracje. Pokażę w swoim czasie, gdy znajdą już swoje miejsce na komodach i półkach.

Tak się złożyło, że wczoraj żegnaliśmy naszego znajomego. Człowieka znanego w mieście i bardzo lubianego. Miał 57 lat. Nawet nie wiedział, że jest chory a gdy pewnego dnia zasłabł na ulicy i zrobiono badania , nie było już czego ratować. Ja mówię , że dobrze, uniknął długiej walki z nowotworem , uporczywego leczenia i cierpień z tym związanych. Jasne, że był to szok dla wszystkich, nawet dla nas ale dla niego z pewnością lepiej. Znaliśmy się ze sponsorowania drużyny siatkówki a ja do szkoły podstawowej chodziłam z jego siostrą. Parę lat temu współpracowaliśmy w związku z tym sponsoringiem, bo Zmarły był działaczem sportowym i miejskim. Siatkówka i ta drużyna to było jego życie. Żegnała go chyba połowa miasta , w tym cały miejski biznes. Ludzi było tyle co na Święto Zmarłych. Czekając na ceremonię przyglądałam się trochę ludziom. Nie ma już zwyczaju noszenia żałoby. W czerń ludzie ubierają się tylko idąc na cmentarz pożegnać zmarłych. Tak było  i tym razem. Prawie wszyscy w ciemnych strojach bez zbytniej ekstrawagancji ale nie wszyscy. I tak się zastanawiam czy w szkole oprócz innych ważnych rzeczy nie powinno się uczyć savoir vivre czy tylko dobrego smaku , cokolwiek to znaczy. Nie wiem kim te osoby były, choć z widzenia znam. Przynieśli wielki bukiet czerwonych róż więc pewnie jakaś rodzina albo bliscy przyjaciele. Ona ubrana w czarną asymetryczną spódnicę z koronką sięgającą z jednej strony od połowy uda z drugiej do kostek , do tego czarna , satynowa wiatrówka z jakimiś krzyczącymi , złotymi paskami z logo producenta i szpilki też ze złotymi sprzączkami. Wszystko uzupełniła niezliczoną ilością łańcuszków i wisiorków. A na ramieniu miała wielką torbę, w której trzymała psa. Takiego modnego i drogiego , który z wyglądu kojarzy mi się z pomponem do bambosza i co chwilę coś tam przy nim robiła. Jej facet wprawdzie miał zwykłą, granatową koszulę z kołnierzykiem lekko przyciasną , to spodnie , które wyglądały jak poplamione farbą. Cały ten anturaż bardziej by pasował na festiwalu Castle Party, ale na pogrzebie robił kuriozalne wrażenie... Choć jedno i drugie mieści się w klimacie. Ja chyba nie rozumiem już tych czasów, pies na cmentarzu! Tylko brakowało takiego co by papierosa zapalił. Trochę nie na temat ale nie mogłam się tym curiosum nie podzielić...

Miałam wczoraj i dziś dużo pracy. I w domu i w biurze. W domu wiadomo, leżało wszystko i czekało lepszych czasów , bo działka ma pierwszeństwo, no to teraz nadrabiam prasowanie i sprzątanie w kuchennych szafkach. A biurze jak zwykle, papiery i jeszcze raz papiery. Biurowe podwórko odnowione i uporządkowane. Został jeszcze kawałek trawnika , ale zamierzam z niego wykopać wiosenne kwiaty i przenieść na swoją działkę więc jeszcze z tydzień do dwóch. 

Dziś nasza młodsza młodzież świętuje rocznicę ślubu , już 19-tą. 

Tak poza tym , otwarli już jedną nitkę na remontowanym wiadukcie. Wreszcie rozładuje się trochę ruch i znikną korki. Od dwóch lat te objazdy to prawdziwa plaga , zwłaszcza na naszej ulicy.  



poniedziałek, 31 sierpnia 2026

31.08.2026 A w Toruniu...

 jak to w Toruniu- klimatyczne uliczki, mnóstwo turystów i jeszcze więcej atrakcji dla wszystkich od 0 do 100 lat i więcej. Znamy ten Toruń od wielu lat i lubimy, toteż staramy się choć raz w roku zajrzeć na starówkę, w sklepiku firmowym Kopernika kupić górę toruńskich pierniczków, zatopić się w oparach historii i pobłądzić wśród stylowych kamieniczek, galerii , starych warsztatów i pracowni, wypić kawę w ogródku jakiejś kafejki i spróbować lodów piernikowych a potem pokręcić się po Bulwarze Filadelfijskim nad Wisłą. Tak było i w tym roku. Zaparkowaliśmy jak zwykle na przeciw bunkra numer 6 - to taki fragment starych murów z pomieszczeniami dawnej straży wodnej i miejskich strażników- a potem poszliśmy wzdłuż murów obronnych i bramą klasztorną weszliśmy na starówkę. Kilkanaście kroków i pierwsze , nasze tegoroczne odkrycie: pizzeria we włoskim klimacie. Wejście a obok brama na patio a w bramie : carabinieri -w poczciwej "zuśce" czyli zastawie ale najwyraźniej na chodzie o czym świadczy aktualna tablica rejestracyjna- zapewne pilnują porządku w pizzerii




Krótki spacer główną ulicą i trafiamy na nowość: muzeum zabawek. Weszliśmy tam na zasadzie "tego tu nie było". Stare ,drewniane schody zabytkowej kamieniczki prowadziły na piętro, gdzie tuż przy otwartych szeroko drzwiach siedziała sobie lala. W głębi sali starszy pan prezentował półkę nawiązująca do PRL-u. Przerwał zapraszając nas do podejścia bliżej, nie pytał o bilet tylko stwierdził, że bilety potem , a do początku wróci gdy zakończy opowieść. Jak się później dowiedzieliśmy to muzeum to w zdecydowanej większości jego prywatna kolekcja od chwili gdy ją udostępnił uzupełniana przez eksponaty, które dosyłają lub przywożą mu zwiedzający po wizycie w tym muzeum. Najstarsze lalki pochodzą z początku XIX wieku. Są zrobione z wosku a więc materiału nie trwałego i przez to mocno zniszczone , mają za to stroje z prawdziwego jedwabiu i prawdziwe, ludzkie włosy. Takie muzeum to w sumie rzecz dla dzieci, ale i tak bawiliśmy się świetnie , a eksponaty przywołały wspomnienia. 
Przy wejściu witają gości porcelanowe damy z przełomu XIX i XXw i gospodyni (dolna półka) w otoczeniu kuchenek. Do tych szufladek można było wlać naftę, zapalić i np. upiec prawdziwe ciasto lub ugotować prawdziwą zupę. Nie groziło pożarem bo wszystko było zrobione z metalu, za to poparzeniami już tak, ale wtedy nikt nie przejmował się tym ,że dziecko doznało drobnego urazu 


Znaleziony w stodole poniemiecki z lat 30-stych XXw. domek dla lalek dostarczyła do muzeum zwiedzająca. Był bardzo zniszczony , został już częściowo odrestaurowany ; aktualnie pracują nad naprawą strychu. Domek jest ogromny jakieś 1,2m na 60cm albo i więcej. Ze względu na to, że był oblegany nie udało mi się go sfotografować z drugiej strony. Opisze go trochę - z obu boków ma różne przybudówki : drewutnię , domek z serduszkiem , różne galeryjki i balkoniki ze skrzynkami na kwiaty, z tyłu wejście do ogrodu a pomiędzy oknami kratki z pnączami. Coś pięknego !


Na górnej półce wspomniane wcześniej woskowe lalki z początku XIXw. Poniżej lalczyne przyjęcie na koronkowym obrusie samowar i najlepszy serwis. Te naczyńka są mikroskopijne, niektóre około 1cm ale wszystkie piękne, przejrzystej porcelany. Aż nie chce się wierzyć , że tyle przetrwały - ponad 120 lat 


Zbliżenie i lala w dwóch częściach dla zobrazowania jak je kiedyś budowano. Buzia z porcelany, oczy szklane, włosy pozyskane od ludzi a korpus z lnu wypchany słomą - dla obniżenia kosztów


I witamy w epoce naszego dzieciństwa , początek lat 70-tych .Miałam taki piórnik - zasuwany, to ten w kremowo-brązowe paski , a mój małżonek ten obok, z górskim widoczkiem. Podobny miała moja przyjaciółka z ławki szkolnej. Miałam też takie zielono-różowe liczydło , ostrzałkę na żyletki a mąż do dziś ma bierki w tym igielitowym futeraliku i gdzieś kula się po szufladach seledynowa obsadka ze stalówką, a książeczkę na jagody czytałam moim dzieciom - potem "podałam dalej" - zdaje się dzieciom kuzynki 



Widzicie te lale , które siedzą na skraju półki po prawej i lewej stronie? Miałam takie , a dokładniej to tę po prawej stronie wciąż mam. Jest u mojej matki , mocno zniszczona. Kiedyś o nią zadbam - mam  nadzieję.

Poniżej drewniane gry i autka 


Agd na prawdziwy prąd - to już trochę późniejszy temat. Moja przyjaciółka miała kuchenkę elektryczną - też dzisiaj nie do pomyślenia , ale spójrzcie na dolną półeczkę : wrotki i łyżwy saneczkowe. Wrotki wypożyczałam w świetlicy osiedlowej a na takich saneczkowych łyżwach zaczynałam naukę jazdy - długo to nie trwało, szybko zastąpiły je figurowki

A tu już epoka moich dzieci - Piaskowy Dziadek , lale z włosami do czesania i enerdowskie auta zdalnie sterowane. Nie zdążyłam zrobić fotki -zdalne sterowanie to było pudełko z wyłącznikami połączone z mechanizmem auta kablem. Jeździło , w przód i tył oraz skręcało po przyciśnięciu odpowiedniego guzika. Kustosz prezentował osobówkę . Moje chłopaki miały busa. 


Akurat mocno zaświeciło słońce więc zdjęcie kiepskie - kolekcja autek służb miejskich - milicja , pogotowie , straż pożarna . Nasza polska produkcja i nasze służby 


Poniżej limitowana kolekcja aut produkcji radzieckiej, w tym wozów dyplomatycznych , wszystkie metalowe, otwieranie - żartowano sobie , że to "ruskie matchbox" .Te ostatnie oryginalne też były. jedno nawet takie jakie do dziś ma mój małżonek - cadillac. 


I jeszcze jedno moje wspomnienie - miałam tę grę w leśne przygody. Wiele godzin spędziłam przy niej z moim ulubionym wujkiem, bo to on mi ją podarował 


Na koniec prezentacji starszy pan zaprezentował zabawki mechaniczne, w większości nakręcane kluczykiem ; różne , chińskie, węgierskie, radzieckie i polskie. I znów nasze wspomnienie: kurka, która po nakręceniu kluczykiem dziobie ziarenka a na koniec znosi jajko - nasza wciąż na chodzie. Bawiły się nią nasze chłopaki, potem nasze wnuczęta a ona wciąż działa. Była też ciuchcia, która jadąc wygrywała melodyjkę na cymbałkach wmontowanych w tory. A za pałeczkę służył tłok napędzający koła. Na koniec zamieniliśmy jeszcze kilka słów ze starszym panem , wykupiliśmy bilety - po zwiedzeniu ale co to w końcu za różnica- i poszliśmy dalej. Bawiliśmy się doskonale podziwiając te wszystkie zabawki i przywołując wspomnienia. A potem poszliśmy dalej. Krążyliśmy wśród sklepików. kupiliśmy torbę pierniczków w różnych nowych smakach, zjedliśmy bardzo ostry tajski obiad , znów krążyliśmy, obejrzeliśmy stoiska z pamiątkami , potem zaliczyliśmy kawę i lody - tym razem o smaku kwiatu bzu czarnego z malina. Rewelacyjne. Dawno nie jedliśmy takich pysznych. Tradycyjnie poszliśmy na Bulwar Filadelfijski pogapić się na Wisłę i pływające po niej stateczki. Tu też nowość; pojawiły się takie repliki starych , jakimi kiedyś pływali flisacy. I nagle  zrobiło się późno , przyszedł czas wracać do domu. Dotarliśmy około 21.00. Niby nic takiego nie robiliśmy ale dzień na kompletnym luzie dobrze nam zrobił. 







niedziela, 30 sierpnia 2026

30.08.2026 Na świeżym powietrzu

 spędziliśmy trzy ostatnie dni. No może nie piątek, bo Toruń to jednak bardzo ruchliwe i dynamiczne miasto ale i tak cały na powietrzu. Nie za biurkiem ani nie w pomieszczeniu. Relację z Torunia wrzucę jutro lub po jutrze, jak przygotuję parę zdjęć. Nowość: muzeum zabawek. Rzecz bardziej dla dzieci , ale świetnie się bawiliśmy , a ile wspomnień! Odkryliśmy tam nasze zabawki z dzieciństwa. O szczegółach opowiem. Bardzo mi się ten wyjazd przydał. Wyłączyłam się do tego stopnia, że gdy syn zadzwonił o coś zapytać w związku z zamówieniami, nie wiedziałam o czym mówi. Dopiero jak się dłuższą chwilę zastanowiłam. Sobota i niedziela oczywiście na działce. Zaczęliśmy przygotowania do zimy. Zlikwidowałam resztki po fasolce i wyczyściłam grządkę oraz tę po ogórkach . I jeszcze po połówce z dwóch innych, ale tam mam jeszcze marchew i na drugiej resztę buraczków. Zebraliśmy też mnóstwo jabłek a za tydzień będą już gruszki -konferencje. Objadaliśmy się tymi jabłuszkami bez opamiętania. Jadłam je prosto z drzewa ze skórką i po kilka na raz i wcale mi nie zaszkodziły. Te sklepowe muszę obrać i mogę zjeść najwyżej jedno. Jeśli zjem od razu dwa to odchorowuję. Wykopałam tez wszystkie ozdobne czosnki. Zmienię im lokalizację. Rozrosły się niemożliwie, uzbierały się dwa koszyczki wielkości kartonu do butów cebulek. Za tydzień zajmę się kolejnymi grządkami. Małżonek wygrabił trawnik i ułożył płyty pod grilla i ognisko. Posiedzieliśmy też w jacuzzi. Dziś nawet dwa razy. Podtrzymuję to co napisałam wcześniej; jacuzzi to był nasz najlepszy zakup. Dobrze mi na działce. Pora już taka, że wcześniej zapada zmrok i wieczory chłodniejsze. Zrobiliśmy sobie spacer alejkami a potem włączyliśmy film z nośnika. ostatnią wersję "Morderstwa w Orient ekspresie". Temat znany i nawet trochę oklepany, choć nowa wersja filmy całkiem sympatyczna nie udało nam się  obejrzeć w całości. Nie obeszło się oczywiście bez wycieczek do mojej matki ale z tym już nic nie zrobię. Musiałam sobie sprawy przeorganizować i podporządkować reżimom czasowym. Trudno, jakoś ogarniam. To tyle spraw weekendowych. Dobrego tygodnia!

piątek, 28 sierpnia 2026

28.08.2026 Wróciłam

wycieczka udana, ale relacja po weekendzie , bo jutro uciekamy  na nasze rodos w celu dalszego relaksowania się i może moczenia w bąbelkach jeśli będzie ciepło. Miłego weekendu !  

czwartek, 27 sierpnia 2026

27.08.2026 Dzień za krótki

zdecydowanie. Mnóstwo tematów mniejszych i większych mi się nazbierało. Miałam dziś co robić i w firmie i w domu. A najważniejsze, że przyjechał robot myjący okna. Nie jest to małe urządzenie i dość ciężkie. Testowałyśmy z synową od razu na biurowej witrynie. Daje radę i zużywa przy tym śladowe ilości wody. Co prawda nie do końca domył ślady po muchach , ale to pewnie dlatego, że użyłyśmy samej wody. Zalecają płyn do mycia niepieniący. Poszukam. Trochę hałasuje ale nie więcej niż np. okap. To nawet lepiej , bo wiadomo, że pracuje. Witrynę o powierzchni 2,50 x 3,5 obleciał w 15minut. Zobaczę jak się spisze na moich oknach. Inne sprawy idą swoją drogą. Sprawę w sądzie mam z głowy , gratisową hostę podarowałam sąsiadom, którzy założyli "społeczny " skalniak na rogu ulicy i pracowicie go pielęgnują i upiększają. Jak bym się uparła to by się miejsce w moim ogródku znalazło, ale obawiam się najazdu ślimaków. I tak już z nimi problem a czytałam, że hosta to ślimaczy przysmak. 

Tymczasem się żegnam do soboty. Jutro robimy sobie mały wypad do Torunia. Wrócimy późno więc nie wiem czy zdążę zajrzeć tutaj na blog. Potrzeba mi chwili oddechu po tych wszystkich jazdach. Rano tylko wpadnę do matki podać leki i zrobić śniadanie , w porze obiadowej przychodzi opiekunka , a wieczorem wpadnie do niej moja młodsza synowa. 

😎🖐🖐🖐

środa, 26 sierpnia 2026

26.08.2026 Na adrenalinie

 dzisiejszy dzień. Od rana miałam stres , bo sprawa sądowa. Fakt, szybko poszło i pomyślnie dla mnie. Teraz wyrok się uprawomocnia. A potem będę jakieś raporty pisać do sądu co pół roku , że niby właściwie sprawuję tę opiekę. No dobra , przeżyłam to i to przeżyję. Z tych nerwów zostawiłam rano na stole  matki tabletki. Musiałam po nie pojechać żeby choć te co jej podaje opiekunka dostała. Po drodze z sądu zaliczyłam jeszcze wizytę u  mojej konsultantki z avonu i restaurację i jeszcze zieleniak i kolejną jazdę , tym razem do dostawcy odebrać sprzęt. Na zieleniaku kupiłam wrzosy do donic na stojących na trawnikach przy biurze . Hmm, teraz już nie trawnikach tylko wysypanych kamieniem "dywanikach". ładnie to wygląda z tymi wrzosami. Dostałam w gratisie do wrzosów  hostę. Nie specjalnie je lubię w przeciwieństwie do ślimaków ale jak dają za darmo, to jakieś miejsce w ogródku  jej znajdę. To nie pierwszy taki roślinny prezent, który dostałam od tej  ogrodniczki. Często u  niej kupuję więc pewnie dlatego. A w firmie też nie zła zadyma. Towar nas przysypuje, kolejne zlecenia też. 

W domu oczywiście znów od roboty nie uciekłam chociaż zarzekałam się , że dziś nic nie robię. Zaprawy same się nie zagotują, Obrałam też i zagotowałam buraczki , jutro zetrę i powkładam w słoiki. No i matki pranie ogarnęłam.  Mam nadzieję , że jutro dzień będzie spokojniejszy. A na piątek planujemy krótki wyjazd, do Torunia, pokręcić się po starówce, tak po prostu , dla przyjemności.