babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

czwartek, 12 lutego 2026

12.02.2026 Pączek w maśle

Nie, nie w maśle , a po przemysłowemu na oleju. Przyznać jednak muszę , że te z miejscowych PSS-ów są bardzo smaczne , nie zbyt wielkie i nie opite tym olejem. A takie dziś były u nas w firmie dla dopełnienia tradycji tłustego czwartku. Ja sama , jeśli piekę, to klasycznie , na smalcu i obtaczam w cukrze – nie polewam lukrem ani nie pudruję. Kiedyś były jeszcze specjalne odmiany tłuszczu do smażenia pączków i chruścików „ceres” i „oma” ale to już historia. A skoro już zahaczyłam o dawne nuty to temat rozwinę i sobie powspominam - pączki właśnie !

Najmłodszy z barci mojego dziadka był z zawodu piekarzem. Z takiej przedwojennej szkoły, terminował u mistrza i stopniowo poznawał tajniki wypieków chleba i ciast. Zaczynał od donoszenia worków z mąką , potem rozwiązywania ich i dosypywania odpowiednich ilości , poprzez kolejne piekarskie czynności aż do egzaminu mistrzowskiego. Przed wojną , w czasie wojny i jeszcze krótko po , zanim mu władza ludowa nie odebrała biznesu prowadził swoją piekarnię . Po jego chleb i wypieki zjeżdżali się klienci z całego województwa. Od niego nauczyłam się piec ciasto drożdżowe- zdradził mi też swój mistrzowski patent na to, żeby zachowało świeżość- poznałam tajniki nieupadania biszkoptu i sposób na dobre pączki. Tu niestety muszę się przyznać, że jestem beztalencie cukiernicze , bo oprócz drożdżowego i  może z trzech innych ciast nie wiele mi wychodzi. Pączki wychodzą mi pyszne , ale do mistrzostwa Wujka - Dziadka mi daleko. Pieczenie pączków przez Wujka- Dziadka to był cały ceremoniał. Zanim przystąpił do pracy przygotowywał odpowiednie ingrediencje. Układał wszystko na wielkim kuchennym stole i sprawdzał jakość mąki, rozcierając ją w palach i smakując końcem języka , potem rozbijał jako na talerz i sprawdzał stan żółtka i białka , wąchał smalec czy świeży, potem drożdże, sprawdzał świeżość mleka i tak dalej. Jeśli coś nie odpowiadało standardom , szedł do spiżarni po inne, po czym misterium pączkowe zaczynało się od nowa.  Gdy już wszystko było jak trzeba zaczynało się wyrabianie i wyrastanie ciasta. Ciasto Wujek – Dziadek wyrabiał ręcznie, nie żadną kulką, kopyścią czy o zgrozo : mikserem! Ręcznie a uzasadniał to trochę poetycko tym ,że ciasto drożdżowe potrzebuje ciepła dłoni piekarza, żeby nabrało odpowiednich właściwości i wyrosło jak należy i całkiem praktycznie tym ,że czuje wtedy ,że ciasto jest należycie wyrobione. I w jego wykonaniu wyrastało. Po kilku chwilach ugniatania stawało się gładkie jak aksamit i deliktne jak skóra małego dziecka. Wyrastało w mocno nagrzanej  kuchni gdzie w piecu  buzował żywy ogień – bo u wujostwa gotowało i piekło się na ogniu mimo, że na wyposażeniu kuchni była też kuchenka elektryczno-gazowa. Gdy już ciasto odpowiednio wyrosło Wujek-Dziadek rozgrzewał tłuszcz w wielkim żeliwnym garze a ciocie : żona i córka Wujka  formowały pączki i nadziewały je powidłami śliwkowymi, których zapasy zawsze były pod ręką . Wujostwo mieli spory sad więc i śliwek na powidła nie brakowało. Pączki układały na dużych deskach , a potem kolejne porcje Wujek – Dziadek osobiście wkładał do wrzącego smalcu , czekał aż same się odwrócą i potem wyjmował na wielkie sitko , gdzie ociekały z nadmiaru tłuszczu , przez 5-10 sekund , po czym jedna z cioć obtaczała je w misce z dość grubym cukrem, warunek : musiały być gorące, jeśli choć trochę przestygły cukier się nie przyklejał. Powstawało takich pączków na jeden raz około 160 czasem więcej . Były wszystkie równiutkie jak pod sznurek , nie za wielkie i wszystkie złocisto-brązowe, obsypane cukrowym szronem. Piekło się takie pączki tylko zimą w karnawale i na ostatki. Objadaliśmy się potem tym przysmakiem bez opamiętania , chrupiącym z wierzchu i puszystym jak chmurka , żółciutkim w środku. Ostatni raz jedliśmy wujkowe pączki gdy nasi synowie byli w  wieku 4 i 5 lat , pojechaliśmy w odwiedziny i akurat trafiliśmy na tę ceremonię. Nasze chłopaki zjadając wpychali je sobie do buzi dwoma rączkami , mażąc sobie przy tym policzki i noski powidłami i oblepiając siebie , ubrania i stół cukrem. A ja zapamiętałam ten pączkowy niezapomniany smak i konsystencję  na zawsze. I pewnie nigdy już nie zjem lepszych. Kiedy sama zabieram się za pączki zawsze wspominam Wujka – Dziadka i jego pączkowe misteria odprawiane przy kuchennym stole i rozgrzanym piecu.

środa, 11 lutego 2026

11.02.2026 Na szerokich wodach

 dziś młodzież. Samodzielnie , bez naszego wsparcia negocjowali ogromny kontrakt. Długo to trwało ale wyszło na nasze. Jutro jeszcze jedno spotkanie w tej sprawie. W sumie już w trakcie realizacji ale wyszły całkiem nieprzewidziane sprawy i ogrom błędów popełnionych przez projektanta. Będą poprawki. Jak to możliwe? Ano możliwe, nie pierwszy raz kiedy wyłapujemy takie braki, ale tym razem to jest ich tyle, że nie sposób wykonać kontrakt w sensowny sposób i nie narażając klienta na dodatkowe koszty i nie mówię tu o kilkuset złotych. Młodzież sobie poradziła a jak sobie inwestor sprawę z projektantem załatwi to już nie nasze zmartwienie. Przyznam się, że trochę się denerwowałam co z tego wyniknie. 

Tak poza tym porządek z zębem zrobiłam. Został mi jeszcze jeden i na jakiś czas mam z głowy wydatki na zdrowie. Małżonek jeszcze w trakcie , ale ma pecha. Co się umówi na planowe leczenie to mu jakaś stara plomba wypada , jeszcze po poprzednim dentyście i zamiast realizować plan , dentystka gasi pożary, znaczy stare dziury zalepia. 

Temperatury na plusie ale mało przyjemnie , bo znów wilgoć w powietrzu. 

wtorek, 10 lutego 2026

10.02.2026 Zalew

pluszowych misiów, różowych kokardek i wszelkiej maści serduszek na patykach, że niby Walentynki niedługo. Sezon w handlu cienki więc jakoś trzeba ożywić. Można i tak za pomocą serduszek , baloników i misiaczków.  Dzień dziś jak każdy, bez rewelacji. Ogarnęłam papiery i uwaga! pościągałam faktury z syfu , ksefu znaczy. Nie jest to trudne ale roboty dodatkowej od cholery. Całkiem zbędnej. Po południu zrobiłam matce pranie. Jutro poskładam i jej odniosę. I tak poza tym to koniec mojej działalności na dziś. I szczerze mówiąc nie za bardzo mam ochotę na więcej. A skoro nie mam to czas sobie umilam słowem pisanym. Czytnik przydatny się okazał i owszem. 

Obcięli nam drzewa pod oknem i to tak konkretnie. Sterczą same takie kołki. Jakoś jaśniej się zrobiło w mieszkaniu. Na wiosnę wierzby odżyją , choć teraz wygląda to dość upiornie. 

Miałam plan żeby jutro coś na tłusty czwartek upiec, niestety zapomniałam , że mam wizytę u dentysty dość późno. Raczej mi się nie uda. Ale nic straconego ; po drodze jeszcze Walentynki i Podkoziołek. 

poniedziałek, 9 lutego 2026

9.02.2026 Tak jak zwykle

 w poniedziałek, czyli nijako. Nie wiele się działo tak w ogóle. Emeryturę mi dziś wypłacili z wyrównaniem więc od razu nadwyżkę na ogródkowe sprawy przeznaczę. Jeszcze nie wymyśliłam na co dokładnie ale na pewno na ogródek. 

Ogarnęłam już jako-tako czytnik więc sobie teraz muszę jakiś abonament na ebooki załatwić. Rozejrzę się co ciekawego z tych e-książek w moim klimacie ma empik. Nie śpieszę się jednak , bo mam co czytać na razie i jeszcze nie uporządkowałam do końca zasobów, którymi obdarowała mnie Lucia. Dziękuję jeszcze raz Kochana. 

I jak obiecałam to dotrzymuję. Problem miejsca w komputerze na razie rozwiązany ( bez wymiany dysku na razie) więc się chwalę naszym zakupowym szaleństwem. 

                                                             Małżonka 




I moje 



                                                                   




            


niedziela, 8 lutego 2026

8.02.2026 Niedzielne sprawy

 Chciałam się pochwalić zakupami ale na dziś nic z tego. Zabrakło mi miejsca na dysku, fotki się nie mieszczą. Jutro muszę do działu IT w postaci mojego syna i pracownika uderzyć żeby mi dysk wymienili. Trudno, wrócę do tematu jak ogarną mi komputer. 

Po obiedzie wybraliśmy się na działkę, zabraliśmy działkowe gadżety, które zdążyliśmy zgromadzić i sprawdziliśmy co tam słychać. Nic się nie stało, mróz szkód nie poczynił, zrobiliśmy sobie jeszcze krótki spacer po alejkach i na tym koniec. Za jakieś dwa tygodnie trzeba będzie obcinać drzewka i krzewy zanim ruszy wegetacja. 

Zima wróciła w tej ładniejszej odsłonie. Pada śnieg i to już ładnych parę godzin. Przyjemnie , bo czysto i zniknęła ta bura breja z błota wymieszanego ze śniegiem. 

Dobrego tygodnia! 

sobota, 7 lutego 2026

7.02.2026 Lista zakupów

 długa. Trochę dziś poszaleliśmy zakupowo. Wybraliśmy się do Factory w Luboniu. W sumie bez planu, tylko z założeniem ,że poszukamy jakiejś kurtki dla małżonka , bo ta co nosi już się trochę zdewaluowała. Na kurtce się nie skończyło. Trafiliśmy na całkiem nowy sklep , niby, że włoska marka ( może i tak, bo jakość bez zarzutu) ale to dopiero po zwiedzeniu kilku innych sklepów. Małżonek ubrany na dobre dwa - trzy lata. Dorobił się koszulki sztruksowej w czarno-czerwoną kratkę, potem w tym włoskim sklepie kurtki a właściwie to bardziej płaszcza ale w sportowym fasonie, kolejnej koszuli w kolorze śliwkowym  i krawatu pod kolor  a w gratisie dostał parę skarpet do tego zakupu. Wszystko z wyprzedaży. Potem jeszcze weszliśmy do sklepu z paskami do spodni i innymi akcesoriami dla panów i oprócz paska kupił jeszcze jeden krawat. Taka transakcja wiązana , jeśli kupuje się dwie rzeczy, to druga w połowie ceny. Gdyby wziął perfumy i krawat to pasek by dostał za 1zł, ale nie specjalne te zapachy mieli , nie w jego stylu więc zostaliśmy przy pierwszej opcji. Ja sobie kupiłam botki na przedwiośnie i wczesną wiosnę na niezbyt wysokim koturnie. Takie trochę sportowe, firmy Filippo. Mam już jedne półbuty tej marki i zapewniam , nie ma wygodniejszych i lżejszych. Na inne pewnie bym się nie skusiła, bo jakoś bardzo nie potrzebuję, ale jak przymierzyłam to się zdecydowałam. Mega wygodne. Też z wyprzedaży. A w piątek przyszło też moje zamówienie z bonprixu, dżinsowe spódnico-spodnie, kurtka z tweedu w jodełkę i koszulka krótkim rękawem. Spódnico-spodnie muszę trochę skrócić , bo są na bardzo wysoką osobę , ale to akurat mały pikuś. Pół godziny zabawy z maszyną do szycia i po sprawie. Postaram się jutro zrobić jakieś fotki to się nabytkami pochwalę.  Tak poza tym sobota taka jak inne , drobne domowe sprawy : przepierka , gotowanie , ogarnięcie chatki, nawet szybki mini-placek upiekłam według własnego pomysłu. Zostało mi niecałe pół słoiczka  jabłek w cukrze, dołożyłam jedno jabłko utarte, łyżeczkę cynamonu a jako spód zrobiłam ciasto jak na rogaliki drożdżowe, tylko zamiast śmietany użyłam jogurtu greckiego, Wyszło coś w rodzaju  szarlotki na krucho- drożdżowym cieście.  Całkiem smaczne. Do herbaty lub kawy na niedzielę się nada a przynajmniej jabłka się nie zmarnowały. Za oknem odwilż.                                       

piątek, 6 lutego 2026

6.02.2026 Coś się dzieje

 w temacie moich spraw sądowych. Wreszcie przyszło do syna pismo ustanawiające go kuratorem tymczasowym. Ta fucha jest po to, że będzie odbierał korespondencję babci do czasu decyzji o ubezwłasnowolnieniu. Ja nie mogę , bo jestem stroną a babcia nie kuma więc nie może jej odebrać. Może w najbliższym czasie się temat w końcu rozwiąże. Tak poza tym załatwiliśmy dziś leasing na drugie firmowe auto. Jeszcze tylko zrobimy wpłatę pierwszej raty i gotowe. Do odbioru będzie za kilka dni. Szybko poszło. 

Za oknem temperatura na plusie i chlapa. Wszystko topnieje i klupie pod nogami. Paskudztwo. Dziś z zakupów przyniosłam dwie malutkie doniczki z wiosennymi kwiatkami, żonkile i szafirki. Od razu weselej w domu. 

Małżonek dziś już na chodzie. I tak długo go trzymała ta infekcja. Zwykle przechodzi mu po dwóch dniach.