Kasztany oczywiście. Było tak zimno, że wyglądało na to, że tegoroczne matury odbędą się bez kwitnących kasztanów w tle. A jednak kwitną , przynajmniej u nas. Moja wnuczka już dziś może więc sobie zaśpiewać „już za rok matura” , bo faktycznie za rok, w pierwszych dniach maja zasiądzie do pierwszego w życiu egzaminu a od mojej matury mija dziś 46 lat. Właściwie minęło wczoraj. Bo dokładnie tak samo jak w tym roku, w osiemdziesiątym również 4 maja wypadał w poniedziałek. To nie był dla mnie dobry czas, właściwie to nie mam czego wspominać , bo tamten czas na dobrą pamięć nie zasługuje. Nie da się go jednak oddzielić od reszty swoich dni. Były, zdarzyły się, miały swój wymiar i minęły. Można je najwyżej oswoić i nauczyć się z nimi żyć. A nie było mi łatwo, bo i stres związany z samymi egzaminami, a nie były tak proste jak dziś i oględnie mówiąc ciężkie przeżycia w domu i fakt, że nie mogę pójść na wymarzone studia , bo rodzice w ostatnim momencie postawili mi swoje weto, pod absurdalnymi argumentami i jeszcze na domiar złego zmarła moja ukochana babcia, z którą byłam bardzo zżyta i niemal wprost z pogrzebu szlam zdawać egzaminy. Nazbierało mi się wtedy nie mało. Nasz rocznik był bardzo liczny, w naszym LO do matur przystępowało 6 klas. Pamiętam nawet temat mojej pracy z polskiego; „Polaków portret własny w literaturze” . Wymarzony wprost jak dla mnie, bo połączony z historią. Nie poszło mi za dobrze. Wstyd się przyznać na 3 , mimo, że za przedmiot jako taki miałam na koniec 5. Mój wychowawca i polonista w jednej osobie nie mógł tego zrozumieć. Namawiał na poprawkę -a wtedy były takie możliwości- ale nie skorzystałam, choć wiedziałam doskonale, że dałabym radę poprawić na 5. Znałam stan swojej wiedzy i wiedziałam na co mnie stać. Tym razem przyznałam się wychowawcy do powodów dla których nie podchodzę do poprawki, zwyczajnie się poddałam. Nie był zadowolony i nic dziwnego, bo przecież znał moje możliwości. Po matematyce za wiele się nie spodziewałam, bo przedmioty ścisłe to dla mnie zawsze była i jest czarna magia. Jestem umysłem humanistycznym i do dziś mam wątpliwości czy 2x2 to na pewno jest 4. Trochę żartuję, ale niestety taka moja przypadłość. Do egzaminu z matematyki jako klasa humanistyczna mieliśmy pecha. Gdzieś tam , na etapie kuratorium a może jeszcze wyżej, ktoś pomylił arkusze z zadaniami i nam przysłano zadania dla klasy matematyczno-fizycznej a „matematykom” nasze humanistyczne. Blady strach padł na grono profesorskie , na nas tym bardziej. Dyrektor próbował gdzieś dzwonić, coś odkręcać, egzamin się trochę opóźnił , ale nic z tego . Kazali pisać jak przypadło. Klasa mat-fiz wyszła po godzinie szczęśliwa, że zdała egzamin , bo co to dla nich rozwiązać zadania dla humanistów. My głowiliśmy się i głowiliśmy i nic z tego. Sprawę uratował nam groźny na co dzień dyrektor o wdzięcznej ksywce Beny. Wyprowadził wzory , podrzucił po klasie kilka bryków a dalej to już poszło. Zdaliśmy wszyscy z tego tylko dwie dziewczyny miały po 4 , jedna 5 a reszta równo i sprawiedliwie w tym ja 3. Co innego przedmioty dodatkowe. Rocznik mój a rok wcześniej mojego obecnie męża , wtedy chłopaka, i kilka po nas załapało się na eksperyment edukacyjny ( nie pierwszy w mojej szkolnej karierze zresztą) i wprowadzono , na wzór studencki możliwość napisania i obrony pracy na wybrany przedmiot lub połączone dwa przedmioty. Skorzystał rok wcześniej mój mąż i napisał pracę z fizyki połączoną z techniką ( nie pamiętam jak się ten przedmiot nazywał) , skorzystałam i ja i wybrałam historię oczywiście , a jako drugi tak zwany PNOS czyli politykę , co nazywało się propedeutyka nauki o społeczeństwie. Bo polityka już wtedy mnie interesowała. Temat mojej pracy też nie był podręcznikowy, bo o polskiej polityce morskiej od X do XVIII w w szkole raczej nie uczyli, co najwyżej była jakaś drobna wzmianka. Takich jak ja piszących pracę z historii było w szkole czworo. Mój kolega z ogólnej , również pasjonat, niektórzy uważali, że moja konkurencja i jeszcze dwie dziewczyny też z klas ogólnych. Zdałam z wynikiem bardzo dobrym a pracę określono jako daleko wykraczającą poza wymagania profilu humanistycznego. Pracę kolegi jako bardzo dobrą, zgodną z wymaganiami klasy ogólnej. A o tym jak pozamiatałam komisję krążyły potem w szkole legendy. Po prostu , do każdej pracy komisja przygotowała 10 pytań i jakieś pomocnicze były przewidziane, czas na przygotowanie odpowiedzi na każde z pytań . W sumie długo trwały te obrony. Zdawaliśmy alfabetycznie , najpierw kolega na B, długo to trwało, potem ja na L. Mnie poszło szybciej. Nie potrzebowałam czasu na odpowiedzi , na każde z pytań odpowiadałam od razu i wyczerpująco, bez pytań pomocniczych , a gdy padło 6 pytanie o zatrudnianie przez królów polskich piratów i budowę portów wojennych i na to również odpowiedziałam bez chwili namysłu z podaniem nazwisk tych piratów i warunków umów, jeden z profesorów po prostu przerwał egzamin. Stwierdził, że nie ma już o co pytać, dyrektor podchwycił , pogratulował mi wiedzy a mój wychowawca i historyk puchli w oczach z zadowolenia. Po ogłoszeniu wyników , jakieś 2 godziny później nawet jakimś „misiem” potraktowali. Egzamin z PNOS-u to już była tylko formalność… A potem było rozdanie świadectw i bal maturalny , na który zabroniono mi pójść. Pierwszy rozdział został zamknięty. Były marzenia i plany ale… życie ma własne , nie koniecznie zgodne z naszymi… Pamiętacie swoje matury ?
Szafunierka babusi Marychy
babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy
wtorek, 5 maja 2026
poniedziałek, 4 maja 2026
4.05.2026 Albo ja albo to cholerstwo
Ksef znaczy. Dziś , a właściwie to już od piątku toczyłam z tym wojnę. Nie będę opisywać problemu, bo to dość zawiłe. A efekt był taki, że wszystkie faktury, również te z nietypowym nipem przechodziły , a jedna od jednego klienta nie i za cholerę nie szło tego sprostować. Nie pomogło żadne AI i moje kombinacje na programie. W końcu zadzwoniłam na wsparcie do dystrybutora programu. Połączył się zdalnie i niby było jak trzeba , ale wpadł na pomysł, żeby aktywować jedną z zakładek i wpisać w zakładkę ten nietrybny nip. Nawet próbowałam w tym miejscu ale zakładki nie udało mi się aktywować, bo wpadli na genialny pomysł, żeby to było inaczej niż z pozostałymi. Kto miał o tym wiedzieć? No i w końcu zadziałało. W piątek zeszły mi na tym szaleństwie 4 godziny i dziś jakieś 3i pół. Jak bym nie miała co robić...
Tak poza tym normalnie. Ledwie wolne minęło a już roboty więcej jak włosów na głowie. Teoretycznie powinno już padać , ale jakoś się nie zapowiada.
I jeszcze jak obiecałam wczoraj, kilka fragmentów z koncertu.
niedziela, 3 maja 2026
3.05.2026 Pracowitą miałam majówkę
Szkoda jednak , że tak krótką. Podobno to dlatego, że pan Premier nie załatwił dłuższej. Tak przynajmniej wynika z internetowych memów. Mem czy nie mem ale i tak wiadomo, że od naszego Premiera zależą losy świata więc kto wie, może coś w tym jest... Żartuję sobie oczywiście , ale chciałoby się więcej. Właściwie to był weekend na działce, nadrabialiśmy trochę zaległości z dni kiedy było zimno. Nasze roślinki też. Sobota podobnie jak i piątek minęła na intensywnych pracach działkowych. Nie śpieszyliśmy się jednak , bo i powodu nie było, nawet kolację zjedliśmy na świeżym powietrzu. Intensywne podlewanie i cieplejsza aura cuda zdziałały. Trawnik odzyskał intensywnie zielony kolor a sałata, koper i rzodkiewka rośnie w oczach. Dziś też wybraliśmy się na działkę ale tylko podlać i posiedzieć na świeżym powietrzu. Przed południem jak zwykle zaliczyłam wizytę u matki, z przygodami komunikacyjnymi. Wiedziałam ,że szykuje się doroczny rajd rowerowy i miasto będzie zamknięte , dlatego pojechałam wcześniej, parę minut po ósmej. Niestety już i tak były pozamykane ulice i to nie tylko centrum , ale i moje osiedle. Po objeździe kilku uliczek osiedlowych i kluczeniu wyjechałam na obwodnicę i do miasta dojechałam z zupełnie innej strony. Wracałam tą samą drogą a i tak nie przewidziałam ,że zamkną kolejną ulicę , sąsiednią , która łączy się z moją a na jej rogach stoi nasz blok. Na szczęście strażnik nie robił problemu z powodu dojazdu do posesji. Do obiadu miałam trochę domowych zajęć ale szybko mi poszło i nawet ekspedycję do piwnicy odbyłam. Nic szczególnego jak na majówkę.
A teraz muszę choć parę słów napisać o koncercie Kombi. Nie miałam tego w planach, bo co to za atrakcja , koncert na rynku gdzieś na prowincji ale zespół bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dali chłopaki czadu więc im się należy dobre słowo. Słowo daję: zapomniałam już jaki to świetny zespół. A teraz, po wielu latach grania udoskonalili swój warsztat pracy i można smiało powiedziec, że to wyższa półka. Wciąż mają kapitalne słowa piosenek i bardzo melodyjne utwory a występy uświetniają pokazem laserów. Może nie tak spektakularnym jak te Gregorians czy Epica ale też było co podziwiać. Koncert zaczął się o 20.30. Bardzo punktualnie. Dotarliśmy na rynek akurat gdy wchodzili na scenę. A na scenie się działo: strzelały sceniczne płomienie, zapalały kolorowe światła wydobywając roje gwiazd, koła zębate, błyskały lampy stroboskopowe i lasery. Płyta rynku była zapełniona ludźmi po brzegi, sąsiednie uliczki również. W przeciwieństwie do wielu innych koncertów przedział wiekowy od 0-100. O ile nie dziwi publiczność w naszym wieku, bo to przecież muzycy z naszej młodości to podziwiałam młodzież w wieku moich wnucząt. Świetnie się przy tej muzyce bawili. Moja wnuczka z koleżankami również była. Nie widzieliśmy się z nią , ale gadałayśmy przez telefon. Chwilke, bo było bardzo głośno. Skoro o tym mowa, to wiadomo, że głos inaczej niesie się w pomieszczeniu zamkniętym, inaczej w przestrzeni otwartej ale dźwiękowcy pokazali profesjonalizm. Nie było żadnych efektów ubocznych w postaci zaników dźwięku czy przesterowań a do tego wszystko zgrane idealnie z pokazem laserów. Byłam pod wrażeniem. Od pierwszego utworu "Rynek" zareagował entuzjastycznie. Wszystko co żyło skakało, podrygiwało , tańczyło, śpiewało z zespołem , machało rękami , pokrzykiwało i wszystko inne, co tam uchodzi jeszcze na rockowych widowiskach. Zespół jest już dziś pokoleniowy - tak jak by trochę nawiązując do piosenki "Pokolenie". Skład taki jak dawniej: klawiszowiec, basista, na wokalu wciąż Grzegorz Skawiński śpiewający wręcz perfekcyjnie i z piękną dykcją, co dziś jest naprawdę rzadkością zwłaszcza wśród młodych wykonawców, a za perkusją syn basisty Adam Tkaczyk. I tu muszę parę słów osobno jemu poświęcić. To, że lubię w kapelach perkusję wiedzą wszyscy , którzy czytają moje koncertowe zapiski. Jednak nie każdy zespół może się pochwalić takim niesamowitym bębniarzem jak nasze Kombi. Chłopak pokazał co potrafi. Czterominutowa solówka zabrzmiała brawurowo. Postaram się jutro wrzucić filmik , który nagrałam, mam ich zresztą kilka ale nie zdążyłam przygotować. Chłopak wykonał ją w niesamowitym tempie. Narastało z każdym uderzeniem pałeczkami a na koniec jeszcze wywołał dodatkowe efekty w postaci gwizdów, odgłosów piły, syren i wielu innych, wciąż tylko uderzając w instrumenty. W repertuarze były i stare utwory i z nowych płyt i oczywiście klasyka Kombi. Wybraliśmy się na ten koncert bez przekonania, bo po raz pierwszy od kilku lat zaproszono jakiś sensownych wykonawców. Poprzedniego dnia był Stachursy , ale to nie nasza bajka. Co innego rock, stąd nasz wybór. I było warto. Dziś jeden krótki filmik. Dorzucę jeszcze jak przygotuję.
sobota, 2 maja 2026
2.05.2026 Majówka nie zając, może poczekać- dziś będzie coś z życia kamieni
Dziś opowiem Wam o kamieniu burzy. Moje annały nic o nim nie mówią , chyba dlatego, że jest stosunkowo niedawno odkryty i opisany , posłużyłam się zatem wiedzą z różnych stron cyberprzestrzeni. Nie gwarantuję więc, że to wiedza rzetelna i udokumentowana. Jakiś czas temu weszłam w posiadanie wraz kilkoma innymi , z wyglądu prostej , kwadratowej zawieszki w kolorze czarnym z kolorowymi wrostkami- niebieskoszarymi, białymi i rdzawymi. Na swój sposób unikatowej. A kilka dni temu dostałam drugą , ale już w zupełnie innym wybarwieniu , mianowicie w kolorach jesieni. O ile wiedziałam, że niebieskie, szarobiałe i rdzawe wybarwienia występują , to już te jesienne , bordowo- złocisto miodowe zupełnie mnie zaskoczyły. Zawieszka również ma prostokątny kształt , ale jest nieco większa od tej czarnej. Obie są jedwabiście gładkie, ciepłe i przyjemne w dotyku Obie są wykonane z pietersytu nazywanego kamieniem burzy. I to o nim, pietersycie dzisiejsza opowieść. Opisał go po raz pierwszy w 1962 roku Idney Pieters i to od jego nazwiska pochodzi nazwa. Kamień występuje niezwykle rzadko i tylko w dwóch miejscach na świecie ;Nanibii i chińskiej prowincji Henan. Chemicznie jest kwarcem zawierającym krokidolit. Wykazuje tak zwany efekt kociego oka , a układ wrostków sprawia wrażenie wirujących chaotycznie, burzowych chmur stąd został nazwany kamieniem burzy. W skali Mohsa plasuje się pomiędzy 6,5 do 7, co sprawia, że jest kamieniem nadającym się obróbki jubilerskiej. I faktycznie , wykonana z pietersytu biżuteria jest unikatowa. Nie ma dwóch choćby zbliżonych do siebie wyglądem egzemplarzy. Nawet dwie strony tej samej zawieszki różnią się od siebie wzorami. To doskonale widać na zdjęciach poniżej. Jest też kamieniem pożądanym przez kolekcjonerów.
Leczniczo wspomaga układ nerwowy , jego energia pomaga
redukować stres i poprawić koncentrację. Kamień wspomaga pracę przysadki
mózgowej. Pomaga też oczyścić organizm z negatywnych emocji.
Ma też swoje działanie ezoteryczne. Często nazywany jest „kamieniem wizji” lub też „kluczem do Królestwa Niebieskiego”. Posiada potężne właściwości transformacyjne, duchowe i ochronne. Sprzyja medytacjom , jasnowidzeniu i rozwojowi intuicji. Pomaga też w podróżach astralnych i praktykach szamańskich. Tej jego właściwości szczegółowo jeszcze nie zgłębiłam. Nie wiem jakim praktykom mógłby służyć i w jakich okolicznościach. Mało jest zresztą o tym informacji. Pietersyt służy wszelkim przemianom. Pomaga odciąć się od przeszłości i zarazem otworzyć na nowe. Podnosi energię życiową i witalność , dodaje pewności siebie a także pomaga odzyskać sprawczość. Jest też kamieniem ochronnym, pomaga uwolnić się od złych emocji i odciąć się od złych wpływów innych ludzi. Jak widać , kamień choć niepozorny ma wiele możliwości. Na razie możemy się pochwalić tylko zawieszkami. Nie mamy w naszych zbiorach pietersytu w stanie naturalnym, ale kto wie , może trafi się jakiś ciekawy artefakt na tegorocznym "Agatowym Lecie"? A oto i one : burzowe zawieszki z pietersytu.
Czarna
piątek, 1 maja 2026
1.05.2026 Pracowity 1 Maja
jak na święto pracy przystało. Dzień prawie cały spędziliśmy na świeżym powietrzu , na naszym RODOS. Nie my jedni , bo tam praca szła jak burza. Napoje wyskokowe dla wsparcia też. Przynajmniej u niektórych. Ociepliło się z dnia na dzień i dziś już prawdziwe lato. W pewnym momencie nawet mi to przeszkadzało. Za szybki ten przeskok temperatur. Sucho niemożliwie. Dorobiliśmy dodatkowy kawałek nawodnienia. Ja wypieliłam i przygotowałam kolejne grządki, małżonek przeszlifował stół , a potem razem go pomalowaliśmy. Jutro zrobimy powtórkę. Zamierzam też porozstawiać ogrodowe figurki, koty i krasnoludy. Aha i konewki - lampki. Jedną już dziś ustawiłam w donicy z żurawkami. Mam jeszcze dwie. I trzy fontanny. Jakimś cudem udało się je naprawić i znów zaczęły działać.
A teraz czas się szykować na koncert zespołu Kombi. Zaczyna się o 20.30 a zamierzamy pójść pieszo, bo miejsc do parkowania raczej nie będzie. Miłego dalszego majówkowania.
czwartek, 30 kwietnia 2026
30.04.2026 Sprawy na ten miesiąc zakończone
i dobrze. Czas na majówkowanie. My świętujemy na naszym RODOS ( rodzinny ogródek działkowy ogrodzony siatką - jak by ktoś nie wiedział) przy pracach ogrodniczych. Jeszcze nie wiem co będziemy robić tak konkretnie , mamy plany na malowanie stołu i tarasu, ale zobaczymy. Nadmiernie nie zamierzamy się przemęczać , bo wieczorem koncert zespołu Kombi, na który się wybieramy. Godzina a hakiem na stojąco , trzeba być w formie. W mieście weekend majówkowy zaczął się już dziś. Tłok niemożliwy, połowa centrum zablokowana, bo trzeba było rozstawić scenę dla zespołów muzycznych a do tego szykują trasę na doroczny rajd rowerowy. No i wszystko co żyje ruszyło na zakupy. Królują po koszykach kiełbasy i mięso na grilla oraz zgrzewki piwa. Ja już przezornie zakupy zrobiłam wcześniej więc dziś tylko kilka najpotrzebniejszych. Ile można zjeść w 3 dni? A przecież w sobotę sklepy czynne. Zaopatrzyłam też rano matkę, schowałam do lodówki, żeby miała na dziś i jutro a jak przyszłam wieczorem to to czego nie zjadła leżało na szafce, bo za zimne. I oczywiście znów znalazłam kilka tabletek poupychanych po kątach. Już nawet z tym nie walczę, bo to groch o ścianę. I tak zrobi po swojemu. Zdecydowanie zrobiło się cieplej, ale wciąż nie pada. Przyjdzie jakieś szamańskie praktyki odstawić co by ten deszcz w końcu spadł czy coś ? Bawcie się dobrze w majowy weekend.
środa, 29 kwietnia 2026
29.04.2026 Zimna ta wiosna
Już dawno takiej nie pamiętam, choć mam zdjęcia z początku lat 80-tych, z 1 maja z zasypanymi śniegiem drzewami. Bardziej od zimna martwi mnie susza. Na to jednak wpływu nie mam. Zarządzono odgórnie. Jedyne co możemy to zadbać, żeby nam roślinki nie zmarzły. Pojechaliśmy na działkę. Dziś nie podlewaliśmy w obawie, żeby woda nie zrobiła większych szkód. Przykryliśmy włókniną truskawki , pozakładałam na świeżo posadzoną sałatę i kalarepę takie plastikowe , przeźroczyste nakładki, które mają osłaniać rośliny przed ślimakami, ale też przed zimnem ( patent z chińskiego allegro) , doniczki z pelargoniami i afrykańską stokrotką wstawiliśmy do starej altany, a na koniec obwiązałam jeszcze włókniną donicę z mandewilą. Z róż jeszcze nie zdejmowałam zimowych osłon więc nie było potrzeby osłaniać, a reszta raczej sobie poradzi z przymrozkami. Na koniec ucięłam sobie tulipany , cały bukiet tym razem. Mają zmarznąć to niech postoją w domu i oko nacieszą. Mam nadzieję, że to już ostatnie takie zimne dni i w końcu zacznie wszystko wyrastać, bo na razie z tym kiepsko.
Tak poza tym dzień dość spokojny. Matka nic tym razem nie odwinęła, w pracy też za wiele się nie działo poza tym ,że kurier nie zjawił się po przesyłkę, a popołudnie w domu też zwyczajne, jakieś drobne domowe roboty a potem działka.



