jak to w Toruniu- klimatyczne uliczki, mnóstwo turystów i jeszcze więcej atrakcji dla wszystkich od 0 do 100 lat i więcej. Znamy ten Toruń od wielu lat i lubimy, toteż staramy się choć raz w roku zajrzeć na starówkę, w sklepiku firmowym Kopernika kupić górę toruńskich pierniczków, zatopić się w oparach historii i pobłądzić wśród stylowych kamieniczek, galerii , starych warsztatów i pracowni, wypić kawę w ogródku jakiejś kafejki i spróbować lodów piernikowych a potem pokręcić się po Bulwarze Filadelfijskim nad Wisłą. Tak było i w tym roku. Zaparkowaliśmy jak zwykle na przeciw bunkra numer 6 - to taki fragment starych murów z pomieszczeniami dawnej straży wodnej i miejskich strażników- a potem poszliśmy wzdłuż murów obronnych i bramą klasztorną weszliśmy na starówkę. Kilkanaście kroków i pierwsze , nasze tegoroczne odkrycie: pizzeria we włoskim klimacie. Wejście a obok brama na patio a w bramie : carabinieri -w poczciwej "zuśce" czyli zastawie ale najwyraźniej na chodzie o czym świadczy aktualna tablica rejestracyjna- zapewne pilnują porządku w pizzerii



Krótki spacer główną ulicą i trafiamy na nowość: muzeum zabawek. Weszliśmy tam na zasadzie "tego tu nie było". Stare ,drewniane schody zabytkowej kamieniczki prowadziły na piętro, gdzie tuż przy otwartych szeroko drzwiach siedziała sobie lala. W głębi sali starszy pan prezentował półkę nawiązująca do PRL-u. Przerwał zapraszając nas do podejścia bliżej, nie pytał o bilet tylko stwierdził, że bilety potem , a do początku wróci gdy zakończy opowieść. Jak się później dowiedzieliśmy to muzeum to w zdecydowanej większości jego prywatna kolekcja od chwili gdy ją udostępnił uzupełniana przez eksponaty, które dosyłają lub przywożą mu zwiedzający po wizycie w tym muzeum. Najstarsze lalki pochodzą z początku XIX wieku. Są zrobione z wosku a więc materiału nie trwałego i przez to mocno zniszczone , mają za to stroje z prawdziwego jedwabiu i prawdziwe, ludzkie włosy. Takie muzeum to w sumie rzecz dla dzieci, ale i tak bawiliśmy się świetnie , a eksponaty przywołały wspomnienia.
Przy wejściu witają gości porcelanowe damy z przełomu XIX i XXw i gospodyni (dolna półka) w otoczeniu kuchenek. Do tych szufladek można było wlać naftę, zapalić i np. upiec prawdziwe ciasto lub ugotować prawdziwą zupę. Nie groziło pożarem bo wszystko było zrobione z metalu, za to poparzeniami już tak, ale wtedy nikt nie przejmował się tym ,że dziecko doznało drobnego urazu
Znaleziony w stodole poniemiecki z lat 30-stych XXw. domek dla lalek dostarczyła do muzeum zwiedzająca. Był bardzo zniszczony , został już częściowo odrestaurowany ; aktualnie pracują nad naprawą strychu. Domek jest ogromny jakieś 1,2m na 60cm albo i więcej. Ze względu na to, że był oblegany nie udało mi się go sfotografować z drugiej strony. Opisze go trochę - z obu boków ma różne przybudówki : drewutnię , domek z serduszkiem , różne galeryjki i balkoniki ze skrzynkami na kwiaty, z tyłu wejście do ogrodu a pomiędzy oknami kratki z pnączami. Coś pięknego !
Na górnej półce wspomniane wcześniej woskowe lalki z początku XIXw. Poniżej lalczyne przyjęcie na koronkowym obrusie samowar i najlepszy serwis. Te naczyńka są mikroskopijne, niektóre około 1cm ale wszystkie piękne, przejrzystej porcelany. Aż nie chce się wierzyć , że tyle przetrwały - ponad 120 lat
Zbliżenie i lala w dwóch częściach dla zobrazowania jak je kiedyś budowano. Buzia z porcelany, oczy szklane, włosy pozyskane od ludzi a korpus z lnu wypchany słomą - dla obniżenia kosztów
I witamy w epoce naszego dzieciństwa , początek lat 70-tych .Miałam taki piórnik - zasuwany, to ten w kremowo-brązowe paski , a mój małżonek ten obok, z górskim widoczkiem. Podobny miała moja przyjaciółka z ławki szkolnej. Miałam też takie zielono-różowe liczydło , ostrzałkę na żyletki a mąż do dziś ma bierki w tym igielitowym futeraliku i gdzieś kula się po szufladach seledynowa obsadka ze stalówką, a książeczkę na jagody czytałam moim dzieciom - potem "podałam dalej" - zdaje się dzieciom kuzynki
Widzicie te lale , które siedzą na skraju półki po prawej i lewej stronie? Miałam takie , a dokładniej to tę po prawej stronie wciąż mam. Jest u mojej matki , mocno zniszczona. Kiedyś o nią zadbam - mam nadzieję.
Poniżej drewniane gry i autka
Agd na prawdziwy prąd - to już trochę późniejszy temat. Moja przyjaciółka miała kuchenkę elektryczną - też dzisiaj nie do pomyślenia , ale spójrzcie na dolną półeczkę : wrotki i łyżwy saneczkowe. Wrotki wypożyczałam w świetlicy osiedlowej a na takich saneczkowych łyżwach zaczynałam naukę jazdy - długo to nie trwało, szybko zastąpiły je figurowki
A tu już epoka moich dzieci - Piaskowy Dziadek , lale z włosami do czesania i enerdowskie auta zdalnie sterowane. Nie zdążyłam zrobić fotki -zdalne sterowanie to było pudełko z wyłącznikami połączone z mechanizmem auta kablem. Jeździło , w przód i tył oraz skręcało po przyciśnięciu odpowiedniego guzika. Kustosz prezentował osobówkę . Moje chłopaki miały busa.
Akurat mocno zaświeciło słońce więc zdjęcie kiepskie - kolekcja autek służb miejskich - milicja , pogotowie , straż pożarna . Nasza polska produkcja i nasze służby
Poniżej limitowana kolekcja aut produkcji radzieckiej, w tym wozów dyplomatycznych , wszystkie metalowe, otwieranie - żartowano sobie , że to "ruskie matchbox" .Te ostatnie oryginalne też były. jedno nawet takie jakie do dziś ma mój małżonek - cadillac.
I jeszcze jedno moje wspomnienie - miałam tę grę w leśne przygody. Wiele godzin spędziłam przy niej z moim ulubionym wujkiem, bo to on mi ją podarował

Na koniec prezentacji starszy pan zaprezentował zabawki mechaniczne, w większości nakręcane kluczykiem ; różne , chińskie, węgierskie, radzieckie i polskie. I znów nasze wspomnienie: kurka, która po nakręceniu kluczykiem dziobie ziarenka a na koniec znosi jajko - nasza wciąż na chodzie. Bawiły się nią nasze chłopaki, potem nasze wnuczęta a ona wciąż działa. Była też ciuchcia, która jadąc wygrywała melodyjkę na cymbałkach wmontowanych w tory. A za pałeczkę służył tłok napędzający koła. Na koniec zamieniliśmy jeszcze kilka słów ze starszym panem , wykupiliśmy bilety - po zwiedzeniu ale co to w końcu za różnica- i poszliśmy dalej. Bawiliśmy się doskonale podziwiając te wszystkie zabawki i przywołując wspomnienia. A potem poszliśmy dalej. Krążyliśmy wśród sklepików. kupiliśmy torbę pierniczków w różnych nowych smakach, zjedliśmy bardzo ostry tajski obiad , znów krążyliśmy, obejrzeliśmy stoiska z pamiątkami , potem zaliczyliśmy kawę i lody - tym razem o smaku kwiatu bzu czarnego z malina. Rewelacyjne. Dawno nie jedliśmy takich pysznych. Tradycyjnie poszliśmy na Bulwar Filadelfijski pogapić się na Wisłę i pływające po niej stateczki. Tu też nowość; pojawiły się takie repliki starych , jakimi kiedyś pływali flisacy. I nagle zrobiło się późno , przyszedł czas wracać do domu. Dotarliśmy około 21.00. Niby nic takiego nie robiliśmy ale dzień na kompletnym luzie dobrze nam zrobił.