Wielki Tydzień. Kiedyś wydarzenie istotne w wymiarze
duchowym. Pewnie i dziś dla wielu ten wymiar ma wartość, jednak jak obserwuję
swoje uniwersum, swój mikroświat
nabieram co do tego wątpliwości. Ot , intensywny przedświąteczny tydzień, z
górą zakupów, bieganiem wokół porządków i gotowania, z dekoracjami zalewającymi
wszelkie możliwe przestrzenie i wszędzie wciskającą się komercją. Nie powiem,
że jestem od tego wolna, bynajmniej. I mnie
dopada ta „wielkanocna magia”. Tak chyba na zasadzie efektu stada. Stado
biegnie w prawo to ja też, stado w lewo
to ja też. Jak już wiele razy wspominałam z wiekiem coraz mniej mi po drodze z
instytucją kościoła. Formalnie się z niego nie wypisałam, ale praktyki
zarzuciłam już bardzo wiele lat temu, w tym i celebrowanie Wielkiego Tygodnia.
Dziś ta celebra sprowadza się czysto do tradycji. Jak by nie było, tradycji
zawłaszczonej przez szerzące się na naszych słowiańskich ziemiach
Chrześcijaństwo z jego agresywną i ekspansywną odmianą czyli katolicyzmem. Nie,
nie mam nic przeciw wierze w Boga jako takiej. Nie należy jednak mylić wiary z
religią, bo to dwie zupełnie inne sprawy. Religia to oprawa, rytuał, celebra ,
wiara , to wiara – bezwarunkowe przekonanie o istnieniu bóstwa. Ludziom
od zawsze potrzebna była wiara w siły wyższe , jakkolwiek by ich nie nazwać.
Gdzieś , kiedyś obiło mi się o uszy zdanie, że ludzie są starsi niż najstarsi
bogowie. Nasi słowiańscy przodkowie wierzyli w bóstwa przyrody, celebrowali tak
zwane koło roku. Cykl odrodzenia, zapładniania, życia, obfitości aż do
umierania by znów się odrodzić. Jakieś
echa tej wiary naszych przodków , gdzieś tam w nas pobrzmiewają, choćby w
zamiłowaniu do przyrody, świętowaniu, szacunku dla zmarłych czy właśnie
kultywowaniu wielu zwyczajów. Od ładnych paru lat odkąd zainteresowałam się
kulturą słowiańską ta wiara naszych przodków niezwykle mocno do mnie przemawia.
Zawsze lubiłam żywioły , dziką przyrodę i porywały mnie stare zwyczaje. Nie,
nie , nie będę jeździła na wykopaliska do Grzybowa , gdzie mamy posąg
Światowida odprawiać jakieś dawne rytuały. Nie koniecznie do wiary potrzeba mi
rytuału. Nic z tych rzeczy. Po prostu: wyciągam wnioski z wiedzy jaką już posiadłam.
Nauki kościoła opierają się na cierpieniach i interesownej pokucie oraz
potencjalnej nagrodzie gdzieś ,kiedyś – w bliżej nieokreślonej przestrzeni nazywanej
niebem - na zasadzie „dostąpisz nieba jeśli … będziesz robił dobre uczynki ,
będziesz biedny, będziesz cierpiał, będziesz się umartwiał, płacił na kościół i
tak dalej. Coś za coś. A przecież nawet jeśli trzymać się zapisów Biblii zbawić
nas może tylko łaska boska a nie nasze uczynki takie czy inne lub ich brak.
Istotą Wielkiego Tygodnia i postu jako takiego , w tym wypadku 40-to dniowego
jest umartwianie się. W relacji do czasu trwania świąt, raptem 2 dni, wyjątkowo
długie. Kiedyś przybierało dość kuriozalne formy. Dziś już może nie tak radykalne
i dziwaczne ale wciąż wymagane. I o ile
można sobie w ramach pracy nad sobą narzucić jaką zadumę czy refleksję
na ten czas, o tyle już wymóg spowiedzi i pokuty należy do tych kuriozów. W
świetle wszelkich nieprawości kościoła jakich się dopuszczał przez wieki i do
dziś dopuszcza oczekiwanie od ludzi wierzących ukorzenia się i wyznawania
swoich win jest co najmniej nie na miejscu. Może w tym konfesjonale siedzi ktoś
, kto ma znacznie więcej na sumieniu niż ja zwykły , skromny mieszkaniec tego
padołu? W imię czego mamy mu mówić o swoich winach? Kto im dał prawo decydować
o tym czy będziesz zbawiony czy też nie? Czyżby uznawali się za równych Bogu, a
może nawet samym Bogiem? Kiedy sobie to
uświadomiłam, przestałam praktykować. Tu i teraz Wielki Tydzień sprowadziłam do tradycji. Dom
ozdabiam palmą – w naszym klimacie i miejscu baziami, w Wielki Piątek szykuję
postne posiłki, choć wcale nie jakieś niesmaczne, zmuszające do wysiłku żeby je
zjeść, maluję pisanki – zwyczaj prasłowiański , stary jak nasza historia; nasi
przodkowie malowali jaja na czerwono, bo jajo to symbol życia a czerwień
symbolizuje witalność i życiową energię.
W sobotę idę z koszykiem pobłogosławić świąteczne jedzenie i tu ściśle
trzymam się tradycji : tylko jajko , mięso, chleb i sól. Żadnych udziwnień pod
postacią cukrowych figurek czy słodyczy albo egzotycznych owoców. Jedyne
odstępstwo to ciasto, zwykła babeczka jako symbol dostatku. Kiedyś , dawno temu
gdy mieszkałam jeszcze z babcią brałyśmy udział w obrzędach Triduum Paschalnego.
Mało co z tego pamiętam ,najbardziej długą drogę do kościoła i z powrotem i
ziąb w kościele ale czy to wszystko, śpiewy , obrzędy, kadzidła miało jakieś
znaczenie duchowe? Chyba byłam na to jeszcze zbyt mała i nie wiele co z tego
pojmowałam. No i miałam tę wiarę z góry narzuconą przez moją rodzinę. Fakt, że
nie dano mi wyboru dotarł do mnie gdzieś pod koniec liceum gdy zaczęłam już
całkowicie samodzielnie myśleć i mieć swoje wnioski. Zwykle się nad tym
wszystkim nie zastanawiam jakoś wnikliwie. Tak na co dzień staram się żyć tak,
żeby nikomu nie robić krzywdy i trzymać się swoich zasad. Tylko tyle … a może aż tyle ?