awaria rury od kanalizacji. U mojej matki. Jak bym mało miała na głowie. Już od rana szło pod górkę. Niby nic , ale około 9.00 zadzwoniła D, że jej nie będzie , bo zaraza w przedszkolu, zawiozła małą a po dwóch godzinach pani zadzwoniła , że ma odebrać dziecko , bo ją też dopadła jelitówka i parę innych dzieciaków. Nie zdążyła załatwić zastępstwa. Ok, rozumiem i tak jeździłam około południa dodatkowo żeby dać tabletkę przeciwbólową i zrobić coś do jedzenia czy picia to co mi za różnica. Robotę miałam jak zawsze , ale coś mnie naszło żeby rachunki popłacić od rana, zwykle robię to na koniec dnia. No i dobrze zrobiłam jak się okazało. Pojechałam o 13-tej z minutami. Podałam tabletki , odgrzałam zupę , posprzątałam po śniadaniu i chciałam przetrzeć podłogę, bo mi spadła torebka od herbaty i poszłam po mop. Wchodzę a w łazience pełno wody. Już myślałam, że mamuśka znów coś odwinęła, wytarłam, wylałam wodę z wiadra do sedesu , spuściłam i poszłam wytrzeć w kuchni. Wracam znów pełno wody. Powtórka, wytarłam i znów to samo. za chwilę pełno wody. Rozejrzałam się po łazience , nigdzie nie kapie. No to pojechałam do biura i dzwonię do hydraulika. Nasz na urlopie. Miałam drugi numer, który kiedyś dał mi syn , ten dla odmiany na robocie poza miastem a w ogóle to ma terminy za 3 tygodnie. No i tu mi łapy opadły, bo co tu robić. Zrobiło się groźnie, bo albo sąsiadów zaleje , albo mamuśka znów się na tej mokrej podłodze wyłoży. Zadzwoniłam jednak do spółdzielni mieszkaniowej, w przekonaniu , że mnie oleją jak poprzednim razem kiedy do nich dzwoniłam w sprawie awarii. Ale nie, administrator przyjechał po 15 minutach , ja tymczasem wróciłam z biura do matki , gość od razu się zorientował co się stało i zadzwonił po ichniego hydraulika. Dojechał po około godzinie. Okazało się, że pękła rura odpływowa od sedesu. i woda zamiast do kanalizacji leci na łazienkę. Facet poleciał po odpowiednią rurę i naprawił w ciągu 15 minut. A na koniec umówiłam się z nim, że wymieni armaturę. Szybko , bo już w środę jeśli zdążę kupić. Zdążyliśmy a jakże. Zaraz po obiedzie pojechaliśmy na zakupy. Jutro mu zadzwonię, że wszystko jest. Nogi mi weszły w cztery litery. Istne urwanie krawatki. Jutro zresztą nie lepiej, bo musze matkę do lekarza na kontrolę tej ręki zaciągnąć. To dopiero będzie wyzwanie. A jak by tego było mało w domu czekały na mnie ogórki do zakiszenia i parę innych tematów do ogarnięcia.
Podobno już dziś lato...









