Zaliczyłam wczorajsze prawie pół dnia. A jakże: moja mamuśka dała mi do wiwatu. Jak pisałam
tydzień temu się potrzaskała solidnie, skończyło się interwencją ratowników
medycznych i 6 szwami. Nos jej się ładnie zagoił kolano jeszcze nie całkiem ,
ale zgodnie z zaleceniem soru miała się stawić na kontroli pomiędzy 7a10 dniem.
Wczoraj wypadał 9 więc ją zawiozłam do przychodni. Zanim jednak zawiozłam to
przez cały tydzień wbijałam do głowy , że trzeba jechać to zrobić i że
pojedziemy w czwartek lub piątek, co w sumie i tak znaczenia nie ma, bo dla
niej czas i przestrzeń to abstrakcja i nie
wie już co to takiego. Przytakiwała, że pojedzie. W drodze do pracy
podjechałam do przychodni chirurgicznej zarejestrowałam. Dali mi numer 11 i
kazali stawić się przed 11.00. Podjechałam potem do biura, włączyłam
urządzenia, zrobiłam sobie kawę i właściwie już był czas jechać do niej z
tabletkami. Po drodze jak zawsze zrobiłam zakupy dla niej i pojechałam. Mamuśka
jak to ona, siedzi na kanapie nie ubrana. Mówię jej, że ma się zaraz ubrać, bo
jedziemy na zdjęcie szwów do lekarza. Ona nigdzie nie jedzie, jej się nie chce
i się nie będzie ubierać. Jeszcze nic nie mówiłam, podałam tabletki. Oczywiście
foch, bo za dużo (aż 5szt, w tym 4 trochę większe jak łepek od szpilki) gorzkie
i ona w ogóle nie może tyle tabletek zjadać i czemu wszystkie razem… Codzienny
standard. Mówię, dobra połknęłaś to pomogę ci się ubrać. Nie ona się nie ubiera
, bo nie ma biustonosza. Oczywiście wyciągnęłam spod poduszki, zdjęłam jej
przez głowę podkoszulkę i jej założyłam
biustonosz.Za ciasny ( nosi codziennie i sama zapina), ona się udusi, ja
specjalnie jej taki kupiłam ,żeby się udusiła itd. Wrzasnęłam ,że ma nie
dyskutować tylko się ubierać i sięgnęłam po czystą podkoszulkę i sweter . Za
cholerę nie dała sobie podkoszulki ani swetra założyć. Dosłownie dostała furii,
wymachiwała rękami , zrzuciła kołdrę i poduszkę , szarpała mnie za ubranie. No
, kompletny amok. Odpuściłam, zgarnęłam torebkę i wypadłam z domu ale już z
obolałą od skoku ciśnienia głową. W aucie siedziałam dobre 10 minut zanim
pojechałam do biura. Stwierdziłam ,że za te półtorej godziny, nie będzie już
pamiętać, że nie chciała jechać. Wróciłam 45 minut przed wizytą. Nie pamiętała,
ale jak jej się kazałam znów ubrać to powtórka z marudzenia. Sweter założyła,
ale ona nie jedzie, nie ma rajstop ani butów, ona jest chora, jej się nie chce
itd. Kilka dni temu kupiłam jej specjalnie takie lekkie spódnico-spodnie, żeby
nie uciskały jej tego kolana więc jej dałam i pomogłam założyć., potem skarpetki
a jak przyszło do butów , znów tych co kilka dni temu kupiłam i której jej się
podobały i nawet przymierzyła ta sama akcja, ona nie założy, za ciasne i takie
gówno jej kupiłam i td.I nie dała sobie
powiedzieć, że przecież je przymierzała kilka dni temu. Gotowałam się ze
złości. Ale nie to nie , nie mam czasu
na takie użeranie się , jedziesz w laczkach. I już nie miała wyjścia. Kurtkę
włożyła, ale kombinowała, jak tu nie wyjść z domu. Kluczy szukała, choć leżały
na stoliku a ja kilka razy powtarzałam że zamknę , a to ona nie ma laski –
miała, stała obok łóżka jak zawsze też na widoku. W końcu dała się zaciągnąć do
auta. Jak już wyszła z domu to tak pędziła z tym niezagojonym kolanem ,że nie
mogłam nadążyć. W przychodni byłyśmy 20 minut przed czasem ale trafił mi się
fart, bo akurat z gabinetu wyszedł jeden pacjent a za nim doktor. Spytał czy
ktoś do niego, a ja od razu, że my , na 11.00 , a innych pacjentów jeszcze nie
było oprócz jednego dziadka z numerem 27, jak przyszedł za nami to się zapytał,
który mamy a potem sam podał swój. Weszłyśmy od razu. Podałam doktorowi
dokumenty z soru, obejrzał co trzeba, zbadał nos i kolano i wysłał do
zabiegowego obok na zdjęcie szwów z nosa. Znam go, bo pracowaliśmy razem, kilka
razy byłam u niego na zastępstwie jak jeszcze pracowałam w zozie ale pewnie
mnie nie pamiętał. Był wtedy świeżo po studiach i robił specjalizację z
chirurgii a ja przychodziłam do poradni chirurgicznej tylko w sezonie
urlopowym. Za to mamuśka się go wystraszyła i już nawet nie marudziła, że coś
boli albo coś jej robią. Bo pan doktor bardzo sympatyczny zresztą , wygląda
groźnie. Taki typ wikinga. Potężna postura , ponad 1,90 wzrostu, rudawy z brodą
i wąsami. Po badaniu i zmianie opatrunków odwiozłam ją do domu. Niestety, za
tydzień powtórka, bo kolano nie wygojone. Wróciłam wykończona.
A dziś nic szczególnego w pracy ani w domu. Za to na działce się dzieje.
Majster już pracuje nad nowym patio. W trakcie dnia wpadłam na pomysł żeby od razu wkopał
wsporniki pod panele z siatki, z których chcemy zrobić ścianki osłonowe.
Pojechaliśmy z małżonkiem i facet od razu załapał o co nam chodzi i
zaproponował, że przywiezie 2 przęsła po 2,5m i od razu dokręci do wsporników.
No super! Lubię takich fachowców co sami umieją coś zaproponować. Jutro okaże
się co nam z tego wyszło. A docelowo na przęsłach rozepniemy takie ścianki ze
sztucznego pnącza. Nie chcemy robić ścianek z pasków folii wplatanych w panel,
bo mamy doświadczenie naszego młodszego syna. To tak skutecznie blokuje
przepływ powietrza , że wichura wyrwała mu kilka paneli z płotu przy domu.
Wyszliśmy z założenia, że przez takie pseudo liście to wiatr przeleci. Okaże
się w praniu…
***** późny wieczór . Patio gotowe i widać solidną robotę .
Jutro obejrzymy w świetle dnia dokładniej.