Przyznać się muszę, że denerwowałam się trochę przed tym
wyjazdem. Z powodu matki. D, jej opiekunka wprawdzie jest profesjonalna, ale
jednak miałam obawy. Głównie dlatego, że ostatnio matka się potłukła i to
groźnie. D. wywiązała się wprost idealnie, dopilnowała wszystkiego jak trzeba i
nawet zadzwoniła w trakcie pobytu, żeby mi o tym powiedzieć. Wyjazd tradycyjnie
jak co roku dzień przed świętem, co daje nam tę przewagę, że nie było wielkiego
tłoku na drogach i sprawniej się jedzie. A jechało nas dużo, bo dodatkowo
koledzy i koleżanki naszej młodzieży. Z nami zabrał się kolega naszego
starszego wnuczka i on sam. Z jego rodzicami jechały dwie dziewczyny z ich
paczki. Z wnuczką i jej rodzicami zabrała się przyjaciółka wnuczki. Młodzieży
już trochę nie po drodze tylko z dorosłymi. Najmłodszy z wnuków i tak miał
koleżanki, bo na przyczepkę jechali sąsiedzi naszej młodzieży z dziećmi. Ci
dojechali następnego dnia, tak jak i nasz pracownik z partnerką i jeszcze jedni
na przyczepkę w ilości 5 sztuk. Wyjechaliśmy dość wcześnie i na miejscu byliśmy
już około 16.00 z minutami. Młodzież podobnie. To popołudnie poświęciliśmy na
rozpakowanie i odpoczynek. Pokręciliśmy się po miasteczku, poczytaliśmy,
poszliśmy na kawę i przywitać się z
właścicielem ośrodka, takie tam… Piękny widok na jezioro z tarasu domku,
który tradycyjnie już zamieszczałam w postaci fotki przy każdej relacji z
wyjazdu, w tym roku zasłoniła nam – ni mniej - ni więcej, tylko stodoła
wybudowana wprost na plaży. Ogromnych rozmiarów. Teoretycznie siedziba WOPR ale
faktycznie są tam jakieś budy z gastronomią i prawdopodobnie będzie hotel.
Potem dowiedzieliśmy się, że postawili ją nielegalnie, zainteresował się tym
NIK i w ogóle jest to jakiś przekręt. Jak się skończy ? Może się dowiemy za rok. Następnego dnia
zapowiadali wiatr i było święto więc specjalnie niczego nie zaplanowaliśmy,
dopiero na wieczór ognisko i spływ kajakowy na sobotę , bo piątek miał być
deszczowy. Spałam nieprzyzwoicie długo w ten czwartek i gdyby nie dość krzywa
kanapa pewnie powylegiwałabym się jeszcze dłużej. Dzień nam minął na
spacerowaniu, czytaniu i w końcu ognisku jak było w planach. Jak to już bywało
na naszych ogniskach działo się dużo i nieprzewidywalnie. Tym razem też. Jak
zwykle piekliśmy kiełbasę i ziemniaki. Koleżanka wnuczki zabrała na wyjazd
gitarę więc i śpiewy były, nie koniecznie do rytmu i bez fałszywych nut, ale
każdy się starał. Nawet spacerowicze podchodzili i dołączali na chwilę do nas
żeby pośpiewać czy też posiedzieć chwilę przy ognisku. A im więcej czasu mijało
tym zabawa się rozkręcała i towarzystwo ruszyło do tańca. Za chwilę okazało
się, że mamy solidną widownię tuż za płotem. I pewnie zabawa ciągnęłaby się
jeszcze długo ale zaczęło padać.
Impreza się rozkręca b
Następnego dnia prognozy pogody się
sprawdziły; lało. Może nie jakoś mocno ale dość długo i jednostajnie. Młodzież
starsza i młodsza grała w planszówki a my wybraliśmy się do Chojnic, a potem do
Charzykowych , niby do baru As na sandacza z zestawem surówek , bo tam są
najlepsze i jak nie cierpię ryb, to akurat tam mi smakują. Małżonek lubi więc
korzystamy. Niestety się nie najedliśmy , bo
nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Bar zapchany głodomorami pod same
drzwi, czas oczekiwania ponad godzinę. Skończyło się na zupach i grzankach z
masłem i świeżym czosnkiem niedźwiedzim. W trakcie gdy się przemieszczaliśmy
zadzwoniła koleżanka z zaprzyjaźnionej firmy , która też ma domek w pobliżu i
umówiliśmy się z nią i jej mężem na kolejne spotkanie po sobotnim spływie. A
potem pojechaliśmy już na umówione wcześniej
spotkanie z Fuscillą. Tradycyjnie spotykamy się co roku już od 22 lat!
Fuscilko, dziękujemy ! Za spotkanie, pogaduchy przy winku, pyszny podwieczorek
i śliczne kaszubskie aniołki oraz inne gadżety. Uzupełnią wystrój naszego
działkowego PDzO. Wróciliśmy gdy zaczął zapadać zmierzch.

Te cudeńka podarowała nam Fuscillka , a te poniżej to moje zdobycze - wypatrzyłam w wiejskim sklepie spożywczo- przemysłowym
Na W sobotę zaplanowaliśmy spływ kajakowy. Trochę obawiałam się, że te żółtodzioby ,
które do nas dołączyły nie dadzą rady przez jeziora , zwłaszcza jak będzie
wiało. Wybrali sobie trasę teoretycznie lżejszą , bo z biegiem Brdy i jeziorami. Fakt rzeką łatwo, ale na
jeziorach trzeba sobie wiosłami pomachać, szczególnie gdy są fale. Trasa
Chocimą choć bardziej wymagająca ruchowo to jednak bezpieczniejsza. Ale skoro
chcieli… Pogoda jednak nam dopisała, z przystani wyruszyliśmy niemal armadą, bo
aż 12 kajaków i nawet po jeziorach płynęło się bez większego wysiłku.
Armada na szlaku
Zahaczyliśmy oczywiście o jezioro Płęsno i zatoczkę gdzie młodzież i dzieciaki
się zwykle taplają w wodzie. Czasem my też , ale jak na dziadków to było zbyt
chłodno.
Nad jeziorem Płęsno
I punkt docelowy - most w Drzewiczu
 |
|
W Drzewiczu odebrała nas obsługa ośrodka. Po obiedzie starsza młodzież
poszła na plażę się wygrzewać w słońcu,
młodsza poszła w miasteczko, dzieciaki jak zwykle ganiali się po ośrodku a my pojechaliśmy na spotkanie. Trochę trudno do
nich trafić, nawet nawigacja ma z tym problemy ale gdy już dotarliśmy ja
wpadłam w zachwyt. Mają piękną leśną chatkę , na dużej leśnej działce ,
przepięknie urządzoną drewnem. Gadało nam się świetnie a czas sobie leciał aż
zrobiło się ciemno. I pewnie gdyby nie fakt, że czekało nas pakowanie to pewnie
jeszcze by potrwało. W niedzielę już się nic nie działo w ośrodku. Spakowaliśmy
swoje rzeczy , zrobiliśmy porządek , bo zawsze robimy , pożegnaliśmy się z
właścicielem ośrodka przy okazji rezerwując domki na przyszły rok i
wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zahaczając o tor cartingowy i park
rozrywki w Człuchowie. Młodzież oczywiście pojeździła „bolidami”. Wygrał nasz
starszy wnusiu, druga była wnuczka, potem koleżanka wnuczki i nasz młodszy.
Pozostali trochę gorsze osiągi ale część jeździła po raz pierwszy. Wróciliśmy około 17.00 zaliczając po drodze
obiad. Wieczorem jak zwykle pojechałam do matki. W ogóle nie skapowała, że mnie
nie było mimo, że D jej o tym mówiła. Myślała, że byłam na działce…
Byłam , a raczej byliśmy - po truskawki