Po części rekreacyjny, po części służbowy. Zaplanowany na 3
dni. Pierwszy to dojazd, zakwaterowanie i odpoczynek , drugi atrakcje
turystyczne i trzeci zwiedzanie fabryki i prezentacje i oczywiście powrót.
Jechaliśmy z kolegą z zaprzyjaźnionej firmy. Do Swarzędza odwiózł nas starszy
syn, a dalej jechaliśmy z kolegą. Jechaliśmy bez pospiechu , gadając o różnych
sprawach mniej lub bardziej istotnych, żartowaliśmy sobie – zwyczajnie jak w
podróży żeby nie było nudno a czas mijał szybciej. W Czechach kolega źle zjechał
na rondzie i nadłożyliśmy trochę drogi , jakieś trzydzieści parę kilometrów ale
w sumie na złe nie wyszło, bo widoki były przepiękne. Dotarliśmy jakąś godzinę i trochę przed czasem . Hotel „Prezidnzka Chata” okazał się prywatnym hotele
właściciela fabryki. Urządzony w stylu
szwajcarskiej chatki tzw. Chatelet ( nie jestem pewna czy poprawnie to
napisałam) ale nowocześnie. Pokoje hotelowe były w osobnym pawilonie i
dosłownie mnie zatkało. Okazały się luksusowe . Nawet bardzo, pokażę na zdjęciach, choć nie oddadzą jakości. A do tego panoramiczne okno i las wchodzący niemal do pokoju! Hotel mieści się w górzystym ,
mocno zalesionym terenie pomiędzy Liberec a Jablonec , czyli bardzo blisko
granicy. Dla samych widoków warto tam
pojechać. Zastanawiam się jak w tym górzystym terenie i odległym od miasta
ogarnęli sprawę mediów. Działał nawet internet , był zasięg w telefonach …
Ciekawostka. Hotel „ „Prezidenzka” istniał już na początku XXw jak i kilka
innych podobnych obiektów w okolicy , ale stał zapomniany przez wiele lat ,
przez jakiś czas służył jako schronisko ale gdy zaczęła się pandemia kupił go
obecny właściciel i przekształcił w luksusowy obiekt. Przed kolacją zrobiliśmy
sobie krótki spacer po terenie spacerowym i kolejne zaskoczenie; oprócz budynku
właściciel wykupił poprzez fundację rodzinną kilkadziesiąt hektarów okolicznych
łąk, po to by zostały na zawsze łąkami a nie dostały się w ręce praskich
deweloperów. Kolacja była bardzo po czesku czyli „czośniczka” ( zupa czosnkowa
, zresztą bardzo smaczna) i knedliczki z wołowym gulaszem, a potem na co kto
miał ochotę. I do woli piwa . Ja nie skorzystałam , bo piwa nie lubię,
zamówiłam sobie drinka. Przy biesiadnym stole gadaliśmy prawie do północy. Następny dzień był przeznaczony na rekreację
i aktywność na świeżym powietrzu. Zaplanowano nam spływ kajakowy rzeka Jizera.
Po obfitym śniadaniu w hotelu wyruszyliśmy. Na miejsce jechaliśmy autokarem
firmowym. Też luksusowym. Nie było to daleko , jakieś pół godziny jazdy bardzo
stromymi i krętymi drogami . I tu mieliśmy co podziwiać, bo widoki rzucały na
kolana. Czechy , nie te miejskie, znane z folderów turystycznych , ale
prowincjonalne są bardzo piękne i bardzo , bardzo zielone. Królują wiekowe,
dostojne świerki i fantastyczne złoto-zielone łąki. W miejscowości Mala Skala
czekały już na nas kanadyjki i przewodnik. Po krótkiej instrukcji jak się
poruszać tym sprzętem wsiedliśmy do łódek i zaczęła się wyprawa. Pierwszy raz
płynęliśmy kanadyjką i jednocześnie górską rzeką. Na tym odcinku bardzo płytką
i nie zbyt rwącą. Nurt przyśpieszał tylko momentami i na samym początku w
miejscu małego progu , który trzeba było pokonać tworzył się wir. Od razu
zrozumiałam dlaczego kanadyjka a nie kajak. Kajak na takie wody jest za ciężki.
Dla poczatkujących kanadyjkarzy szalejąca
na kamieniach i piargach woda nie do ogarnięcia. Jak byśmy nie skontrowali,
kręciliśmy się w kółko.I tu znów na złe nie wyszło, bo stanęło na tym ,że
przewodnik popłynie z moim małżonkiem a ja zrobię zdjęcia a poniżej progu
wsiądę i popłyniemy dalej. I tak się stało. Dalej już poszło. Było świetnie,
choć trochę minęło zanim złapaliśmy odpowiedni rytm. Momentami rzeka zwalniała
i płynęła leniwie , momentami stawała się bardzo płytka aż kanadyjka szorowała
po kamienistym dnie , momentami tworzyły się wiry a nurt pędził jak szalony i
wtedy niemal wszyscy kręcili się w kółko zanim udało się wpłynąć w środek i
skierować dziób we właściwą stronę. Ze szlaku nie mam zdjęć , bo niestety nie
było czasu ich robić, trzeba było panować nad kanadyjką i wiosłem. Przed wypłynięciem zaokrętowaliśmy na kajak
wielką , plastikową beczkę zakręcaną dużym korkiem. Te beczki służyły za
wodoodporny magazyn, gdzie można było schować dokumenty, suche ciuchy i takie
tam. Czesi zabierają na takie wypraw piwo i przechowaniu tego specjału też
służą im te beczki. Oprócz kanadyjek były też w użyciu pontony, na których
pływała młodzież szkolna. I tu kolejne zaskoczenie: jeden opiekun na 4 pontony
, jak nam wyjaśnił nasz czeski opiekun grupy, u nich jest taka norma. U nas nie
do pomyślenia. A już fakt, że młody wyleciał z pontonu i nikt z tego powodu
problemu nie robił , młodzież wciągnęła zmoczonego delikwenta z powrotem i
płynęli dalej traktując zajście jak przygodę. U nas – pewnie by się skończyło potężną awanturą z udziałem
rodziców, prokuratora i telewizji.
Dopłynęliśmy do Turnov , po drodze robiąc sobie przerwę na lody i napój
w leśnym ośrodku turystycznym z knajpką i w Turnov poszliśmy na obiad. Też
czeski . Tamtejsza zupa z ziemniaków i placki ziemniaczane ale nie jak u nas z
gulaszem ale podane jak burito. Wypełnione wołowiną i odrobiną modrej kapusty.
Bardzo smaczne ale bardzo syte. Do tego większość piwo , my , opiekunka grupy i
nasza znajoma z której mężem jechaliśmy
prosecco. Wracaliśmy również autobusem , który już na nas czekał na parkingu przed restauracją.
Zdjęcia robiłam żyrandolom – zbudowanym z kufli od piwa. Po powrocie mieliśmy
czas wolny, na wypoczynek, drzemkę, spacer
czy co tam kto chciał. Kręciliśmy się trochę po ośrodku i okolicy ,
a potem czas był na kolejne jedzenie .
Czesi karmią ; tłusto , słodkawo i obficie. Generalnie , jedzenie mają
przepyszne ale ciężkie i nie jedzą warzyw. Na kolację do wyboru zupa koperkowa
lub rosół i kaczka lub polędwiczki wieprzowe. Wybrałam koperkową i polędwiczki.
No i oczywiście piwo lub coś… Damska część wycieczki , mój małżonek i kolega ,
który nas wiózł prosecco. Po kolacji, która miała miejsce w popbliskiej
restauracji , do której szliśmy pięknym szlakiem z widokiem na Jablonec a
okazała się również własnością fundacji właściciela fabryki wróciliśmy do
naszego hotelu na ciąg dalszy, I znów piwo się lało a rozmowy ciągnęły długo.
Uśmiałyśmy się do łez z koleżanką i jednym z instalatorów tłumacząc naszemu
czeskiemu opiekunowi mówiącemu po polsku , zawiłości polskiego języka. Długo by
opowiadać, zwłaszcza gdy omówiłam mu słowo żółć złożone z polskich znaków a
koleżanka próbowała wyjaśnić znaczenie wylewania na kogoś żółci . Od razu
pojawiło się „wieszanie na kimś psów” i temu podobne . Gość po każdym słowie
miał coraz większe oczy, a my coraz większy ubaw. Chyba mniej teraz rozumie niż przed rozmową z nami. Następnego dnia było
zwiedzanie nowej fabryki , prezentacje sprzętu i powrót. Fabryka a szczególnie
jej wystrój robi wrażenie , tu niestety był zakaz robienia zdjęć i jest to
zrozumiałe. Ubrali nas w białe , mało stylowe kitelki i piorunochrony na buty
po czym poszliśmy zwiedzać. Obejrzeliśmy pięć super nowoczesnych linii
technologicznych , laboratorium , punkt kontroli produktów a potem przez
stołówkę wracaliśmy do sali szkoleniowej. Na mnie wrażenie zrobiła stołówka .
Bardzo długie , dobre 30 m pomieszczenie przechodnie , po jednej stronie
wypełnione dolnymi szafkami, górnymi szafkami i pólkami wyposażone we wszystkie
możliwe sprzęty; dwie zmywarki , kilka lodówek wbudowanych w szafki, dwa
profesjonalne ekspresy do kawy , kilka kuchenek , dwa duże piekarniki , cały
rząd kuchenek mikrofalowych naliczyłam 8 sztuk , a po drugiej stronie nie
wielkie stoliczki z krzesłami , gdzie można spokojnie i wygodnie zjeść.
Wszystko w pięknym szaro-zielonkawym kolorze z drewnianymi elementami. Można
pozazdrościć warunków pracy. Po krótkiej przerwie weszliśmy do sali szkoleniowej
, prezentacja zajęła dwie godziny , rozmowa kolejne dwie , na koniec jeszcze
czekaliśmy chwilę aż nasi znajomi załatwią sprawy formalne, bo to oni są
dystrybutorem producenta na Polskę zachodnią i byli organizatorami tego
spotkania. W tym czasie rozmawialiśmy z czeskimi opiekunami – prawie wszyscy
mówią a przynajmniej rozumieją j. polski. A potem już wyruszyliśmy w drogę
powrotną. Około 21.00 byliśmy w Swarzędzu ,gdzie odebrał nas syn z wnuczką. I
oczywiście jak to faceci , musieli obgadać fury. I tym sposobem dotarliśmy do
domu około 23.00. Było warto. Pogoda nam sprzyjała , około 20 stopni to akurat
na takie wyprawy , a ja odcięłam się od wszystkiego. Jakoś tak psychicznie
odpoczęłam, chociaż wczoraj jeszcze dawał mi się we znaki kręgosłup, bo kanadyjki
nie mają podparcia pleców w przeciwieństwie do kajaków. Wpis wyszedł długi więc fotorelacja jutro.