tym razem nazwa imprezy adekwatna do wystawy i to dosłownie, ale po kolei. W czwartek , dziewiątego wyjazd, trochę po 10.00. Po uprzednim ogarnięciu matki i udzieleniu ostatnich rad synowej w kwestii panowania nad tym chaosem i męskim personelem. Ktoś musi, a synowa niebawem godnie mnie zastąpi, bo ma do tego predyspozycje. Jechaliśmy jak to my, bocznymi drogami i okazało się to bardzo dobrym pomysłem , bo pomijając ładne widoki, ruch na tych drogach był niewielki. Dojechaliśmy bardzo szybko, bo już ok. 15.00. I uwaga ! Tym razem nie wpadliśmy w "trójkąt kraśnicki" (cos na kształt bermudzkiego) gdzie nawigacja traci orientację i wyprowadza na manowce. Już po drodze zauważyliśmy, że nasza ulubiona knajpka "Kamionkowa Chata" ograniczyła działalność do imprez zbiorowych. Było nieczynne, a szkoda. Nic straconego jednak , bo na naszej stałej kwaterze dużo zmian. Nowe szefostwo, nowy wystrój, nowy, porządny ekspres do kawy, większy rozmach i czynna stołówka. Akurat lepili ruskie pierogi i załapaliśmy się na solidny obiad. Świeżutkie, dwa razy większe niż ja robię na Wigilię i polane pyszną, przesmażoną, wędzoną słoninką. Do tego w cenie porcji kompot. Objedliśmy się po uszy. Dawno takich pysznych pierogów nie jedliśmy. Smakowały jak dzieciństwie u babci. W czasie gdy jedliśmy przyjechało stare szefostwo, rodzice obecnej właścicielki. Przywitaliśmy się z nimi naprawdę serdecznie, bo znamy się już ładnych parę lat. Po zakwaterowaniu się pojechaliśmy do Bolesławca pokręcić się rynku, posiedzieć przy fontannie, pogapić na kamieniczki przecudnie oświetlone i wypić turecką herbatę w tureckim bistro.W wyniku tego szwendactwa małżonek wzbogacił się o nową koszulę, szaro-łękitną z granatowymi przeszyciami i dwa krawaty do kolekcji. Po tej porcji pierogów nie chciało nam się jeść kolacji więc z najlepszego kebabu zrezygnowaliśmy, zostaliśmy przy herbacie. Akurat tam kebab mają rewelacyjny. Nie przepadam za takim jedzeniem ale tam mi smakuje. Wróciliśmy przed dwudziestą trzecią.
W piątek , dziesiątego zaczynała się wystawa , ale według rozpiski dopiero o 15.00. Jak się jednak okazało zaczęła się już od 10.00. Nieświadomi tego po śniadaniu pojechaliśmy do huty szkła Borowski a potem do centrum ogrodniczego. W hucie byliśmy już kilka razy. I tym razem też nie wyszliśmy pusto. Kupiliśmy kolejne kolekcjonerskie bombki , tym razem w odcieniach fioletu i dwa szklaczki a jakże. Skrzacika i rybkę. I tu uwaga ! Rybka jest zrobiona ze szkła mrozoodpornego i jest to jedyny egzemplarz na świecie. Szef wykonał próbkę , próbka trafiła na regał z innymi szklaczkami (figurki ze szkła , najmniejsze mają 1,2cm) przeznaczonymi do sprzedaży jako pamiątki i na razie nie wiadomo, czy będzie produkowana. Wypatrzył ją małżonek i tym sposobem staliśmy się posiadaczami eksponatu unikatowego na skalę światową.
W centrum ogrodniczym nie było tym razem nic ciekawego więc wyruszyliśmy do Lwówka Śląskiego na wystawę. Udało nam się znaleźć miejsce parkingowe blisko rynku i tu już okazało się, że impreza trwa w najlepsze. Plan był jak zwykle; w piątek oglądamy, w sobotę kupujemy. Nie wyszło. Wracam do tytułu. Agatowe Lato, tym razem nieco rozczarowało. Myślałam ,że to tak w pierwszy dzień ale nie. Nazwa imprezy okazała się tym razem adekwatna. Mniej - więcej 50 procent ekspozycji to były agaty , mniej - więcej 40 procent to jubilerska masówka jak z Apartu czy innych Briju i tym podobnych - drogie i mało ciekawe i pozostałe 10 procent też mnie- więcej, to inne kamienie. Takich unikatowych , białych kruków jak jeszcze kilka lat temu nie było. A jeśli już , ktoś wystawił jakiś okaz to raczej z kamieni powszechnie znanych: ametystów, kryształów górskich czy różowego kwarcu. Królem tegorocznego lwóweckiego lata był w tym roku agat z Malawi. Owszem piękny , w rdzawo - szaro-pomarańczowych barwach , prawie zawsze z otwartą geodą w środku, wybarwiony warstwowo niemal jak na precyzyjnym rysunku kredkami. Cudowny! Niestety na bazie mody w niebotycznej cenie , nawet najmniejsze bryłki zaczynały się od kilkudziesięciu złotych. Równie dużo było agatów z Maroka i Argentyny. Te nie były już tak drogie. Trafiliśmy też na agaty z Chin i Meksyku. No i cała gama naszych, polskich. Świat miłośników kamieni jest w gruncie rzeczy zamknięty. Spotkaliśmy mnóstwo ludzi, bywałych na poprzednich imprezach i giełdach poznańskich. Oczywiście od razu wpadło nam w oko lika różnych okazów kamieni. Pusto nie wróciliśmy, bo przecież agaty to bezwarunkowa miłość mojego męża. Kręciliśmy się po stoiskach, oglądaliśmy i jak coś nam w oko wpadło, to albo kupowaliśmy od razu albo zostawialiśmy decyzję na sobotę. Nie było za dużo zwiedzających więc przyjemnie się krążyło po wystawie i oglądało, bez zbędnych przepychanek. Obiad zjedliśmy w restauracji Rycerskiej w podziemiach lwóweckiego ratusza. Wystrój eklektyczny - niemal wszystkie epoki, ale z nawiązaniem do sali w rycerskim zamku. Mają rewelacyjne jedzonko i nie żałują go swoim gościom. Zupa ogórkowa i placki ziemniaczane były przepyszne. I wcale nie drogie. Żadne paragony grozy w tej knajpce głodomorom nie zagrażają. Pod wieczór udaliśmy się w kierunku auta , po drodze "zwiedzając" stoiska z kwiatkami do ogrodu i innymi towarami. Zaopatrzyłam się w skórkowe sandałki , takie jak dawno temu niemal wszędzie sprzedawali górale jako rozszerzenie oferty kierpców i sakiewek. Nosiłam takie przez kilkanaście lat aż zniknęły w zalewie niby -góralskich klapek produkowanych w Chinach. Miałam fart po prostu. Upatrzyliśmy sobie jeszcze kilka innych rzeczy, które postanowiliśmy kupić w sobotę po zwiedzeniu stoisk z kamieniami. I oczywiście kwiaty. Tych było całe mnóstwo i to takich , o które u nas trudno. Wychodziliśmy bogatsi o piękny błękitny opal i kilka agatów. Te ciekawsze okazy wyszukaliśmy następnego dnia. Ale o tym w następnej relacji. cdn