babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

wtorek, 24 marca 2026

24.03.2026 Czasem drobiazgi robią robotę

 Niby drobiazg, na zastępstwo za panią D przyszła inna dziewczyna, bo D miała jakąś sprawę rodzinną i wzięła dzień urlopu. Wiedziałam o tym, ale o zastępstwie już nie. I zeszłyśmy się pod blokiem około 13.00 jak pojechałam dać matce tabletkę i sprzątnąć w kuchni , bo narozrabiała. No i pani mnie zagadała , co ma dziś zrobić. Poprosiłam żeby podała matce tę tabletkę i ją zagadała , a ja posprzątam w kuchni, bo zwykle mam z tym problem z powodu awanturnictwa matki. Tak ją dziewczyna zagadała i zajęła, nawet zadzwoniła jej do koleżanki  żeby sobie pogadały, że mamuśka nawet się nie zorientowała, że coś robię, a ja ruszyłam do sprzątania. Nie jakoś konkretnie ale umyłam naczynia, zlewozmywak, lodówkę i podłogę, powycierałam szafki i pozbierałam poupychane wszędzie opakowania , a potem jeszcze sprzątnęłam w łazience. Pogadałam potem jeszcze z opiekunką, bo dziewczyna była ciekawa mojej pracy i mogłybyśmy długo gadać nie tylko o pracy. Wyszłyśmy też razem rozmawiając. Stwierdziła, że faktycznie kontakt z matką ciężki ale przynajmniej nie leży, jak wszyscy jej podopieczni. Nie leży ale dziś się nawet nie ubrała, chociaż muszę przyznać, że się ruszyła i nawet umyła te garnki, które zostawiłam rano w zlewie. Coś sobie chyba odgrzewała , wlała jakąś zupę do garnka, coś do tego wrzuciła , czego nie udało mi się zidentyfikować i zostało na maszynce elektrycznej , którą zresztą wyłączyła z gniazdka. Musiało stać już ze trzy dni, bo się popsuło, chociaż wcześniej zaglądałam do garnków i nic nie było- może gdzieś miała schowane i dopiero dzisiaj wystawiła ? tego się nie dowiem.  A jak stało to wiadomo jaki efekt, jeszcze dzień i cały blok by o tym wiedział. Rano wylałam, przepłukałam garnek i zostawiłam w zlewie z myślą, ze zrobię swoją robotę i przyjadę sprzątnąć. Umyła, musiałam poprawić ale przynajmniej się zabrała. Dobrze się złożyło z tą babeczką, bo trochę więcej  ogarnęłam przy okazji niż zamierzałam. Kupiłam jej też nowe firanki do pokojów i zmienię ale muszę zabrać drabinkę, bo tę jej wyniosłam do piwnicy. Pewnie znów będzie awantura ale trudno. Co tu dużo mówić, takie bezpośrednie wsparcie i rozmowa, choćby parę słów jak z koordynatorką w piątek i dziś z tą sympatyczną dziewczyną poprawia nastrój i stawia do pionu. Na co dzień o tym nie myślę ale takie codzienne , monotonne wykonywanie czynności i kontakt z osobą, z którą tego kontaktu właściwie nie ma dołuje. Dociera to do mnie dopiero w takich momentach jak dziś. 

A z innych spraw ... nic takiego , w pracy jak zwykle a domowo nie specjalnie się udzielam. Miałam pozmieniać zazdrostki w kuchni i powynosić puste słoiki do piwnicy ale ostatecznie wyprałam tylko matki swetry i przesmażyłam żurawinę, którą miałam zamrożoną. Będzie na świeżo jako dodatek do wielkanocnych wędlin. Zdążę... Poza tym zrobiłam sobie listę ostatnich zakupów , tych na bieżąco i wyszło mi , że niczego nie zapomniałam, a to co  zostało to już naprawdę tylko to co niezbędne. Nie ma to jak logistyka. 

poniedziałek, 23 marca 2026

23.03.2026 A jednak coś knuje ...

 to babsko , co nachodziło moją matkę. Przyłapałam ją dzisiaj jak robiła zdjęcia naszej firmy. Przechodziła drugą stroną ulicy jak ją zobaczyłam, podeszłam do witryny żeby sprawdzić gdzie pójdzie, czy dalej prosto , czy skręci i pójdzie na osiedle gdzie mieszka moja matka. A ona stanęła na rogu ulicy i robiła zdjęcia , albo może filmiki kręciła naszemu budynkowi. Akurat na tym rogu kamera na budynku  jej nie łapie , ale jak to zobaczyłam, to jak tylko poszła przejrzałyśmy z synową nagrania z kamer. Okazało się, że nagrywała czy też robiła zdjęcia już na wysokości bloków , zanim dotarła do naszego budynku. Oczywiście od razu zgrałyśmy dane na pendrive, tak na wszelki wypadek. Kij wie, co takiej łazi po głowie... Będziemy uważać na to co się dzieje. Teren mamy pod kamerami i naszpikowany elektroniką więc się nie obawiam ,gorzej jeśli porysuje albo w inny sposób uszkodzi auta zaparkowane gdzieś poza firmą. Na razie nie ma się czym przejmować , ale nie spodobało mi się to. 

Z innych spraw to szukałam dziś w sklepach foremek jednorazowych do pieczenia. Używam ich do pieczenia pasztetu i fałszywego zająca i nie było. W każdym razie nie było takich jak potrzebuję. I już od dłuższego czasu ich nie ma. Kupiłam awaryjnie inne. Mój wielkanocny kurnik się powiększa. Wiem , mam nie po kolei ale kupiłam foremki do ciastek w kształcie kur. W sumie to jest komplet : kura, kogut, kurczak i indyk. Moje mini-mazurki będą w tym roku w kształcie drobiu. Po jutrze do mnie dojadą. Tak sobie myślę, że jutro podziałam trochę świątecznie. Zmienię zazdrostki w kuchni i dokończę dekoracje. No, może poza tą na kuchennym stole, bo tam mam chwilowo dużo drobiazgów porozkładanych i aż trzy bukiety , jeden żonkili, gałązki leszczynowe z działki i bazie. Najpierw muszę coś skasować. A na oknie w ramach wiosny postawiłam macoszki , bratki znaczy , w pięknych bordowo- czarnych i żółto-brązowych kolorach. 

niedziela, 22 marca 2026

22.03.2026 Z ostatnich trzech dni

Nazbierało mi się trochę różności. Piątek miałam zabiegany i to dość konkretnie. Wszystko przez to, że umówiłam się z koordynatorką opiekunek na wywiad i podpisanie papierów żeby przedłużyć matce opiekę. A potem oczywiście się zaczęło: zaświadczenie z zusu, jak już załatwiłam to rundka do ops-u żeby dostarczyć, Na szczęście do przedłużenia nie trzeba opinii lekarskich i pisać nowych wniosków, wystarczy decyzja o wysokości emerytury. Za to nie wiedziałam , że ops zmienił siedzibę. Znaczy wiedziałam , że otworzyli nowy obiekt i kilka sekcji się tam przenosiło, bo wykonywaliśmy dla nich zlecenie, ale nie wiedziałam ,że sekcja opieki domowej też się przeniosła. No i zrobiłam sobie wycieczkę na drugi koniec miasta. Zajęło mi to trochę czasu , ale przy okazji pani M- koordynatorka  mnie poinformowała o nowych możliwościach. Mogę się starać o świadczenie wspierające - jakaś dodatkowa kasa , albo pokrycie kosztów opiekunek, które ponoszę aktualnie. I najlepsze z najlepszych: powstała spółdzielnia, która świadczy sługi całodobowo, w weekendy i mogę ich wynająć np. gdy chcę wyjechać na urlop. Owszem to jest też płatne , ale jest ta możliwość. I od razu postanowiłam ,że się po niedzieli udam do tej spółdzielni i zapytam o warunki, bo mam zamiar wyjechać na długi weekend w czerwcu. Potrzebne mi to, a pani M nawet mi to zalecała, twierdząc , że takie codzienne zajmowanie się osobą starszą jest trudne i należy co jakiś czas od tego odpocząć , dla własnego zdrowia. Trochę mi się więc problem sam rozwiązuje , ale czy się to uda, to się okaże. Tak poza tym to piątkowe sprawy jak co piątek. Popołudniowe zakupy dla nas i dla matki. Dla nas już mam wszystko na święta, jeszcze tylko to co na bieżąco. Bez biegania z obłędem w oczach na ostatnią chwilę. 

Wczoraj zgodnie z planem wybraliśmy się na działkę. Małżonek dokończył przegląd i naprawę węży od nawadniania i wygrabił trawnik , a ja posiałam kolejne warzywa ; rzodkiewkę , buraki, marchew, sałatę i bób i zrobiłam sobie rozsadnik , na którym zasiałam kwiaty. Zobaczymy co z tego wyrośnie. Na koniec zrobiliśmy jeszcze trochę porządku. Przy tych robotach skręciłam nogę. Wychodziłam z domku, jakoś źle stąpnęłam na schodek, stopa mi zjechała pod jakimś dziwnym kątem ze schodka a ja poleciałam na trawnik. Nawet jakoś mocno mnie to nie bolało , dopiero kiedy wróciłam do domu i zdjęłam buty. Poratowałam się voltarenem i elastycznym bandażem i dziś jest już lepiej. Rano jeszcze bolało , ale teraz jest już całkiem dobrze. Oszczędzam jednak tę nogę i nie chodzę za dużo. A jak już muszę siedzieć , to zrobiłam kolejne dekoracje. Stroik do świecy na szydełku , ubrałam nowe, wiosenne poszewki na poduszki i przygotowałam sobie serwetki do koszyczka i na stół. Po obiedzie pomalowałam styropianowe jajka , żeby dokończyć dekorację niby-kominka. Znalazłam też czas na poczytanie. I tyle mojej działalności na dziś. Jeszcze muszę do matki z lekami podjechać , a potem to już tylko odpoczywam. 

Ze spraw świątecznych wciąż bez pośpiechu. Zakupy mam, dekoracje po woli kończę rozstawiać, gotowaniem zajmę się w ostatnim tygodniu. Zresztą i tak dzielimy się z synowymi robotą więc za wiele jej  nie mam. 

sobota, 21 marca 2026

21.03.2026 Słowo się rzekło - przy okazji studniówek obiecałam wiosenne wspominki

 To już było, ale dziś pierwszy dzień wiosny więc wiosenne wspominki wskazane. Zatem powtórzę, Działo się , gdy chodziłam do LO czyli w drugiej połowie lat 70-tych.  21 marca, w pierwszy dzień wiosny wypadały imieniny dyrektora naszego LO Benedykta , od niepamiętnych czasów nazywanego przez uczniów „ Beny „ .Dziś już nie żyjący . Kiedy przyszłam do LO jakoś nie zdołałam go polubić. Sporadycznie miałam z nim do czynienia na lekcjach. Przychodził czasem na zastępstwa .Jego klasę i podejście do uczniów doceniłam dopiero kiedy szkołę kończyliśmy. Beny  mieszkał na terenie szkoły . Zdarzało mu się więc chodzić po budynku i boisku w krótkich spodniach i podkoszulku. Wiadomo było, że kiedy występuje w takim nieoficjalnym anturażu , humor mu dopisuje i nikomu krzywdy nie zrobi , bo tak w ogóle to Beny wyglądał groźnie , a instytucja dyrektora szkoły jako taka ,budziła nasz szacunek i obawę . Dyrektor był nie kwestionowanym autorytetem i przed jako takim należało czuć respekt – poniekąd  „ z urzędu” . Dyrektor jednak krzywdy nikomu nie robił i chociaż na dywaniku potrafił naprawdę ostrą reprymendę zafundować delikwentowi , który podpadł , zaraz po jego wyjściu zapominał o sprawie . Beny równie często jak Glapa – profesor od przysposobienia obronnego o ptasim nazwisku ( stąd Glapa) ścigał palaczy. Z lepszym wynikiem jednakże. Wpadał do męskiego wc , zabierał chłopakom papierosy , ładował po strzale „ w papę” i kazał wracać do swojej klasy. Nikt się o to nie oburzał i rodzicom do głowy nie przychodziło, zgłaszać jakieś pretensje. Trzeba pamiętać ,że za palenie papierosów, w tamtych czasach wylatywało się karnie ze szkoły. Każdy wolał oberwać od dyrektora niż mieć ocenę niedostateczną ze sprawowania i wilczy bilet. Dziewczyny miały trochę lepiej . Profesorki rzadziej wpadały do łazienki. A wracając do pierwszego dnia wiosny oraz imienin Benego , to w dniu tym obowiązywał swoisty ceremoniał. Przede wszystkim strój galowy ; biała bluzka i granatowa lub czarna spódnica – w żadnym razie spodnie , a chłopaków biała koszula, garnitur i obowiązkowo muszka . Muszka to było coś co wyróżniało naszą budę . Chłopaki z technikum weterynaryjnego nosili się na czarno , elektronik i „mlecz” koszule z kołnierzykami i szare swetry , a u nas kraciaste koszule na co dzień a muszki na uroczystości. Lekcje w tym dniu były skrócone do pół godziny i nie wolno było stawiać dwój. I nie podskoczyła nawet groźna matematyczka Luta i obie chemiczki – na co dzień postrachy nawet największych kujonów .Musiały respektować. Po tych skróconych lekcjach mogliśmy się też urwać na wagary. Zamiast tych lekcji też , ale pod kontrolą czyli wolno było opuścić szkołę ale z wychowawcą, co akurat moja klasa wykorzystywała. Raz udaliśmy się do parku gdzie odbyła się największa w gminie bitwa na śnieżki – przyłączał się każdy , kto znalazł się w pobliżu. Na śnieżki , tak ! bo to były czasy, kiedy  śnieg leżał często i do kwietnia . Innym razem zrobiliśmy sobie długą wycieczkę po mieście . Prowadził nasz wychowawca , a my niepostrzeżenie uformowaliśmy długi „wąż” za nim i tak idąc gęsiego przewędrowaliśmy pół miasta . Ludzie oglądali się za tym naszym orszakiem, uśmiechali  a wychowawca zorientował się pod sam koniec wędrówki. Śmiechu było na tydzień co najmniej , jak tylko ktoś wspomniał . Kiedy byłam w klasie III, w szkole zainaugurowany został Dzień Młodzieży. Wymyśliła go – a jakże – klasa mojego małżonka , stawiana za wzór wszystkim innym, owiana szkolną legendą IVa.  Z początku w przebraniu przyszły tylko 3 z pięciu klas IV , ale już w zawodach brali udział wszyscy. Najciekawszy był wyścig taczkami z koleżanką na pokładzie. Zaliczyliśmy też atak terrorystyczny i nie było zmiłuj , okup trzeba było zapłacić . Wpadły do klasy „czerwone brygady” :odziane w brezentowe kurtki kangurki i pończochy na twarzach grożąc kartonem po butach w charakterze bomby, wynieśli dwie dziewczyny, po czym zażądali niebotycznego okupu:  3,50 .  Co było robić , zrzuciliśmy się . Okup nie tylko nasz, domorośli terroryści skonsumowali po lekcjach w kawiarence o wdzięcznej nazwie Szarotka. Następnego roku już jednak Dzień Młodzieży przeszedł na stałe  do szkolnych tradycji . Opracowano cały program, na który składały się różne konkursy , zawody sportowe , na koniec dnia dyskoteka , jakieś występy szkolnych kabaretów i zespołów. Najważniejszy jednak miał być konkurs na najlepiej przebraną klasę . Przebrania miały być spójne i coś obrazować. Każda klasa miała wkroczyć w określonej kolejności na salę gimnastyczną – odpowiednio efektownie, żeby zaprezentować się jurorom złożonym z grona profesorskiego i przewodniczących klas.

Dłuższy czas dyskutowaliśmy co z tym zrobić zwłaszcza, ze kilka dziewczyn w ogóle nie chciało brać w tym udziału twierdząc, że się nie będzie wygłupiać. Wychowawca zapowiedział jednak ,że nie można nie przyjść pod groźbą obniżenia zachowania. Nie miały wyjścia, przystosować się musiały. Dwa dni przed imprezą nadal nie było porozumienia co do przebrania. Ostatniego dnia zadecydowała za nas moja przyjaciółka  E. Wyjęła z torby dwa prześcieradła i gruby sznur kilka agrafek oraz świecę , obwinęła się w prześcieradła , coś pozapinała, coś przewiązała i za chwilę stał przed nami mnich w białym habicie .Zapowiedziała ,że na salę wchodzimy rządkiem z zapalonymi świecami śpiewając Bogurodzicę , bo to pasuje do mnisiego pochodu. Ja natychmiast temat podchwyciłam , wraz ze mną D i chłopaki. Stanęło na naszym. Co do śpiewu daliśmy tylko każdemu wolną rękę , bo dla przeciętnego śmiertelnika Bogurodzica jest nie wykonalna . Kazaliśmy mruczeć pod nosem byle żałobnie. W dniu imprezy lekcje były skrócone – miały się zakończyć około 11.00 . Do klas wchodziliśmy w przebraniach . Nawet Luta – groźna profesorka od matematyki nie mogła powstrzymać nikłego uśmiechu na widok mnichów w trampkach ( te trampki to po to, żeby wejść na salę gimnastyczną , bo tylko takie obuwie było dopuszczalne) . Do sali gimnastycznej wchodziliśmy w jakiejś ustalonej przez porządkowych kolejności . Większość robiła to z hukiem , głośno ; ze śpiewem lub wykorzystaniem instrumentów muzycznych . Był obóz cygański, krasnoludki , trzy dwory Klaudiusza , bo akurat pierwszy raz wyemitowano w tv serial „Ja Klaudiusz „ więc temat był na czasie, jacyś piraci – wszyscy głośni i kolorowi. Kiedy przyszła nasza kolej ustawiliśmy się w rzędzie z zapalonymi świecami , po czym zapadła cisza . Na znak dany przez E, mnisi pochód ruszył do sali mrucząc coś żałobie pod nosem każdy sobie. To mruczenie odbite echem kilkumetrowej wysokości sali , całkiem udanie zaimitowało chorał gregoriański . Jurorzy i młodzież która wcześniej weszła na salę zamilkła z wrażenia. Okrążyliśmy salę dookoła , następnie zawróciliśmy przed jury , przed którym na chwilę się zatrzymaliśmy po czym podnosząc w górę oczy i ręce wydeklamowaliśmy chórem łacińskie „ memento mori” i skierowaliśmy się na swoje miejsce. Już samo to wystarczyło, żeby jury wyło ze śmiechu a kiedy jeszcze spojrzeli na plecy kolegi zamykającego pochód – najwyższego w klasie , w przykrótkim habicie , któremu pozostali koledzy przypięli do pleców kartonową tabliczkę z napisem „Rasputin love machine” wrzawie, brawom i salwom śmiechu nie było końca. Konkurs wygraliśmy . Czterokilogramowa torba cukierków trafiła w nasze ręce. Dzięń Młodzieży minął , czas zabawy zastąpiła intensywna nauka do matury a Dzień Młodzieży na długie lata wpisał się w tradycje szkoły . Czy dziś jeszcze jest obchodzony ? Przypuszczam , że tak , każdego roku w pierwszym dniu wiosny kręcą się po mieście przebierańcy, choć do naszego pochodu mnichów im daleko. .

 

piątek, 20 marca 2026

20.03.2026 Obserwacje warszawsko-hotelowe, pokoncertowe

 Jak człowiek ma luz to sobie obserwuje ten świat , a jak coś obserwuje to na pewno coś zobaczy. A my trochę luzu mieliśmy. Kolejnych parę lat minęło odkąd byłam w centrum Warszawy i nic się nie zmieniło. Jak był bałagan na ulicach tak jest nadal, nie przybyło nawet koszy na śmieci, a różne pety, torebki foliowe i opakowania po jedzeniu walają się po ulicy. Chodniki nadal są nierówne i pozapadane  Ściany budynków jak były szare i pomazane przez graficiarzy tak są nadal i nadal różni menele zaczepiają przechodniów. Nie zmieniło się nic co by chociaż trochę poprawiło moją opinię o tym mieście. Nie ma się czym zachwycać. Z dworca do hotelu jechaliśmy taksówką. Tu akurat narzekać nie mogę, w aucie czyściutko, przygotowane ciasteczka i napoje dla pasażerów (zapewne jak w hotelu za dodatkową opłatą, ale były), pani taksówkarka zabawiała rozmową a nawet , gdy zdradziliśmy powód przyjazdu poszukała w smartfonie zespół Epica i nam włączyła muzykę. Owszem przejażdżka kosztowała 100zł. Cenią się taryfiarze w stolicy. Następnego dnia przed powrotem mieliśmy prawie trzy godziny wolnego więc postanowiliśmy pokręcić się po słynnych Złotych Tarasach. Przereklamowane . Nie ma tam nic ,czego nie byłoby w naszej prowincjonalnej Karuzeli, a do galerii "Posnania" nie mają nawet startu. I na dodatek poszliśmy sobie na kawę i ciastko i też porażka. Kawa dobra , ale ciasto ... ten co je piekł prawdopodobnie już nie żył w chwili gdy nam je podawali. Warszawa nie zachwyca też elegancją. Ludzie ubrani w jakieś nudne , niczym się nie wyróżniające ciuchy przeważnie w niepowtarzalnym kolorze worka od cementu. A jedna co się wyróżniała, nie dość, że włożyła gacie na rajstopy , to jeszcze zapomniała założyć kiecki. Tak to wyglądało. To oczywiście były przeszycia na leginsach w kształcie majtek zbliżonych fasonem do stringów ale w komplecie z cicikową kurteczką do pasa wyglądało co najmniej kuriozalnie, zwłaszcza, że dziewczę było chude jak patyk. Co więcej ? Ano, w hotelu przy śniadaniu popatrywałam sobie na młodzież. Dużo się tam małolatów różnych kręciło. I co mogę powiedzieć. Nie wszyscy oczywiście ale całkiem sporo nie umie się zachować w hotelu. Co z tego, że hotel niskobudżetowy, dobre wychowanie nakazuje schodzić na śniadanie w ubraniu a nie piżamie. A tak odzianych namierzyłam co najmniej kilkoro. Młodzi nie umieją jeść nożem i widelcem , ba, nie używają noży poza posmarowaniem chleba. Popatrzyłam też co wrzucają na talerze. Było sporo takich co wybierali zdrowe jedzenie; warzywa , wędlinę, ziarnisty chleb, owoce itp. Ale zdecydowana większość słodkie w dużych ilościach albo tylko kiełbasę i chleb bez dodatków, a dojrzałam i takich co sobie chińskie zupki zalewali wrzątkiem z ekspresu. Nawyki z domu, bo jak inaczej ? Mało który też wchodząc do windy lub do jadalni powiedział "dzień dobry". Co robili rodzice tych młodych ludzi ? Bo raczej o ich wychowanie za nadto nie dbali. Ale może ja za stara już jestem i nie rozumiem, że terez tak trzeba ???

A dziś się trochę działo. Załatwiłam mnóstwo spraw matki i przy okazji się dowiedziałam paru ciekawych rzeczy ale o tym jutro. 

czwartek, 19 marca 2026

19.03.2026 Nie da się ukryć ! jestem prawdziwą fanką

Jak się już domyślacie będzie koncertowo. Działo się oj działo ! Wtorkowy wieczór spędziliśmy na warszawskim Torwarze na kolejnym koncercie , a dokładniej to takim koncercie 3w1 , bo oprócz naszej wyczekiwanej Epica udział wziął zespół Amaranthe z Elize Reed i Charlotte Wessels , dawna solistka zespołu Delain. Torwar jak Torwar , za wiele się nie zmienił od ostatniego , trochę go tylko podrasowali a niewygodne krzesła, wąskie i koślawe zostawili i wyremontowali toalety, co i tak należy im się za to duży plus, bo były w stanie opłakanym. Hotel zarezerwowałam ten co zwykle , nie zbyt wysokich lotów Ibis Budget. Na jedną noc akurat ; ciepło, czysto, śniadanie w cenie i największa zaleta : jakieś 500m od Torwaru. Nie ja jedna , bo jak się okazało to zjechali się tam niemal wszyscy miłośnicy gotyckiego rocka i jak zwykle na tych imprezach od razu wszyscy byli „swoi”. Atmosfera zabawy i oczekiwania już od wejścia do hotelu. Mieliśmy do 18.30 trochę czasu wiec sobie krótki spacer zrobiliśmy przed koncertem i ucięliśmy kilka pogaduch z bywalcami. A potem był czas się szykować na wydarzenie. Tym razem wybrałam stylizację mocniej w stronę metalu. Czarne spodnie bojówki ( niestety nie dałam rady doczepić do nich łańcuszka, bo mi się popsuło zapięcie a nie było czym naprawić), czarną bluzkę z sznurówkami na całej długości rękawów i biżuterię z granatów i kwarcu dymnego. Szeroką bransoletę, najnowszy mój nabytek, jeszcze jej  nie pokazałam -ale nadrobię, wiktoriański naszyjnik też z granatami i pierścień z dużym, czarnym kwarcem. Małżonek włożył czarne dżinsy, śliwkową koszulę bez krawatu i czarną marynarkę. Czyli wszystko zgodnie z kanonem. Bywalcy przyszli na koncert też odpowiednio wystylizowani. Królowała jak zawsze czerń, motywy gotyckie typu czaszki, krzyże, czarne koronki , łańcuchy i inne oraz koszulki ulubionych zespołów różnej maści. Namierzyłam Epica, Nightwisch , Arteon, Amaranth a nawet Metallica i naszego osławionego Behemota           (tego od Nergala). Odszukaliśmy miejsca i znów okazało się , że trafiłam idealnie z biletami, bo na wprost sceny. Sala tym razem nie była wypełniona po brzegi. Trudno powiedzieć co na to wpłynęło, może fakt, że to środek tygodnia, może ceny biletów albo jeszcze coś innego. Pełno było tylko na płycie , gdzie były miejsca stojące, w naszym sektorze B , sektor A był wypełniony tak w połowie a reszta rozrzucona po pozostałych. Tak na oko , ze 2 i pół tysiąca ludzi. Koncert zaczął się o czasie występem Charlotte Wesseles i jej zespołu Obssesion , mocnym typowo metalowym brzmieniem i właściwie bardzo klasycznym. Charlotte dwukrotnie użyła swoich możliwości głosowych operowej sopranistki. W zespole Delain , gdzie zaczynała karierę śpiewała właśnie ćwiczonym sopranem. W swoim solowym projekcie mniej korzysta z tej możliwości. Wspiera ją wokalem jeden z basistów. W sumie dali bardzo energetyczny a przy tym melodyjny koncert połączony z efektami świetlnymi z wykorzystaniem laserów, jak zresztą i pozostałe zespoły ale dopiero Epica dała w tym względzie czadu naprawdę. Ten pierwszy support nie był długi, tylko osiem utworów. Filmik , który wrzuciłam , nie jest jakiś szczególny ale spójrzcie na tę postać na płycie! Co tam się dzieje! Ten młody fan wykonujący w rytm muzyki te przedziwne ekspresyjne ruchy ! On tak przez cały koncert! Obserwowałam go trochę i musze przyznać, że dawał radę , nawet składnie. Przećwiczył chyba , bo sekwencje jego ruchu się powtarzały co jakiś czas. 


Potem nastąpiła krótka przerwa techniczna na zmianę dekoracji, bo do występu szykował się zespół Amaranth. W błyskawicznym tempie powstała dekoracja rodem z obcej planety. Amaranth gra taki trochę metal przyszłości , nawiązujący do fantastyki naukowej, literatury w stylu Lema czy też filmów science fiction  z akcją w kosmosie. Cała oprawa występu była utrzymana w tej konwencji, łącznie z pokazem laserów i strojami ekipy nawiązującymi do serialu Star Trec. Czarne skóry, długie proste płaszcze , skórzane peleryny itp. Muzyka mimo ostrych riffów i potężnego podkładu perkusyjnego wzmocnionych jak na utwory traktujące o przyszłości w kosmosie przystało, dźwiękami elektronicznych sentyzatorów  okazała się bardzo melodyjna. Wokalistka Elize Reed nie ma takich możliwości głosowych jak jej koleżanki z zespołów gotyckich ,nie śpiewa w konwencjach operowych , ale głos ma mocny i dobrze potrafi go wykorzystywać. Momentami siłą głosu  przebijała instrumenty. Wspomagają ją w występach dwa męskie głosy jej kolegów w tym jeden ochrypłym , ciężkim growlem. Osobiście lubię ten efekt w utworach. Dodaje utworom mroku i tworzy klimat. Metal trochę z innej bajki ale spodobał mi się . Chyba częściej ich posłucham , bo jak dotąd to skupiałam się na klasycznym gotyckim rocku a inne w tym w/w Amaranth tak przy okazji.  




 Po tym kosmicznym metalu w wykonaniu Amarnth nastąpiła znów przerwa , tym razem półgodzinna , znów na zmianę dekoracji i przygotowanie kolejnej części. W przerwie  zeszliśmy do hallu na najniższym poziomie, gdzie było stoisko dla fanów. Zwykle tego nie robię , ale tym razem sobie nie odmówiłam kupiłam koszulkę Epica a małżonek DVD z fragmentami najlepszych płyt i teledyskami zespołu. Ale przecież jestem ich fanką więc jakiś gadżet mi się należał ( małżonek ma koszulkę Within Temptation) , a co! jestem prawdziwą fanką ? Jestem! Publiczność wróciła na swoje miejsca , przygasły światła i nagle wśród potężnego grzmotu i laserowych promieni pojawiła się zjawiskowa Simone Simons.  Zespół promował swoją nową płytę „Aspiral” ale w repertuarze znalazły się też ze 3 starsze kawałki. Może nie te najstarsze ale z dwóch poprzednich płyt. Nie zagłębiałam się tym razem zbyt mocno w treść tej płyty i przesłania z nich idące. Po prostu skupiłam się na słuchaniu i podziwianiu umiejętności wokalnych , muzycznej perfekcji i efektów świetlnych.  Występ  podobnie jak i dwa poprzedzające  nawiązywał do fantastyki naukowej . Zdradzały to efekty dodatkowe w postaci laserów , gry świateł, grzmotów, efektów wyładowań atmosferycznych i spadających gwiazd oraz sceniczne kostiumy. Simone dała pokaz swoich umiejętności wokalnych. Śpiewa pięknym klasycznym mezzosopranem i w przeciwieństwie do większości wokalistek wykorzystuje to zawsze. W zespole grają jeszcze dwaj basiści , z tego jeden śpiewający – a tak, grawlem , perkusista i klawiszowiec . Ten ostatni na tym wtorkowym koncercie grał na jakimś dziwnym , bo wygiętym półkoliście keyboardzie i podobno nawet zszedł z nim pomiędzy publiczność i grał tam pomiędzy ludźmi na płycie. Przyznam się, że nie zauważyłam tego , ale też nie przyglądałam się specjalnie temu co działo się na płycie. Skupiłam się na muzyce , śpiewie i pokazie laserów. Zatopiłam się w tym ogromie dźwięku i mocy i tylko tyle. Jeden z kawałków Simone wykonała wspólnie z Elize z Amaranth. Koncert był piękny. Jak zwykle mogłabym słuchać i słuchać. Wiem ,ta muzyka nie jest dla każdego , trzeba ją pokochać i czuć jej moc. Nie wszystkich taki styl zachwyca. Ja to wszystko wiem , ale na stare lata się w tym zakochałam po prostu. Już całkiem dawno, bo odkąd poznałam ten gatunek minęło już dobrych 15 lat albo więcej i jak dotąd wciąż mnie to porywa i wciąż odkrywam w tej muzyce coś nowego. I paradoksalnie w młodości nie lubiłam ciężkich brzmień. Ta fascynacja przyszła z latami. Co tu dużo pisać , wyszliśmy nieco ogłuszeni ale zachwyceni i tak, zrelaksowani. Coś w tym jest, że ta muzyka pozwala pozbyć się stresu. Podobno były nawet jakieś badania naukowe pod tym kątem prowadzone. Jedyny mankament , to znów dźwiękowcy , którzy uznali, że im głośniej tym lepiej i momentami słychać było przesterowania, co przy ciężkich brzmieniach nie jest zbyt przyjemne dla ucha i niewygodne siedzenia, ale to standard na Torwarze. Ja miałam jeszcze dodatkowe efekty dźwiękowe, bo obok mnie siedziały jakieś dwie małolaty i darły się i piszczały po każdej piosence. Przyznać jednak im muszę, że znały słowa piosenek na pamięć i podśpiewywały razem z zespołem. Jedna z nich nawet całkiem dobrym sopranem. Wyszłam bardziej ogłuszona tym ich wrzaskiem niż muzyką. To tyle na dziś . Jutro napiszę jeszcze parę słów o moich obserwacjach hotelowo- warszawskich  i może jeszcze jakiś filmik dołożę. 

.





środa, 18 marca 2026

18.03.2026 Wróciliśmy

 zadowoleni i odprężeni , ale relacja z koncertu za dzień - dwa. Najpierw muszę sobie przygotować filmiki i poukładać wrażenia. Działo się ! Pora wracać do szarej rzeczywistości. Dzięki temu wyjazdowi tydzień mi się skraca. Nie powiem , cieszy mnie to, bo w sobotę jak zwykle ogródek. A tymczasem dziś po przyjeździe zauważyłam zmiany w biurowym ogródku. Kwitną już wszystkie irysy !A wczoraj było ich kilka. Zrobiło się niebiesko i od razu weselej. Pora też ruszać z świątecznymi pracami.