a wszystko przez brak czasu i mój wariacki tryb funkcjonowania. A wyszliśmy dziś z pracy pół godziny wcześniej. Było tak duszno i gorąco a poza tym sezon ogórkowy więc w piątkowe popołudnia w firmie żywa dusza się nie pokazuje to nie było sensu siedzieć. Wydawałoby się, że można coś zdziałać w tym zaoszczędzonym czasie, ale nic z tego. I zostało jak wczoraj. Kamienie nabyte na wystawie leżą wszędzie i czekają na obfotkowanie ( może jutro zanim ruszymy na działkę), artefakty z huty szkła nawet nie rozpakowane i ogólny bałagan jeszcze powyjazdowy. I tak udało mi się coś nie coś wyprać i schować walizkę. Tydzień po powrocie z wyjazdu dosłownie śmignął. Nawet na działkę mieliśmy czas wskoczyć tylko raz. Czas pochłania nam praca a mnie dodatkowo opieka nad matką, a to jazda bez trzymanki. Ale to u nas standard. Wczoraj pojechaliśmy na kawę i ciasteczko do cukierni, gdzie pracuje nasza wnuczka żeby jej sprawić przyjemność. Zatrudniła się na miesiąc. Bardzo się ucieszyła, że ją odwiedziliśmy. Uwijała się za ladą w różowej koszulce z logo cukierni. W jej wykonaniu różowa koszulka to duże chyba duże poświęcenie , bo nie lubi tego koloru od "maluszka". Trafiliśmy akurat na ruch, bo oprócz kawy i słodkości cukiernia oferuje też chleb i bułki własnego wypieku a rano kanapki na śniadanie. Akurat po południu było zapotrzebowanie na ciasto na wynos i chleb więc dziewczyny miały co robić. W trakcie naszej nieobecności działką zajmował się starszy wnuczek. Korzystając z okazji zrobił sobie grill z kolegami i nawet nocowali na działce, ale rozbili sobie namiot. Czemu nie? Posprzątali , nawet w domku pozamiatali i wynieśli śmieci. A w ogóle to wnusiu dostał się do swojej wymarzonej szkoły do VW, gdzie będzie się uczył w zawodzie mechanik maszyn precyzyjnych. Zaplanował sobie, że zrobi I i II stopień , a potem zdecyduje co dalej czy studia inżynierskie czy jak miał pierwszy pomysł kariera w policji i szkoła oficerska. Dobry plan moim zdaniem, ma czas, a gdyby coś nie poszło zgodnie z planem, to ma zapewnioną pracę w VW. Wcale nie łatwo się do tej szkoły dostać. W tym roku były tylko 22 miejsca a chętnych blisko 100. Cieszymy się ! Wybieraliśmy się dziś na koncert z cyklu "Piątki z jazzem i nie tylko" , bo dziś miał być Quin - trybut oczywiście a to jak dotąd najlepsze co nasz burmistrz w ramach miejskiej rozrywki wymyślił, ale do skutku nie doszło. Burza popsuła zabawę, bo to koncerty na świeżym powietrzu. A poszalała dzisiaj trochę i nawet spadło całkiem sporo deszczu. No cóż, może z muzyką The Beatles za dwa tygodnie wyjdzie i na sam koniec wakacji z balladami bardów z naszej młodości...To tyle nowości powyjazdowych u mnie. Na jutro i niedzielę plany mamy działkowe z noclegiem więc jeśli mnie nie będzie tu jutro to dlatego, że działka rządzi. Miłego weekendu.
Szafunierka babusi Marychy
babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy
piątek, 17 lipca 2026
czwartek, 16 lipca 2026
16.07.2026Obrazki - ciąg dalszy
Dziś kilka fotek z samej wystawy i uzupełnienie wczorajszej prezentacji z huty szkła. Osobno pokażę nasze zdobycze , ale chyba dopiero jak zmienię telefon. Mój niestety dożywa swoich dni i żadne wspomaganie oraz interwencje moich technicznych chłopaków nie są w stanie postawić go do pionu , ale zobaczę co się da zrobić . A tymczasem widok na stoisko pełne geod kwarcowych
Widok na to samo kolekcjonerskie stoisko z innej perspektywy
środa, 15 lipca 2026
15.07.2026 Dziś obrazki
Na razie pod hasłem "inne atrakcje" a jeśli zdążę to jutro będą obrazki z wystawy i nasze trofea. Jeśli nie zdążę to jakiś codzienny wpis o tym co tu i teraz.
Bolesławicka Brama Przyjaźni. Jeśli zrobicie sobie zbliżenie to na jednej z płytek po prawej stronie jest taki właśnie napis. Wszystkie te płytki wykonano w fabryce produkującej bolesławicką ceramikę specjalnie w celu stworzenia tej bramy. Nie wiem czy faktycznie tak było , ale taką historyjkę opowiadaną komuś podsłyszałam. I jeszcze jedna ciekawostka: Chińczycy produkują podróbki "Bolesławca" a żeby nie podpaść z powodu piractwa jakąś zabitą deskami wieś nazwali Bolesławiec, że niby to z tamtej wsi pochodzi ich produkcja... Bez dalszego komentarza w tej sprawie.
Jutro lub po jutrze obrazki z wystawy . CDN.
wtorek, 14 lipca 2026
14.07.2024 Agatowe Lato c.d.n.
Sobota , jedenastego powitała nas słoneczną pogodą choć nieco chłodniejszą. Idealnie na cały dzień chodzenia. Po śniadaniu pojechaliśmy od razu do Lwówka. Za wielu zwiedzających nie było więc i tym razem zaparkowaliśmy blisko rynku. Przybyło trochę stoisk. Bez pospiechu więc krążyliśmy wśród wystawców, znów witając się ze stałymi bywalcami. Tak sobie krążąc trafiliśmy do staoiska szlifierza. Zwykle było ich kilku ale tym razem tylko jeden. Miał w kartonach poukładane tzw. jaja i za opłatą ciął je na pół. Wybraliśmy trzy. Jeden agat z Argentyny i dwa z Maroka. Po przecięciu pokazały całe swoje piękno. Na razie nie wymyśliłam gdzie będzie ich miejsce ale na pewno jakieś widoczne. Na kolejny stoiskach kupiliśmy jeszcze kilka innych agatów z różnych stron świata w tym i nasze polskie, które niczym nie ustępują tym egzotycznym a często są piękniejsze. Po kolejnej rundce wokół stoisk wypatrzyliśmy jeszcze kilka ciekawych artefaktów. Już poprzedniego dnia rzucił mi się w oczy labradoryt - spektrolit ale nie taki zwyczajny czerwonawo- brunatno - żółtawy ale fioletowy. Unikatowy a babeczka miała tylko trzy takie egzemplarze i to były jedyne na całej wystawie. Jeden z nich uświetni naszą kolekcję. Znaleźliśmy też kawałek mokaitu , ale mały i nie tak atrakcyjny jak ten , który wybarwieniem przypomina zachód słońca nad jeziorem i bawole oko. Kwarc w kolorze czerwonym. Przypomnę, że to rodzony brat tygrysiego oka i sokolego oka tylko z innymi domieszkami. Bryłka nie jest jakaś okazała , ale też nie było nic innego , a bawolego oka jeszcze nie mieliśmy. I na koniec prawdziwy unikat. Jaspis krajobrazowy , oprawiony jak obrazek czy też rzeźba przedstawiająca skraj lasu, łan zboża a nad nim burzowe chmury. I nie jest to nic sztucznego. Natura sama tworzy takie widoki zaklinając je w kamień. Nasz jest nie wielki , jakieś 12 na 8cm. Mieliśmy prawdziwy dylemat ,który z nich wybrać, a miał ich wystawca siedem sztuk. U innego dostawcy były dwa, ale dużo większych rozmiarów , tak mniej - więcej wielkość pomiędzy pocztówką a zeszytem A5 i ze dwa cm grubości. Pewna starsza pani tak się nim zachwyciła, nawet nie próbowała obniżać ceny. Po prostu wyjęła te 790zł, które zażyczył sobie sprzedający. I tyle białych kruków. Spotkaliśmy jeszcze kolekcjonerkę - pasjonatkę od krórbej kupiliśmy ogromną oszlifowaną płytkę agatu z naszych Płuczek. Ta stanie w biurze. Na koniec jeszcze, chyba już tradycyjnie wzbogaciłam się o kolejny naszyjnik, uwaga ! z czarnych, nieoszlifowanych opali. Zawsze mi się marzyły czarne opale. Na pierwszy rzut oka wygląda dość niepozornie, ale wystarczy , że padną na niego promienie światła i wtedy dopiero widać efekt. Udało nam się też kupić kilka stojaczków do eksponowania kamieni, kilka drobiazgów do naprawy naszyjników i dwa oksydowane łańcuszki do zawieszek. Co więcej mogę powiedzieć; wystawa się skomercjalizowała. Jeśli ktoś się nastawił na kupno taniej biżuterii jaką można dostać w każdym sklepie jubilerskim to pewnie wyszedł zadowolony. Było tego dużo i w powtarzalnych wzorach. Nic szczególnego. Ciekawą ofertę jak zwykle mieli Hindusi, choć u nich też królowały agaty. Mieli też kamienie jubilerskie wszelkich rodzajów , przepięknie szlifowane, od malutkich jak łebki od szpilek po ogromne kilkudziesięcio karatowe. Z ciekawostek , jaskrawo pomarańczowy opal ognisty. Znaliśmy ten kamień od dawna , ale pierwszy raz widziałam go w wersji jubilerskiej, oszlifowany w fasetki i bardzo wysokiej czystości. U Hindusów lubię to, że każdy taki kamień , nawet wielkiej wartości można wziąć do ręki i oglądać go jak długo się chce. Nie niecierpliwią się i nie marudzą, żeby uważać albo coś w tym rodzaju. Zabrakło na wystawie tych prawdziwych poszukiwaczy, którzy jeżdżą w odległe kraje szukać okazów i wielu kolekcjonerów, którzy bywali dawniej na wystawie. Zostało zaledwie kilku i nie było też szlifierzy oprócz tego jednego, u którego cięliśmy agaty z Argentyny i Maroka. Na koniec jeszcze kupiliśmy pamiątki dla wnucząt, zrobione ręcznie przez kolekcjonerkę miniaturowe kopalnie kamieni. Na kamiennych płytkach znalazły się skały, miniaturowy górnik z mosiądzu, miniaturowy wagonik wypełniony kamieniami, stojący na miniaturowych torach i górka urobku w postaci kolorowych drobinek kamiennych w różnych kolorach. Cudeńko. I nie z Chin. Chcieliśmy zwiedzić wystawę agatów i obejrzeć kolekcje wystawiane przez zbieraczy ale była ogromna kolejka do wejścia. Zamiast poszliśmy na stoisko naukowe, gdzie kilkoro studentów i jedna pani profesor z wrocławskiej geologii opowiadali o właściwościach, poszukiwaniach i wykorzystaniu kamieni. Było ciekawie. Odnieśliśmy do auta nasze zdobycze kamienne i wróciliśmy na stoiska towarzyszące. Na spożywczych kupiłam wodę różaną, kilka przypraw i turecką herbatę oraz prozaiczne wędzone boczek i słoninę. Zdegustowaliśmy też wino z konopii. Wino jak wino, ale ten co sprzedawał ... Hmmm - w klimacie Boba Marleya . No dobra, nie chce napisać wprost... A potem poszliśmy na stoiska ogrodowe. Już wcześnie wypatrzyliśmy kilka ciekawych kwiatków do ogrodu. Plan był żeby kupić dwie doniczki krwiście czerwonej pysznogłówki. Ale tym razem nie było. Owszem we wszystkich odcieniach różu i nawet ciemnym fiolecie ale czerwonej nie było. Za to były inne , jeżówki, słonecznice, rudbekie i krwawniki. I jeszcze mnóstwo innych , ale wybraliśmy w kolorach ognia. Szansa, że jak się rozrosną to jednak mój ogród purpury i ognia powstanie. Resztę popołudnia spędziliśmy w Bolesławcu, na kawie i lodach a później na kolacji. W niedzielę nic już się nie wydarzyło. Spakowaliśmy nasz turystyczny dobytek i wyruszyliśmy w drogę powrotną. W domu byliśmy około 16.00. I oczywiście pojechaliśmy na działkę posadzić kwiatki. Trzymają się. Prezentacja kamieni i innych zdobyczy w następnym wpisie.
poniedziałek, 13 lipca 2026
13.07.2026 Agatowe Lato
tym razem nazwa imprezy adekwatna do wystawy i to dosłownie, ale po kolei. W czwartek , dziewiątego wyjazd, trochę po 10.00. Po uprzednim ogarnięciu matki i udzieleniu ostatnich rad synowej w kwestii panowania nad tym chaosem i męskim personelem. Ktoś musi, a synowa niebawem godnie mnie zastąpi, bo ma do tego predyspozycje. Jechaliśmy jak to my, bocznymi drogami i okazało się to bardzo dobrym pomysłem , bo pomijając ładne widoki, ruch na tych drogach był niewielki. Dojechaliśmy bardzo szybko, bo już ok. 15.00. I uwaga ! Tym razem nie wpadliśmy w "trójkąt kraśnicki" (cos na kształt bermudzkiego) gdzie nawigacja traci orientację i wyprowadza na manowce. Już po drodze zauważyliśmy, że nasza ulubiona knajpka "Kamionkowa Chata" ograniczyła działalność do imprez zbiorowych. Było nieczynne, a szkoda. Nic straconego jednak , bo na naszej stałej kwaterze dużo zmian. Nowe szefostwo, nowy wystrój, nowy, porządny ekspres do kawy, większy rozmach i czynna stołówka. Akurat lepili ruskie pierogi i załapaliśmy się na solidny obiad. Świeżutkie, dwa razy większe niż ja robię na Wigilię i polane pyszną, przesmażoną, wędzoną słoninką. Do tego w cenie porcji kompot. Objedliśmy się po uszy. Dawno takich pysznych pierogów nie jedliśmy. Smakowały jak dzieciństwie u babci. W czasie gdy jedliśmy przyjechało stare szefostwo, rodzice obecnej właścicielki. Przywitaliśmy się z nimi naprawdę serdecznie, bo znamy się już ładnych parę lat. Po zakwaterowaniu się pojechaliśmy do Bolesławca pokręcić się rynku, posiedzieć przy fontannie, pogapić na kamieniczki przecudnie oświetlone i wypić turecką herbatę w tureckim bistro.W wyniku tego szwendactwa małżonek wzbogacił się o nową koszulę, szaro-łękitną z granatowymi przeszyciami i dwa krawaty do kolekcji. Po tej porcji pierogów nie chciało nam się jeść kolacji więc z najlepszego kebabu zrezygnowaliśmy, zostaliśmy przy herbacie. Akurat tam kebab mają rewelacyjny. Nie przepadam za takim jedzeniem ale tam mi smakuje. Wróciliśmy przed dwudziestą trzecią.
W piątek , dziesiątego zaczynała się wystawa , ale według rozpiski dopiero o 15.00. Jak się jednak okazało zaczęła się już od 10.00. Nieświadomi tego po śniadaniu pojechaliśmy do huty szkła Borowski a potem do centrum ogrodniczego. W hucie byliśmy już kilka razy. I tym razem też nie wyszliśmy pusto. Kupiliśmy kolejne kolekcjonerskie bombki , tym razem w odcieniach fioletu i dwa szklaczki a jakże. Skrzacika i rybkę. I tu uwaga ! Rybka jest zrobiona ze szkła mrozoodpornego i jest to jedyny egzemplarz na świecie. Szef wykonał próbkę , próbka trafiła na regał z innymi szklaczkami (figurki ze szkła , najmniejsze mają 1,2cm) przeznaczonymi do sprzedaży jako pamiątki i na razie nie wiadomo, czy będzie produkowana. Wypatrzył ją małżonek i tym sposobem staliśmy się posiadaczami eksponatu unikatowego na skalę światową.
W centrum ogrodniczym nie było tym razem nic ciekawego więc wyruszyliśmy do Lwówka Śląskiego na wystawę. Udało nam się znaleźć miejsce parkingowe blisko rynku i tu już okazało się, że impreza trwa w najlepsze. Plan był jak zwykle; w piątek oglądamy, w sobotę kupujemy. Nie wyszło. Wracam do tytułu. Agatowe Lato, tym razem nieco rozczarowało. Myślałam ,że to tak w pierwszy dzień ale nie. Nazwa imprezy okazała się tym razem adekwatna. Mniej - więcej 50 procent ekspozycji to były agaty , mniej - więcej 40 procent to jubilerska masówka jak z Apartu czy innych Briju i tym podobnych - drogie i mało ciekawe i pozostałe 10 procent też mnie- więcej, to inne kamienie. Takich unikatowych , białych kruków jak jeszcze kilka lat temu nie było. A jeśli już , ktoś wystawił jakiś okaz to raczej z kamieni powszechnie znanych: ametystów, kryształów górskich czy różowego kwarcu. Królem tegorocznego lwóweckiego lata był w tym roku agat z Malawi. Owszem piękny , w rdzawo - szaro-pomarańczowych barwach , prawie zawsze z otwartą geodą w środku, wybarwiony warstwowo niemal jak na precyzyjnym rysunku kredkami. Cudowny! Niestety na bazie mody w niebotycznej cenie , nawet najmniejsze bryłki zaczynały się od kilkudziesięciu złotych. Równie dużo było agatów z Maroka i Argentyny. Te nie były już tak drogie. Trafiliśmy też na agaty z Chin i Meksyku. No i cała gama naszych, polskich. Świat miłośników kamieni jest w gruncie rzeczy zamknięty. Spotkaliśmy mnóstwo ludzi, bywałych na poprzednich imprezach i giełdach poznańskich. Oczywiście od razu wpadło nam w oko lika różnych okazów kamieni. Pusto nie wróciliśmy, bo przecież agaty to bezwarunkowa miłość mojego męża. Kręciliśmy się po stoiskach, oglądaliśmy i jak coś nam w oko wpadło, to albo kupowaliśmy od razu albo zostawialiśmy decyzję na sobotę. Nie było za dużo zwiedzających więc przyjemnie się krążyło po wystawie i oglądało, bez zbędnych przepychanek. Obiad zjedliśmy w restauracji Rycerskiej w podziemiach lwóweckiego ratusza. Wystrój eklektyczny - niemal wszystkie epoki, ale z nawiązaniem do sali w rycerskim zamku. Mają rewelacyjne jedzonko i nie żałują go swoim gościom. Zupa ogórkowa i placki ziemniaczane były przepyszne. I wcale nie drogie. Żadne paragony grozy w tej knajpce głodomorom nie zagrażają. Pod wieczór udaliśmy się w kierunku auta , po drodze "zwiedzając" stoiska z kwiatkami do ogrodu i innymi towarami. Zaopatrzyłam się w skórkowe sandałki , takie jak dawno temu niemal wszędzie sprzedawali górale jako rozszerzenie oferty kierpców i sakiewek. Nosiłam takie przez kilkanaście lat aż zniknęły w zalewie niby -góralskich klapek produkowanych w Chinach. Miałam fart po prostu. Upatrzyliśmy sobie jeszcze kilka innych rzeczy, które postanowiliśmy kupić w sobotę po zwiedzeniu stoisk z kamieniami. I oczywiście kwiaty. Tych było całe mnóstwo i to takich , o które u nas trudno. Wychodziliśmy bogatsi o piękny błękitny opal i kilka agatów. Te ciekawsze okazy wyszukaliśmy następnego dnia. Ale o tym w następnej relacji. cdn
niedziela, 12 lipca 2026
12.07.2026 Wróciłam !
A co widziałam i co przeżyłam opiszę w najbliższych dniach i jeszcze fotki pokażę ! Dziś ogarniam się powyjazdowo , no i jak to u mnie od razu dopadła mnie szara rzeczywistość !
środa, 8 lipca 2026
8.07.2026 Do... napisania !
Gotowi do podróży. Wyruszamy jutro około 10.00. Mam nadzieję, że nic się nie wydarzy i przynajmniej parę dni odsapnę. Zorganizowałam wszystko najlepiej jak się dało. Walizkę spakowałam, mężuś plecak przydasiami na wszelkie okoliczności, auto zatankowane i możemy ruszać.
Z codziennych spraw przytarłam swoje auto - niedawno odremontowane, opiszę przy innej okazji. A do małżonka dotarła w końcu paczka (po przepychankach z urzędem celnym i górą papierzysk) z zamówionym zegarkiem. Ma już nie złą kolekcję , ale ten jest wyjątkowy ; tarcza z prawdziwego kamienia, pięknego tygrysiego oka - pod naszą kolekcję.
Do zobaczenia-napisania za kilka dni ! 🖐🖐🖐😎





















