babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

wtorek, 9 czerwca 2026

9.06.2026 Było - minęło...

Przyznać się muszę, że denerwowałam się trochę przed tym wyjazdem. Z powodu matki. D, jej opiekunka wprawdzie jest profesjonalna, ale jednak miałam obawy. Głównie dlatego, że ostatnio matka się potłukła i to groźnie. D. wywiązała się wprost idealnie, dopilnowała wszystkiego jak trzeba i nawet zadzwoniła w trakcie pobytu, żeby mi o tym powiedzieć. Wyjazd tradycyjnie jak co roku dzień przed świętem, co daje nam tę przewagę, że nie było wielkiego tłoku na drogach i sprawniej się jedzie. A jechało nas dużo, bo dodatkowo koledzy i koleżanki naszej młodzieży. Z nami zabrał się kolega naszego starszego wnuczka i on sam. Z jego rodzicami jechały dwie dziewczyny z ich paczki. Z wnuczką i jej rodzicami zabrała się przyjaciółka wnuczki. Młodzieży już trochę nie po drodze tylko z dorosłymi. Najmłodszy z wnuków i tak miał koleżanki, bo na przyczepkę jechali sąsiedzi naszej młodzieży z dziećmi. Ci dojechali następnego dnia, tak jak i nasz pracownik z partnerką i jeszcze jedni na przyczepkę w ilości 5 sztuk. Wyjechaliśmy dość wcześnie i na miejscu byliśmy już około 16.00 z minutami. Młodzież podobnie. To popołudnie poświęciliśmy na rozpakowanie i odpoczynek. Pokręciliśmy się po miasteczku, poczytaliśmy, poszliśmy na kawę i przywitać się z  właścicielem ośrodka, takie tam… Piękny widok na jezioro z tarasu domku, który tradycyjnie już zamieszczałam w postaci fotki przy każdej relacji z wyjazdu, w tym roku zasłoniła nam – ni mniej - ni więcej, tylko stodoła wybudowana wprost na plaży. Ogromnych rozmiarów. Teoretycznie siedziba WOPR ale faktycznie są tam jakieś budy z gastronomią i prawdopodobnie będzie hotel. Potem dowiedzieliśmy się, że postawili ją nielegalnie, zainteresował się tym NIK i w ogóle jest to jakiś przekręt. Jak się skończy ?  Może się dowiemy za rok. Następnego dnia zapowiadali wiatr i było święto więc specjalnie niczego nie zaplanowaliśmy, dopiero na wieczór ognisko i spływ kajakowy na sobotę , bo piątek miał być deszczowy. Spałam nieprzyzwoicie długo w ten czwartek i gdyby nie dość krzywa kanapa pewnie powylegiwałabym się  jeszcze dłużej. Dzień nam minął na spacerowaniu, czytaniu i w końcu ognisku jak było w planach. Jak to już bywało na naszych ogniskach działo się dużo i nieprzewidywalnie. Tym razem też. Jak zwykle piekliśmy kiełbasę i ziemniaki. Koleżanka wnuczki zabrała na wyjazd gitarę więc i śpiewy były, nie koniecznie do rytmu i bez fałszywych nut, ale każdy się starał. Nawet spacerowicze podchodzili i dołączali na chwilę do nas żeby pośpiewać czy też posiedzieć chwilę przy ognisku. A im więcej czasu mijało tym zabawa się rozkręcała i towarzystwo ruszyło do tańca. Za chwilę okazało się, że mamy solidną widownię tuż za płotem. I pewnie zabawa ciągnęłaby się jeszcze długo ale zaczęło padać.


Impreza się rozkręca b

 Następnego dnia prognozy pogody się sprawdziły; lało. Może nie jakoś mocno ale dość długo i jednostajnie. Młodzież starsza i młodsza grała w planszówki a my wybraliśmy się do Chojnic, a potem do Charzykowych , niby do baru As na sandacza z zestawem surówek , bo tam są najlepsze i jak nie cierpię ryb, to akurat tam mi smakują. Małżonek lubi więc korzystamy. Niestety się nie najedliśmy , bo  nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Bar zapchany głodomorami pod same drzwi, czas oczekiwania ponad godzinę. Skończyło się na zupach i grzankach z masłem i świeżym czosnkiem niedźwiedzim. W trakcie gdy się przemieszczaliśmy zadzwoniła koleżanka z zaprzyjaźnionej firmy , która też ma domek w pobliżu i umówiliśmy się z nią i jej mężem na kolejne spotkanie po sobotnim spływie. A potem pojechaliśmy już na umówione wcześniej  spotkanie z Fuscillą. Tradycyjnie spotykamy się co roku już od 22 lat! Fuscilko, dziękujemy ! Za spotkanie, pogaduchy przy winku, pyszny podwieczorek i śliczne kaszubskie aniołki oraz inne gadżety. Uzupełnią wystrój naszego działkowego PDzO. Wróciliśmy gdy zaczął zapadać zmierzch.

Te cudeńka podarowała nam Fuscillka , a te poniżej to moje zdobycze - wypatrzyłam w wiejskim sklepie spożywczo- przemysłowym 

Na W sobotę zaplanowaliśmy spływ kajakowy.  Trochę obawiałam się, że te żółtodzioby , które do nas dołączyły nie dadzą rady przez jeziora , zwłaszcza jak będzie wiało. Wybrali sobie trasę teoretycznie lżejszą , bo z biegiem Brdy  i jeziorami. Fakt rzeką łatwo, ale na jeziorach trzeba sobie wiosłami pomachać, szczególnie gdy są fale. Trasa Chocimą choć bardziej wymagająca ruchowo to jednak bezpieczniejsza. Ale skoro chcieli… Pogoda jednak nam dopisała, z przystani wyruszyliśmy niemal armadą, bo aż 12 kajaków i nawet po jeziorach płynęło się bez większego wysiłku.

Armada na szlaku 



Zahaczyliśmy oczywiście o jezioro Płęsno i zatoczkę gdzie młodzież i dzieciaki się zwykle taplają w wodzie. Czasem my też , ale jak na dziadków to było zbyt chłodno. 

Nad jeziorem Płęsno 


I punkt docelowy - most w Drzewiczu 

W Drzewiczu odebrała nas obsługa ośrodka. Po obiedzie starsza młodzież poszła na plażę  się wygrzewać w słońcu, młodsza poszła w miasteczko, dzieciaki jak zwykle ganiali się po ośrodku  a my pojechaliśmy na spotkanie. Trochę trudno do nich trafić, nawet nawigacja ma z tym problemy ale gdy już dotarliśmy ja wpadłam w zachwyt. Mają piękną leśną chatkę , na dużej leśnej działce , przepięknie urządzoną drewnem. Gadało nam się świetnie a czas sobie leciał aż zrobiło się ciemno. I pewnie gdyby nie fakt, że czekało nas pakowanie to pewnie jeszcze by potrwało. W niedzielę już się nic nie działo w ośrodku. Spakowaliśmy swoje rzeczy , zrobiliśmy porządek , bo zawsze robimy , pożegnaliśmy się z właścicielem ośrodka przy okazji rezerwując domki na przyszły rok i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zahaczając o tor cartingowy i park rozrywki w Człuchowie. Młodzież oczywiście pojeździła „bolidami”. Wygrał nasz starszy wnusiu, druga była wnuczka, potem koleżanka wnuczki i nasz młodszy. Pozostali trochę gorsze osiągi ale część jeździła po raz pierwszy.  Wróciliśmy około 17.00 zaliczając po drodze obiad. Wieczorem jak zwykle pojechałam do matki. W ogóle nie skapowała, że mnie nie było mimo, że D jej o tym mówiła. Myślała, że byłam na działce… 

Byłam , a raczej byliśmy - po truskawki 



poniedziałek, 8 czerwca 2026

8.06.2026 No i dopadło mnie

 szaleństwo w pracy. Nie tylko to zresztą ale miałam dziś mnóstwo do zrobienia. Nawet bez chwili na kawę. Po obiedzie działka, wizyta u matki i zakupy. Lodówka po wyjeździe świeciła pustkami więc nie było wyjścia. I tym sposobem , moja relacja z wyjazdu musi poczekać na lepszy czas. Co się odwlecze to nie uciecze - jak mówi przysłowie. Nadrobię ! Moje nowe kaszubskie gadżety też pokażę i ogródkowe zbiory też. 

niedziela, 7 czerwca 2026

7.06.2026 Koniec tego dobrego

 wróciliśmy i od jutra szara rzeczywistość. Było super, nic się tym razem nie wydarzyło, czego byśmy sobie nie życzyli, matka też nic nie odwinęła i D spokojnie dała sobie z nią radę a na działce czekały dojrzałe truskawki. Napiszę o wszystkim obszerniej jutro. Dziś ogarniam się powyjazdowo. Miłego wieczoru! 

wtorek, 2 czerwca 2026

2.05.2026 No to jadę - znowu

 Tym razem na weekend. Spakowani, sprawy matki dograne i obgadane w szczegółach, działka podlana. Mam nadzieję, że nic się nie wydarzy. 

Ostatnie dwa dni miałam w biegu ale od jutra odpoczywamy.   Do zobaczenia ( napisania) w niedzielę ! 🖐🖐🖐😎



poniedziałek, 1 czerwca 2026

1.06.2026 Słówko się rzekło

 Zatem muszę dotrzymać i załączyć parę fotek.

Jeden z zachwycających widoków w  drodze do bazy kajakowej


Taką odrobinę luksusu podarowano nam na czas pobytu - łóżko było mega wygodne- po raz pierwszy wyspałam się w hotelu 


A to nasz pawilon hotelowy usytuowany na wysokiej skarpie z okami wprost na las - te widoczne od tej strony są na holu 

Otoczenie hotelu 


I znów widoki 


I widok na Izerę 


I znów widok - na skały nad Izerą


Ekipa w akcji 


Malowniczy zakątek na Izerze 




Restauracja Turnov - te żyrandole są zbudowane z kufli do piwa 


I jeszcze więcej widoków


Restauracja w hotelu należącym do fundacji ( kolacja numer2) 


Czytelnia hotelowa w w/w restauracji ( niestety nie zapamiętałam nazwy)


I jeszcze jeden widok - dokąd prowadzi ta mroczna, leśna ścieżka ???




 

niedziela, 31 maja 2026

31.05.2026 Przydał się ten wyjazd

Po części rekreacyjny, po części służbowy. Zaplanowany na 3 dni. Pierwszy to dojazd, zakwaterowanie i odpoczynek , drugi atrakcje turystyczne i trzeci zwiedzanie fabryki i prezentacje i oczywiście powrót. Jechaliśmy z kolegą z zaprzyjaźnionej firmy. Do Swarzędza odwiózł nas starszy syn, a dalej jechaliśmy z kolegą. Jechaliśmy bez pospiechu , gadając o różnych sprawach mniej lub bardziej istotnych, żartowaliśmy sobie – zwyczajnie jak w podróży żeby nie było nudno a czas mijał szybciej. W Czechach kolega źle zjechał na rondzie i nadłożyliśmy trochę drogi , jakieś trzydzieści parę kilometrów ale w sumie na złe nie wyszło, bo widoki były przepiękne. Dotarliśmy jakąś godzinę i trochę przed czasem . Hotel „Prezidnzka Chata” okazał się prywatnym hotele właściciela fabryki.  Urządzony w stylu szwajcarskiej chatki tzw. Chatelet ( nie jestem pewna czy poprawnie to napisałam) ale nowocześnie. Pokoje hotelowe były w osobnym pawilonie i dosłownie mnie zatkało. Okazały się luksusowe . Nawet bardzo, pokażę na zdjęciach, choć nie oddadzą jakości. A do tego panoramiczne okno i las wchodzący niemal do pokoju!  Hotel mieści się w górzystym , mocno zalesionym terenie pomiędzy Liberec a Jablonec , czyli bardzo blisko granicy.  Dla samych widoków warto tam pojechać. Zastanawiam się jak w tym górzystym terenie i odległym od miasta ogarnęli sprawę mediów. Działał nawet internet , był zasięg w telefonach … Ciekawostka. Hotel „ „Prezidenzka” istniał już na początku XXw jak i kilka innych podobnych obiektów w okolicy , ale stał zapomniany przez wiele lat , przez jakiś czas służył jako schronisko ale gdy zaczęła się pandemia kupił go obecny właściciel i przekształcił w luksusowy obiekt. Przed kolacją zrobiliśmy sobie krótki spacer po terenie spacerowym i kolejne zaskoczenie; oprócz budynku właściciel wykupił poprzez fundację rodzinną kilkadziesiąt hektarów okolicznych łąk, po to by zostały na zawsze łąkami a nie dostały się w ręce praskich deweloperów. Kolacja była bardzo po czesku czyli „czośniczka” ( zupa czosnkowa , zresztą bardzo smaczna) i knedliczki z wołowym gulaszem, a potem na co kto miał ochotę. I do woli piwa . Ja nie skorzystałam , bo piwa nie lubię, zamówiłam sobie drinka. Przy biesiadnym stole gadaliśmy prawie do północy.  Następny dzień był przeznaczony na rekreację i aktywność na świeżym powietrzu. Zaplanowano nam spływ kajakowy rzeka Jizera. Po obfitym śniadaniu w hotelu wyruszyliśmy. Na miejsce jechaliśmy autokarem firmowym. Też luksusowym. Nie było to daleko , jakieś pół godziny jazdy bardzo stromymi i krętymi drogami . I tu mieliśmy co podziwiać, bo widoki rzucały na kolana. Czechy , nie te miejskie, znane z folderów turystycznych , ale prowincjonalne są bardzo piękne i bardzo , bardzo zielone. Królują wiekowe, dostojne świerki i fantastyczne złoto-zielone łąki. W miejscowości Mala Skala czekały już na nas kanadyjki i przewodnik. Po krótkiej instrukcji jak się poruszać tym sprzętem wsiedliśmy do łódek i zaczęła się wyprawa. Pierwszy raz płynęliśmy kanadyjką i jednocześnie górską rzeką. Na tym odcinku bardzo płytką i nie zbyt rwącą. Nurt przyśpieszał tylko momentami i na samym początku w miejscu małego progu , który trzeba było pokonać tworzył się wir. Od razu zrozumiałam dlaczego kanadyjka a nie kajak. Kajak na takie wody jest za ciężki.  Dla poczatkujących kanadyjkarzy szalejąca na kamieniach i piargach woda nie do ogarnięcia. Jak byśmy nie skontrowali, kręciliśmy się w kółko.I tu znów na złe nie wyszło, bo stanęło na tym ,że przewodnik popłynie z moim małżonkiem a ja zrobię zdjęcia a poniżej progu wsiądę i popłyniemy dalej. I tak się stało. Dalej już poszło. Było świetnie, choć trochę minęło zanim złapaliśmy odpowiedni rytm. Momentami rzeka zwalniała i płynęła leniwie , momentami stawała się bardzo płytka aż kanadyjka szorowała po kamienistym dnie , momentami tworzyły się wiry a nurt pędził jak szalony i wtedy niemal wszyscy kręcili się w kółko zanim udało się wpłynąć w środek i skierować dziób we właściwą stronę. Ze szlaku nie mam zdjęć , bo niestety nie było czasu ich robić, trzeba było panować nad kanadyjką i wiosłem.  Przed wypłynięciem zaokrętowaliśmy na kajak wielką , plastikową beczkę zakręcaną dużym korkiem. Te beczki służyły za wodoodporny magazyn, gdzie można było schować dokumenty, suche ciuchy i takie tam. Czesi zabierają na takie wypraw piwo i przechowaniu tego specjału też służą im te beczki. Oprócz kanadyjek były też w użyciu pontony, na których pływała młodzież szkolna. I tu kolejne zaskoczenie: jeden opiekun na 4 pontony , jak nam wyjaśnił nasz czeski opiekun grupy, u nich jest taka norma. U nas nie do pomyślenia. A już fakt, że młody wyleciał z pontonu i nikt z tego powodu problemu nie robił , młodzież wciągnęła zmoczonego delikwenta z powrotem i płynęli dalej traktując zajście jak przygodę. U nas – pewnie by się skończyło potężną awanturą z udziałem rodziców, prokuratora i telewizji.  Dopłynęliśmy do Turnov , po drodze robiąc sobie przerwę na lody i napój w leśnym ośrodku turystycznym z knajpką i w Turnov poszliśmy na obiad. Też czeski . Tamtejsza zupa z ziemniaków i placki ziemniaczane ale nie jak u nas z gulaszem ale podane jak burito. Wypełnione wołowiną i odrobiną modrej kapusty. Bardzo smaczne ale bardzo syte. Do tego większość piwo , my , opiekunka grupy i nasza znajoma z  której mężem jechaliśmy prosecco. Wracaliśmy również autobusem , który już na  nas czekał na parkingu przed restauracją. Zdjęcia robiłam żyrandolom – zbudowanym z kufli od piwa. Po powrocie mieliśmy czas wolny, na wypoczynek, drzemkę, spacer  czy co tam kto chciał. Kręciliśmy się trochę po ośrodku i okolicy , a  potem czas był na kolejne jedzenie . Czesi karmią ; tłusto , słodkawo i obficie. Generalnie , jedzenie mają przepyszne ale ciężkie i nie jedzą warzyw. Na kolację do wyboru zupa koperkowa lub rosół i kaczka lub polędwiczki wieprzowe. Wybrałam koperkową i polędwiczki. No i oczywiście piwo lub coś… Damska część wycieczki , mój małżonek i kolega , który nas wiózł prosecco. Po kolacji, która miała miejsce w popbliskiej restauracji , do której szliśmy pięknym szlakiem z widokiem na Jablonec a okazała się również własnością fundacji właściciela fabryki wróciliśmy do naszego hotelu na ciąg dalszy, I znów piwo się lało a rozmowy ciągnęły długo. Uśmiałyśmy się do łez z koleżanką i jednym z instalatorów tłumacząc naszemu czeskiemu opiekunowi mówiącemu po polsku , zawiłości polskiego języka. Długo by opowiadać, zwłaszcza gdy omówiłam mu słowo żółć złożone z polskich znaków a koleżanka próbowała wyjaśnić znaczenie wylewania na kogoś żółci . Od razu pojawiło się „wieszanie na kimś psów” i temu podobne . Gość po każdym słowie miał coraz większe oczy, a my coraz większy ubaw. Chyba mniej teraz rozumie niż przed rozmową z nami.  Następnego dnia było zwiedzanie nowej fabryki , prezentacje sprzętu i powrót. Fabryka a szczególnie jej wystrój robi wrażenie , tu niestety był zakaz robienia zdjęć i jest to zrozumiałe. Ubrali nas w białe , mało stylowe kitelki i piorunochrony na buty po czym poszliśmy zwiedzać. Obejrzeliśmy pięć super nowoczesnych linii technologicznych , laboratorium , punkt kontroli produktów a potem przez stołówkę wracaliśmy do sali szkoleniowej. Na mnie wrażenie zrobiła stołówka . Bardzo długie , dobre 30 m pomieszczenie przechodnie , po jednej stronie wypełnione dolnymi szafkami, górnymi szafkami i pólkami wyposażone we wszystkie możliwe sprzęty; dwie zmywarki , kilka lodówek wbudowanych w szafki, dwa profesjonalne ekspresy do kawy , kilka kuchenek , dwa duże piekarniki , cały rząd kuchenek mikrofalowych naliczyłam 8 sztuk , a po drugiej stronie nie wielkie stoliczki z krzesłami , gdzie można spokojnie i wygodnie zjeść. Wszystko w pięknym szaro-zielonkawym kolorze z drewnianymi elementami. Można pozazdrościć warunków pracy. Po krótkiej przerwie weszliśmy do sali szkoleniowej , prezentacja zajęła dwie godziny , rozmowa kolejne dwie , na koniec jeszcze czekaliśmy chwilę aż nasi znajomi załatwią sprawy formalne, bo to oni są dystrybutorem producenta na Polskę zachodnią i byli organizatorami tego spotkania. W tym czasie rozmawialiśmy z czeskimi opiekunami – prawie wszyscy mówią a przynajmniej rozumieją j. polski. A potem już wyruszyliśmy w drogę powrotną. Około 21.00 byliśmy w Swarzędzu ,gdzie odebrał nas syn z wnuczką. I oczywiście jak to faceci , musieli obgadać fury. I tym sposobem dotarliśmy do domu około 23.00. Było warto. Pogoda nam sprzyjała , około 20 stopni to akurat na takie wyprawy , a ja odcięłam się od wszystkiego. Jakoś tak psychicznie odpoczęłam, chociaż wczoraj jeszcze dawał mi się we znaki kręgosłup, bo kanadyjki nie mają podparcia pleców w przeciwieństwie do kajaków. Wpis wyszedł długi więc fotorelacja jutro. 

sobota, 30 maja 2026

30.05.2026 Kochani, już jestem !

 Wróciliśmy wczoraj ale późno, dlatego już nic nie pisałam. Było super i o tym opowiem, może nawet jutro i uzupełnię zdjęciami, może jakimś filmikiem. Trochę ich zrobiłam. A dziś oczywiście mnie dopadła szara rzeczywistość ; zakupy dla matki plus wizyta rano, ogarniecie bałaganu po rozpakowaniu, pranie , zakupy dla nas i oczywiście działka. Zielsko się rozpanoszyło, roślinki o wodą aż się prosiły, wzeszła fasolka, podrosły ogórki, zakwitły pomidory i obrodziły truskawki! Ale jutro będzie uczta ! Bo zamierzam zrobić z nich deser ( ze śmietanką oczywiście) i upiec placek z truskawkami. Niestety, jeszcze nie koniec moich zajęć, muszę zmienić pościel oraz pokroić koperek, który też obrodził i zamrozić. Miłej niedzieli !