babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

środa, 18 lutego 2026

18.02.2026 Pyry z gzikiem

 jak przystało na Popielec zrobiłam dziś na obiad. Miało być postnie ale się objedliśmy, bo to najlepsze danie świata. No cóż, jeszcze jeden sposób na celebrowanie tradycji , bo ten kościelny post coraz mniej do mnie przemawia, zwłaszcza , że jeśli się trzymać Bibli i listów Św. Pawła , to cokolwiek człowiek robi robi na chwałę bożą. Jeśli je to na chwałę bożą, jeśli wybiera post to też na chwałę bożą. Oczywiście to ma i szerszy kontekst, który podważa nauki hierarchów więc w sumie niech u podstaw zostanie tradycja. A skoro środa popielcowa to dla mnie już jakby wiosna. Jakoś ta środa zawsze mi się kojarzy z wiosną. 

Z innych spraw to poczytałam ostatnio trochę wiadomości w necie i od pięciu dni wszyscy mają nowy powód bicia piany i robienia ludziom wody z mózgu. A poszło o wywiad z pierwszą, świętą matką -Polką. Widziałam kawałek tego wywiadu w tv i nie zachęciło mnie do obejrzenia całości. W ogóle nie lubię tej kobiety , ma w sobie coś odpychającego wręcz złowrogiego, ale to inna sprawa. Doczytałam potem o co chodzi z tym wywiadem i o co ta wrzawa. I powiem tak: okazało się, że ma większe jaja niż jej ślubny, bo jednak do tego wrażego TVN-u poszła, a on nie. To, że nie wypadła dobrze wizerunkowo , to tez pikuś - nie każdy dobrze czuje się przed kamerami , nie każdy lubi występy publiczne, a jeszcze ten szary kolor ciuchów swoje dołożył. Nie jest to jej kolor , stać ją na więcej gdy chodzi stylizacje .To, że ma własny pogląd i podjęła takie a nie inne decyzje w życiu to nie powód do obrażania się na nią. Kiedy je podejmowała , miała wybór. Kolejne po niej , zwłaszcza ostatnie dziesięć lat już tego wyboru nie miały bo im posunięcia polityków prawo wyboru odebrały, niektóre nawet brak wyboru przypłaciły życiem. Dobrze, że o tych swoich wyborach  opowiedziała ale na tym niestety koniec pozytywów. Znacznie gorzej to wyszło gdy padły bardziej szczegółowe pytania np. o tym co myśli na temat stanu prawnego. Tu już się wykręciła sianem , albo milczała. I wyszło słabo , jak by się bała, że jak powie co naprawdę o tym myśli to dostanie w domu łomot. I jak się można było spodziewać ,jeszcze jedna, która zamiast murem stanąć po stronie kobiet , je zwyczajnie olała.   i to by było na tyle... 


wtorek, 17 lutego 2026

17.02.2026 Podobno ...

 podobno dziś dzień kota. Zośkę wymiziałam wczoraj więc powiedzmy, że z góry na dzisiejsze kocie święto. Czy państwo wiedzą, o tym dniu kota to nie wiem, ale Zośka i tak jest rozpieszczana a i tak chyba nie wie o co w tym chodzi. To tak a propos dziwactw internetowych i kotów.  

Auto odebrałam , jeździ , nie dzwoni, nie piłuje, nie gwiżdże i nawet grzeje. A ostatnio było z tym słabo. Nie lubię ogrzewania w aucie więc mi nie przeszkadzało, ale majster zrobił. Tym lepiej dla majstra. Tak poza tym jutro odbieramy wyleasingowane auto. 

Zus przysłał nam pity - aż dziw bierze, bo ubiegłym roku dostałam bardzo późno. Nie wiem czy już nie po terminie ale może to zasługa poczty. 

Nadal zimowo. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

16.02.2026 15 lat

 skończył dziś nasz starszy wnuczek. Z tej okazji dziś świętowaliśmy. Tak w tygodniu , bo wczoraj teściowie młodszego syna urządzali obiad z okazji swoich 45 lat pożycia a w czwartek całą rodzinką jadą na krótkie ferie do Czech. No to wypadło, że w dniu urodzin. Kto by pomyślał , że to już piętnastolatek , a dopiero co jeździł w foteliku samochodowym i w kółko oglądał bajki  o sąsiadach - majsterkowiczach. A dziś przerósł nas o głowę, jeździ autem mini-car i planuje karierę zawodową w policji. 100 lat kochany Wnusiu! 

Tak poza tym moje auto zostało w warsztacie. Mieli trochę zaległości z minionego tygodnia i nie zdążyli zając się moim , dopiero po południu zaczęli, ale wiadomo, to wymaga czasu więc muszę cierpliwie poczekać do jutro. No trudno, nie mogę przecież jeździć gwiżdżącym i dzwoniącym autem. Na koniec sypnęło śniegiem ale dopiero wieczorem i dość krótko. Zimę mamy jak należy, a nie takie coś pomiędzy jak ostatnich dziesięć lat z haczykiem. 

niedziela, 15 lutego 2026

15.02.2026 Jak się polepszy,

 to wiadomo co dalej. U mnie się nie polepsza jak na razie  a żeby było śmieszniej to się  popieprzyło. Zastrajkowało mi auto. Wracałam od matki i nagle zaczęło wydawać odgłosy jak by ktoś piłą mechaniczną drewno piłował albo łańcuchami dzwonił. A właściwie to jedno i drugie. Wcześniej jechaliśmy na działkę i nie piłowało ani nie dzwoniło. Jutro muszę do mechanika podjechać czyli znów nieplanowany wydatek. 

Na działce nic się nie dzieje, zrobiliśmy sobie spacer alejkami, pogadaliśmy z sąsiadem , który też wpadł na ten sam pomysł i tyle. Wróciliśmy do domu. Przyjemnie się spacerowało przy lekkim mrozie i słońcu. Gryzie mnie ten ogródek , już bym chciała coś tam robić. Jak na razie to sąsiedzi też jeszcze nie zaczęli prac ogrodowych czyli obcinania drzewek. Prace remontowe też stoją, bo mróz. Nie ma liści i bujnej roślinności więc teraz widać ile się zmieniło w ogródkach. Nasz sektor, alejka numer 2 jest najbardziej zadbany z wszystkich. Jeszcze trochę...


sobota, 14 lutego 2026

14.02.2026 Niby że Walentynek nie świętujemy ,

ale nie da się nie świętować. Małżonek , wczoraj na zakupach do koszyka  włożył mi bukiet tulipanów. Są śliczne, takie wesołe czerwono-żółte. Przed południem upiekłam róże karnawałowe . Niby miało być tylko trochę ale i tak wyszło ich dużo.  Pyszne są i je podjadamy co chwilę . Zaraz je pokażę na zdjęciach. Późnym popołudniem pojechaliśmy jeszcze uzupełnić zakupy, których wczoraj nie zdążyłam zrobić do końca przez ten informatyczny pożar u klienta i szukanie serwera "od ręki". Te sprzęty się zamawia a nie kupuje z półki jak proszek do prania. Tak czy inaczej zakupy dziś  dokończyłam , a potem pojechaliśmy jeszcze do mrówy. Dostałam bon upominkowy na imieniny od naszej młodzieży "na latarnię na taras" , bo mi się młodzież pytałam co bym chciała. To sobie zażyczyłam latarni na taras . A że młodzież nie mogła się zdecydować , którą wybrać to mi dali bon , żebym sama wybrała. No to sobie wybrałam , dużą , tak z 70cm wysokości , z szufladką na zapasowe świeczki na dole i szybkami w oprawie jak w starej kamieniczce. Pięknie będzie. A jak już tam byliśmy to oczywiście obejrzeliśmy nowości wielkanocne (tak, tak, zajączki już kicają po regałach) i oczywiście ogródkowy sektor zaliczyliśmy. Kupiłam fasolkę, marchewkę, ogórki, koperek , bób i oczywiście turki. Już nie mogę się doczekać tego ogródka. Tyle, że wciąż trwa zima, która wróciła wczorajszej nocy sypiąc delikatnie śniegiem a dziś szczypiąc lekkim mrozem , no i trzeba poczekać na ten ogródek. Tak powinno być, to dopiero luty. I jak tak pomyślę to w ubiegłym roku i wcześniej o tej porze miałam już w biurowym ogródku zakwitające irysy. Resztę dnia sobie odpuściłam , pełny luz : czytnik, kawa i wygodne miejsce na kanapie. 

Teściowie naszego młodszego syna świętują dziś szafirowe gody. 

A teraz jak obiecałam , zdjęcia karnawałowych róż

                                                           na etapie powstawania 


Już prawie gotowe, z kleksikiem dżemu z owoców dzikiej róży po środku


Trochę pudru-cukru dla poprawy wyglądu i gotowe , a właściwie to już połowa zjedzona 


I jeszcze coś na Walentynki , tym razem po polsku
ale w moich rockowych klimatach - Kult  





piątek, 13 lutego 2026

13.02.2026 Dziś krótko

 bo już mi się nic nie chce , jak mi młodzież zadzwoniła, około 20.00, że mam pilnie sprzęt namierzyć bo u klienta "pożar" ( znalazłam a i owszem) to wysiadłam. Jutro postaram się jakiś ciekawszy kawałek naskrobać. A tak w ogóle to same powody do swiętowania: tłusty czwartek , piątek -13, Walentynki i jakiś dzień singla w niedzielę... 

czwartek, 12 lutego 2026

12.02.2026 Pączek w maśle

Nie, nie w maśle , a po przemysłowemu na oleju. Przyznać jednak muszę , że te z miejscowych PSS-ów są bardzo smaczne , nie zbyt wielkie i nie opite tym olejem. A takie dziś były u nas w firmie dla dopełnienia tradycji tłustego czwartku. Ja sama , jeśli piekę, to klasycznie , na smalcu i obtaczam w cukrze – nie polewam lukrem ani nie pudruję. Kiedyś były jeszcze specjalne odmiany tłuszczu do smażenia pączków i chruścików „ceres” i „oma” ale to już historia. A skoro już zahaczyłam o dawne nuty to temat rozwinę i sobie powspominam - pączki właśnie !

Najmłodszy z barci mojego dziadka był z zawodu piekarzem. Z takiej przedwojennej szkoły, terminował u mistrza i stopniowo poznawał tajniki wypieków chleba i ciast. Zaczynał od donoszenia worków z mąką , potem rozwiązywania ich i dosypywania odpowiednich ilości , poprzez kolejne piekarskie czynności aż do egzaminu mistrzowskiego. Przed wojną , w czasie wojny i jeszcze krótko po , zanim mu władza ludowa nie odebrała biznesu prowadził swoją piekarnię . Po jego chleb i wypieki zjeżdżali się klienci z całego województwa. Od niego nauczyłam się piec ciasto drożdżowe- zdradził mi też swój mistrzowski patent na to, żeby zachowało świeżość- poznałam tajniki nieupadania biszkoptu i sposób na dobre pączki. Tu niestety muszę się przyznać, że jestem beztalencie cukiernicze , bo oprócz drożdżowego i  może z trzech innych ciast nie wiele mi wychodzi. Pączki wychodzą mi pyszne , ale do mistrzostwa Wujka - Dziadka mi daleko. Pieczenie pączków przez Wujka- Dziadka to był cały ceremoniał. Zanim przystąpił do pracy przygotowywał odpowiednie ingrediencje. Układał wszystko na wielkim kuchennym stole i sprawdzał jakość mąki, rozcierając ją w palach i smakując końcem języka , potem rozbijał jako na talerz i sprawdzał stan żółtka i białka , wąchał smalec czy świeży, potem drożdże, sprawdzał świeżość mleka i tak dalej. Jeśli coś nie odpowiadało standardom , szedł do spiżarni po inne, po czym misterium pączkowe zaczynało się od nowa.  Gdy już wszystko było jak trzeba zaczynało się wyrabianie i wyrastanie ciasta. Ciasto Wujek – Dziadek wyrabiał ręcznie, nie żadną kulką, kopyścią czy o zgrozo : mikserem! Ręcznie a uzasadniał to trochę poetycko tym ,że ciasto drożdżowe potrzebuje ciepła dłoni piekarza, żeby nabrało odpowiednich właściwości i wyrosło jak należy i całkiem praktycznie tym ,że czuje wtedy ,że ciasto jest należycie wyrobione. I w jego wykonaniu wyrastało. Po kilku chwilach ugniatania stawało się gładkie jak aksamit i deliktne jak skóra małego dziecka. Wyrastało w mocno nagrzanej  kuchni gdzie w piecu  buzował żywy ogień – bo u wujostwa gotowało i piekło się na ogniu mimo, że na wyposażeniu kuchni była też kuchenka elektryczno-gazowa. Gdy już ciasto odpowiednio wyrosło Wujek-Dziadek rozgrzewał tłuszcz w wielkim żeliwnym garze a ciocie : żona i córka Wujka  formowały pączki i nadziewały je powidłami śliwkowymi, których zapasy zawsze były pod ręką . Wujostwo mieli spory sad więc i śliwek na powidła nie brakowało. Pączki układały na dużych deskach , a potem kolejne porcje Wujek – Dziadek osobiście wkładał do wrzącego smalcu , czekał aż same się odwrócą i potem wyjmował na wielkie sitko , gdzie ociekały z nadmiaru tłuszczu , przez 5-10 sekund , po czym jedna z cioć obtaczała je w misce z dość grubym cukrem, warunek : musiały być gorące, jeśli choć trochę przestygły cukier się nie przyklejał. Powstawało takich pączków na jeden raz około 160 czasem więcej . Były wszystkie równiutkie jak pod sznurek , nie za wielkie i wszystkie złocisto-brązowe, obsypane cukrowym szronem. Piekło się takie pączki tylko zimą w karnawale i na ostatki. Objadaliśmy się potem tym przysmakiem bez opamiętania , chrupiącym z wierzchu i puszystym jak chmurka , żółciutkim w środku. Ostatni raz jedliśmy wujkowe pączki gdy nasi synowie byli w  wieku 4 i 5 lat , pojechaliśmy w odwiedziny i akurat trafiliśmy na tę ceremonię. Nasze chłopaki zjadając wpychali je sobie do buzi dwoma rączkami , mażąc sobie przy tym policzki i noski powidłami i oblepiając siebie , ubrania i stół cukrem. A ja zapamiętałam ten pączkowy niezapomniany smak i konsystencję  na zawsze. I pewnie nigdy już nie zjem lepszych. Kiedy sama zabieram się za pączki zawsze wspominam Wujka – Dziadka i jego pączkowe misteria odprawiane przy kuchennym stole i rozgrzanym piecu.