babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

piątek, 16 października 2026

16.10.2026 Obca mi jest cywilizacja turańska - uwaga : wpis długi

  Nie chcę w takiej żyć i nie chcę też by żyły w niej moje dzieci , wnuki i kolejne pokolenia po nich. Zdecydowanie wolę cywilizację łacińską, która jaką by nie była w gruncie rzeczy działa prosto : wszyscy przestrzegają reguł, a gdy trzeba te reguły zmienić to też robi się to zgodnie z regułami. W wielkim uproszczeniu rzecz ujmując oczywiście.   Termin „cywilizacja turańska” co prawda nie został oficjalnie uznany przez środowiska naukowe , ale jego założenia doskonale określają warunki w jakie próbuje nas zepchnąć szeroko pojęta prawica a raczej to co mieni się nią być.  Założenia tejże za intrernetowym AI :

„Cywilizacja turańska to koncepcja historyczno-socjologiczna stworzona przez polskiego historyka Feliksa Konecznego, określająca model życia zbiorowego ukształtowany w starożytności na terenach Wielkiego Stepu w Azji. Współcześni naukowcy w większości krytykują to ujęcie i nie uznają go za klasyfikację naukową

A to jej cechy :

·         Organizacja wojskowa i obozowa: Społeczeństwo funkcjonowało jak wielki obóz wojskowy; ludność łączyła się w ordy, które rozpadały się wraz ze śmiercią wodza.

·         Kult wodza: Władca (często postrzegany jako "półbóg" lub pan życia i śmierci) stał ponad prawem, a jego kaprysy zastępowały kodeksy.

·         Brak struktur społecznych: Nie wytworzyła trwałych więzi wyższych niż rodowe ani klasycznego pojęcia społeczeństwa czy obywatela.

·         Stosunek do pracy i nauki: Występowała tu pogarda dla pracy fizycznej, brak dbałości o rozwój nauki oraz ignorowanie kategorii czasu i chronologii.

·         Zasięg geograficzny: Koneczny zaliczał do niej ludy koczownicze (Hunów, Mongołów, Tatarów, Turków osmańskich) oraz – co wzbudza największe kontrowersje – Rosjan i Kozaków jako cywilizację turańsko-słowiańską.

·         W ujęciu Konecznego cała aktywność polityczna w ramach tej cywilizacji miała charakter wojskowy, władców nie obowiązywała moralność, a cywilizacja ta nie rozwinęła żadnej z nauk.

Naukowcy krytykują tę ideę za to, że pomija fudamentalną rolę chrześcijaństwa w odniesieniu do Rosjan , ma charakter publicystyczny i jest wykorzystywana dla celów politycznych i stygmatyzowania Europy Wschodniej i Rosji.”

 

Tyle internet w wielkim skrócie. A po co ten przydługawy wstęp? Ano … Nie wiem jak Wam ale mnie coś te założenia bardzo przypominają. A przedwczorajsza zadyma pod TK i to co od wyborów parlamentarnych w 23 wyrabia ta tak zwana prawica ten styl obrazuje niemal 1:1. Aż dziwne , że nikt jeszcze tego tak nie nazwał. Z prawej strony jest to próba, bezczelna próba  narzucenia nam cywilizacji turańskiej. No tak, ale ilu ludzi wie, że istniała taka koncepcja socjologiczna? Przyznaję, że ja też dowiedziałam się o tym całkiem niedawno. Niestety „założenia” i próby wdrożenia albo raczej narzucenia nam obserwuję od lat. Na długo przedtem nim poznałam ten termin i koncepcję. Bardzo łatwo daje się ten prąd socjologiczny przełożyć na nasza, krajową , współczesną nam sytuację.

Co obserwujemy ? 

W kwestii organizacji – żadnej spójnej strategii na przyszłość, w myśl zasady po nas choćby potop, żadnej wizji kraju za 5,10,15 i więcej lat . Dziś my a potem… nic. Nie ważne co się stanie z krajem , z ludźmi , jak potoczą się losy naszych dzieci i wnuków. I tu niestety grzechy na sumieniu mają wszystkie ekipy rządzące w mniejszym lub większym stopniu.

Kult wodza – kojarzycie ? „A Kaczyński powiedział” – na tym opierała i wciąż jeszcze opiera działalność prawej strony. Co wymyślił to jego ekipa i akolici traktowali jak świętość objawioną. Stąd niszczenie wszelkich struktur państwa i narzucanie swojej krótkowzrocznej wizji. Dziś mocno osłabła, ale to i tak mieści się w koncepcji , bo tę rolę próbują przejąć młodsi. Wódz słaby więc już znaleźli się tacy co chcą zająć jego miejsce i szarpią każde w swoją stronę. Konfiarzo- brauniarze , ten twór byłego premiera ( swoją drogą jak ludzie mogli zawierzyć kłamcy , nie pojmuję a przecież ma swoich zwolenników) i nawet niepoliczony prezydent, któremu nagle się wydało , że jest królem świata. A „władców” nie obowiązuje moralność czy choćby zwykła przyzwoitość albo choćby podstawy kultury osobistej. Nie stawiają sobie żadnych granic ani nie przestrzegają żadnych reguł , nawet tych co sami wymyślili.

Brak struktur społecznych – na razie jakieś mamy , ale co strona demokratyczna jakieś wdroży , zaprowadzi jakiś ład, naprawi – strona prawa kontestuje, rozwala w taki czy inny sposób, sądownictwo, samorząd, edukacja , system podatkowy. Nie ważne co. Ważne, żeby był chaos w kraju , obywatele skłóceni (dlatego tak się boją wszelkich organizacji poza rządowych – tam gdzie ludzie umieją się zjednoczyć w okół jakiejś choćby lokalnej sprawy robi się dla nich niebezpiecznie ) a oni mogli czerpać z tego zyski. Praca i nauka ? A po co. Pieniądze państwowe uważają za swoje i wydają według własnego widzimisię a „ciemnemu ludowi” ( wybaczcie – cytuję ) rzucają ochłapy w postaci socjalu promując różnej maści nieudaczników i obiboków. A jak jest w kwestii edukacji każdy widzi. Mieliśmy ministrów , którzy usiłowali utrzymać uczniów w ciemnocie i zacofaniu, a każda próba wprowadzenia do szkól choćby odrobiny nowoczesnej wiedzy wywoływała u nich furię i skrajną histerię , którą karmili swoich akolitów. Dziś nie jest lepiej tyle, że minister z otwartą głową i przynajmniej próbuje . Nie będę się nad tym rozwodzić. No i manipulowanie historią: faktami , datami , podsycanie i tworzenie mitów zamiast trzymania się faktów  i źródeł. Nie raz już o tym pisałam . Wreszcie nasze położenie geograficzne . Środek Europy. Gdzieś pomiędzy cywilizacją łacińską a tą, nie uznawaną naukowo turańską. Kraj z ponad tysiącletnią historią ale bez konkretnej osobowości , podatny na wpływy z obu stron z przewagą wschodniej niestety ,a ponad stulecie nieistniejący na mapach.  Potem sklecony na powrót z trzech różnych kultur. Paradoksalnie dużo w kierunku scalenia nas jako społeczeństwo zrobił PRL. Dał ludziom wykształcenie , wymieszał społeczeństwo wprowadzając nakazy pracy ,  a szerzej dając tę pracę wyciągnął społeczeństwo ze skrajnej nędzy. Na modłę turańską jeśli mam uczciwie sprawę postawić . Niestety różnice wciąż są, wystarczy pojeździć trochę po kraju i spojrzeć na mapę jak rozkładają się głosy w wyborach. W kontekście obecnej geopolityki , wojny za naszą wschodnią granicą i wiszącego na włosku konfliktu na skalę światową nie chciałabym znaleźć się w społeczności pozbawionej zasad , gdzie liczy się tylko wódz. Do wyborów parlamentarnych jeszcze trochę , wciąż żywię nadzieję , że jednak pójdziemy w stronę cywilizacji łacińskiej.

czwartek, 15 października 2026

15.10.2026 To był strzał między oczy

 niemal dosłownie. Wiadomość zwaliła mnie z nóg. Nie tylko mnie zresztą. Tym razem wyprzedziła mnie w biurze synowa. Dojechała przede mną. Zwykle przyjeżdżamy w tym samym czasie, ale dziś utknęłam w korku i dotarłam kilka minut po ósmej. Ledwie weszłam a ona mi się pyta czy już wiem , że M.Sz. nie żyje? Dosłownie mnie zatkało, trzy razy zapytałam czy na pewno o niego chodzi. Potwierdziła a ja spytałam co się stało. No i tu był ten strzał: powiesił się. Do tej pory nie umiem w to uwierzyć. M.Sz. był kolegą z bloku i z podstawówki naszych chłopaków. Rówieśnik naszego młodszego syna. Wesoły, pełen życia chłopak. Nie jedną przygodę podwórkową i szkolną razem zaliczyli. Raz nawet wybroniłam go i syna  przed policją , która chciała chłopakom wmówić przewinienie. Zanim się ożenił i znalazł stałą pracę dorabiał czasem u nas a ostatnio pracował jako operator koparki. Latem spotkaliśmy go u naszej młodzieży na grillu bo wciąż się przyjaźnili a nawet więcej , bo jego żona jest chrzestną naszego najmłodszego wnuczka. Nie wiemy co się stało i dlaczego zdecydował się na taki krok. 

środa, 14 października 2026

14.10.2026 Przygód kilka ...

 Nie, nie żadnego wróbla Ćwirka jak w wierszyku dla dzieci ale moich własnych. Dzień wczorajszy minął w miarę spokojnie i bez efektów specjalnych. I byłoby pięknie ale około 19.00 musiałam pojechać do matki jak co dzień. No i klapa, przekręciłam kluczyk w stacyjce , zapaliły się kontrolki, po kilku sekundach zgasły a auto samo z siebie zaczęło trąbić jak szalone. Po chwili się wyłączyło, przekręciłam znów kluczyk i klapa na całego, ani miauknął. Poprosiłam o pomoc małżonka, przyniósł zapasowy kluczyk , bo może bateria w kluczyku się wyczerpała ale zapasowy też nie zadziałał. W tym układzie pojechaliśmy do matki autem małżonka a po powrocie zaczęliśmy znów majstrować przy aucie. Wyszło, że akumulator a skoro tak to "pożyczyłam" prądu od auta małżonka i pojechaliśmy pod nasze biuro, bo tam w garażu mamy prostowniki. Małżonek podłączył i zostawiliśmy na noc. Rano zabrałam się z młodszą synową, która i tak jadąc do firmy musi przejechać naszą ulicą. Ale auto to nie był koniec moich przygód. Wywaliłam się jak długa w domu. Nie wiem jak to zrobiłam, chciałam wstać i sięgnąć po krople, żeby małżonkowi oczy zakroplić i chyba zaczepiłam o przedłużacz, chyba, bo pewna nie jestem. No i walnęłam na podłogę zawadzając obojczykiem i biustem o ławę. Stłukłam sobie obojczyk i mam siniaka na biuście. Obojczyk mnie pobolewa jak zrobię jakiś szybki ruch. I nie wiem dlaczego cały dzień dzisiaj spać mi się chce. Chodzę i ziewam , w pracy ziewałam i nawet dodatkowe dwie kawy nie pomogły. A dziś po obiedzie wybraliśmy się do marketu budowlanego poszukać odpowiedniej taśmy do podklejenia listew ściennych. Nasz zapas się skończył a młodzież układa instalacje w miejscu gdzie nie mogą wiercić. Nie ma rady trzeba kleić. Nie byłabym sobą gdybym nie poszperała w różnych innych sprzętach. Przy okazji wywołałam "aferę", rozbawiłam klientów. Wcale nie zamierzałam , jakoś samo wyszło. W markecie oferta bożonarodzeniowa a jakże. Małżonkowi spodobały się jakieś lampki,. Wziął do ręki pudełko i mi podstawił do obejrzenia. A ja na to: "bez przesady, może później, jeszcze Wszystkich Świętych nie było". Tyle, że powiedziałam za głośno. No i skończyło się tak, że wszyscy co stali w pobliżu słyszeli i wybuchnęli śmiechem i zaczęli sobie robić z tego żarty. Taśmy nie było więc musieliśmy pojechać do drugiego marketu. Tam się zaopatrzyliśmy i przy okazji w kilka innych drobiazgów. 

W kraju zadyma w trybunale. Nie chce mi się o tym gadać...  

wtorek, 13 października 2026

13.10.2026 Koncert jesienny...

 Jak wspominałam nasza starsza młodzież sprezentowała nam na 45- lecie bilety na koncert. I to nie byle gdzie, bo w pałacu Staszica w Warszawie. Trochę mnie ten wyjazd przeraził ze względu na problemy z matką ale udało się  wszystko zorganizować więc pojechaliśmy. Koncert zdecydowanie inny w swoim charakterze i nastroju niż te , na które zwykle jeździmy , bo muzyka filmowa na żywo i przy świecach. Dokładny tytuł to „Muzyka filmowa w blasku tysiąca świec” i pewnie ich tyle było , albo gdzieś blisko. Koncert odbył się w minioną niedzielę w godzinach wieczornych , raczej standardowo , bo o 18.30. Pałac Staszica mieści się w samym , ścisłym centrum Warszawy na Nowym Świecie. Hotel wybraliśmy w pobliżu więc udaliśmy się tam pieszo. Centrum nieco lepiej wygląda niż znane mi, inne zakątki Warszawy , ale nic dziwnego , bo tam wszystkie ważne instytucje się mieszczą z pałacem prezydenckim włącznie więc jakoś wyglądać musi. Na tę okoliczność ubraliśmy się oczywiście odświętnie. Małżonek w granatową marynarkę , jasnoszarą koszulę i bardzo klasyczny , bordowy krawat w „rzucik” w kolorze marynarki a ja w czarne spódnico-spodnie i bordową bluzkę z szyfonowym karczkiem i rękawami i biżuterię z granatów. Koncert to koncert wymaga odpowiedniego odzienia. Pod tym względem jestem tradycjonalistką i bluza od dresu albo sweter nie przejdą, co innego koncerty rockowe ale to inna bajka. I tu mi zazgrzytało , bo oprócz nas  tylko kilka młodych osób przyszło odpowiednio ubranych, to znaczy panie w eleganckich sukniach lub bluzkach, panowie w marynarkach. Koncert odbył się w sali lustrzanej pałacu Staszica ,mieszczącej się na piętrze. Wchodziło się marmurowymi schodami , które w pewnym momencie się rozdwajały i prowadziły z dwóch stron na tę samą galerię. Nastrój już od wejścia budowały świece ustawione już od pierwszego poziomu na stopniach schodów. Ze względów bezpieczeństwa oczywiście elektroniczne.


Sala lustrzana nie jest wielka , pomieści może ze 100-150 osób, o charakterze klasycystycznym (nie wiem tego na pewno bo nie sprawdziłam, ale na taki mi to wyglądało)  z niszą , gdzie na podwyższeniu przygotowano scenę dla muzyków. Dla potrzeb koncertu stały tam setki zapalonych świec i trzy pulpity oraz 4 krzesła dla wykonawców a na wszystko co działo się na scenie i widowni miał oko spoglądający  z portretu wiszącego w niszy sam Stanisław Staszic. 

 Sala szybko się zapełniła a koncert zaczął się punktualnie. Na scenę weszły niemal identycznie wyglądające dziewczyny ubrane w takie same długie,  złote suknie i tak samo uczesane. Trzy ze skrzypcami , czwarta z wiolonczelą i jako pierwszy utwór zagrały – no zgadnijcie : a jakże , motyw „Piratów z Karaibów” . I w ten sposób powitał słuchających Antidotum Quartet. Klasyczny kwartet skrzypcowy. Zagrały ładnie i z werwą ale po wykonaniach Epica, PRSO i naszej miejscowej skrzypaczki Anastazji nie wiele aranżacji Piratów może mnie zachwycić. Następne utwory były już w charakterze bardzo spokojnym , takim trochę jesiennym nawet trochę melancholijnym; walc z Amelii, Śniadanie u Tiffaniego , Pearl Harbour , był i motyw z Gladiatora , także już niemal klasyczny i też po wykonaniu Gregorians z Amelią Bringhtman nie koniecznie mnie zachwycił . Były też kolejne utwory z filmów , tym razem motywy miłosne w tym z Gorączki Sobotniej Nocy i Schreka. 



I tu znów mi zazgrzytało, bo jako motyw miłosny ze Schreka dziewczyny wybrały „Hallelujah” . A nie o to w tym utworze przecież chodziło i jak wiadomo jest to jedna z najsłynniejszych ballad Cohena. Faktem jest jednak , że w Schreku ten utwór wykorzystano i na tej podstawie możemy uznać, że jest to motyw filmowy. Koncert trwał godzinę i piętnaście minut więc tych utworów kwartet zagrał całkiem sporo. Były też i z filmów przygodowych i musicalu Lalaland.



 I na koniec nawet z  Władcy Pierścieni i Gry o Tron. Na bis dziewczęta zagrały „Walc Barbary” z „Nocy i Dni”. Przepięknie! Ten utwór w ich wykonaniu chyba wypadł najlepiej z wszystkich. Tej spokojnej muzyce przez cały czas towarzyszyło migotliwe , ciepłe światło świec.



 Dodać muszę, że dziewczęta grały bez użycia mikrofonów . Głośność  idealnie wpasowała się w wielkość sali i jej akustykę. Nagłośnienie w postaci wzmacniaczy i głośników tylko popsułoby efekt gry na klasycznych instrumentach. Podobała mi się bardzo wiolonczelistka. Skrzypaczki pomagały sobie nutami rozłożonymi na pulpitach , wiolonczelistka grała bez nut i jeszcze potrafiła wydobyć ze swojego instrumentu najróżniejsze efekty, które dodawały muzyce charakteru. Nie wiem jak długo istnieje Antidotum, bo dziewczyny bardzo młodziutkie ale już zdążyły się dobrze zgrać. Mają świetny warsztat muzyczny, utrzymują rytm i jednakowe tempo. Osiągnęły już bardzo dużo jeśli chodzi o wspólną technikę gry. Jeszcze trochę wspólnych koncertów i będą perfekcyjne w tym co robią. Mogę polecić jeśli lubicie nastrojowe klimaty i grę na instrumentach smyczkowych a z tego co doczytałam o zespole dowiedziałam się, że równolegle do muzyki filmowej grają też rock. W tej samej konwencji koncertowania przy świecach. Jak dla mnie wybrały też ciekawą formę tych występów, taką trochę jak z XIX-wiecznych powieści – wieczorów muzykujących.  Wieczór zakończyliśmy kolacją w hotelowej karczmie. Trzeba było jakoś sensownie wykorzystać do końca ten niedzielny wieczór.

poniedziałek, 12 października 2026

12.10.2026 To znowu ja

 wróciłam i jak zwykle z porcją wrażeń. Jutro opiszę koncert i uzupełnię stosowną oprawą dźwiękowo-obrazkową . Pod tym względem mój nowy telefon nie zawiódł, mam pięknie zrobione fotki i dobrze nagrane kawałki utworów. Potrzebuję jednak paru chwil na obrobienie filmików. Było inaczej, zdecydowanie, ale klimatycznie. Tak, klimatycznie to dobre słowo ale o tym jutro. 

Moja nieobecność nie spowodowała żadnych kłopotów. D i moja synowa dały radę. Poza drobną katastrofą w toalecie , ale z tym D. ma na co dzień do czynienia w swojej pracy. Opanowała sytuację. Mimo wszystko nie mogę sobie pozwolić na takie wyjazdy. No, może jakoś sporadycznie względnie na  kilka godzin. Było warto jednak, bo wyłączyłam się na chwilę z tego kieratu i życia "pomiędzy". 

Dziś zrobiło się zimno. Jesień w całej okazałości, z mżawką i deszczem. 

sobota, 10 października 2026

10.10.2026 Jesień w obrazkach

 a konkretnie dwa miejsca, do których mam sentyment. Moje stare podwórko i skwer gdzie kiedyś był kiosk Ruchu, mój kiosk. 








A tymczasem jestem już gotowa do wyjazdu. Mam nadzieję, że dopilnowałam wszystkiego. Obiecuję  recenzję z koncertu. Dobrej niedzieli i do napisania w poniedziałek. 


piątek, 9 października 2026

9.10.2026 Do trzech razy sztuka

Tego to jeszcze nie było. Już dwa razy prułam mitenkę. Robię i robię, po czym stwierdzam , że źle. Za pierwszym razem dodałam za dużo oczek i wyszło szerzej niż pierwsza. Za drugim pomyliłam wzór. Robię po raz trzeci. Mam nadzieję, że tym razem czegoś znów nie pomylę. Wyszło, że najprostszej robotki na świecie nie umiem  porządnie zrobić. Jak tak dalej pójdzie to jesień minie, a ja zrobić pary mitenek nie zdążę. Tak poza tym dzień trochę w locie. Oprócz wizyt u matki, zaliczyłam księgowe, potem z małżonkiem polecieliśmy jeszcze po gotowe dania na przyszły tydzień do restauracji pod miastem. Trochę podrożało, ale i tak mam pięć obiadów dla dwóch osób za 35zł czyli jakieś 17 z groszami na osobę. Taniej się nie da, nawet w fast foodach , których zresztą nie lubię i jeśli w ogóle sięgam po coś takiego to tylko na wyjazdach i tylko jak nie ma innej możliwości. A po obiedzie trzeba było uzupełnić zakupy. Kupiłam sobie dla frajdy łapki do garnków w kształcie dyń. Jutro planujemy prace na działce. Trzeba zwinąć parasol, zadbać o ostatnią grządkę i wysadzić cebulki kwiatowe. Mam też irysy do przesadzenia. Pytanie czy pogoda dopisze, bo już zaczynało kropić.  A w niedzielę wyjazd. Gdyby nie to, że bilety na koncert dostaliśmy w prezencie to byśmy się nie zdecydowali. Fakt, że trzeba opiekę dla matki zorganizować psuje cały system. Muszę przewidzieć wszystko w najdrobniejszych szczegółach. D. matki opiekunka już wyzdrowiała, zgodziła się zająć w niedzielę w porze obiadowej i kolacji. W poniedziałek rano wpadnie do niej moja synowa, obiad ogarnie D, a wieczorem ja już będę. Gorzej, że muszę jedzenie pochować po szafkach, bo matka wyjada wszystko co zobaczy i może na kolację na ten przykład nic nie zostać. Stąd takie drobiazgowe plany z mojej strony. Liczę jednak, że mimo wszystko złapię trochę oddechu.