babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

niedziela, 31 maja 2026

31.05.2026 Przydał się ten wyjazd

Po części rekreacyjny, po części służbowy. Zaplanowany na 3 dni. Pierwszy to dojazd, zakwaterowanie i odpoczynek , drugi atrakcje turystyczne i trzeci zwiedzanie fabryki i prezentacje i oczywiście powrót. Jechaliśmy z kolegą z zaprzyjaźnionej firmy. Do Swarzędza odwiózł nas starszy syn, a dalej jechaliśmy z kolegą. Jechaliśmy bez pospiechu , gadając o różnych sprawach mniej lub bardziej istotnych, żartowaliśmy sobie – zwyczajnie jak w podróży żeby nie było nudno a czas mijał szybciej. W Czechach kolega źle zjechał na rondzie i nadłożyliśmy trochę drogi , jakieś trzydzieści parę kilometrów ale w sumie na złe nie wyszło, bo widoki były przepiękne. Dotarliśmy jakąś godzinę i trochę przed czasem . Hotel „Prezidnzka Chata” okazał się prywatnym hotele właściciela fabryki.  Urządzony w stylu szwajcarskiej chatki tzw. Chatelet ( nie jestem pewna czy poprawnie to napisałam) ale nowocześnie. Pokoje hotelowe były w osobnym pawilonie i dosłownie mnie zatkało. Okazały się luksusowe . Nawet bardzo, pokażę na zdjęciach, choć nie oddadzą jakości. A do tego panoramiczne okno i las wchodzący niemal do pokoju!  Hotel mieści się w górzystym , mocno zalesionym terenie pomiędzy Liberec a Jablonec , czyli bardzo blisko granicy.  Dla samych widoków warto tam pojechać. Zastanawiam się jak w tym górzystym terenie i odległym od miasta ogarnęli sprawę mediów. Działał nawet internet , był zasięg w telefonach … Ciekawostka. Hotel „ „Prezidenzka” istniał już na początku XXw jak i kilka innych podobnych obiektów w okolicy , ale stał zapomniany przez wiele lat , przez jakiś czas służył jako schronisko ale gdy zaczęła się pandemia kupił go obecny właściciel i przekształcił w luksusowy obiekt. Przed kolacją zrobiliśmy sobie krótki spacer po terenie spacerowym i kolejne zaskoczenie; oprócz budynku właściciel wykupił poprzez fundację rodzinną kilkadziesiąt hektarów okolicznych łąk, po to by zostały na zawsze łąkami a nie dostały się w ręce praskich deweloperów. Kolacja była bardzo po czesku czyli „czośniczka” ( zupa czosnkowa , zresztą bardzo smaczna) i knedliczki z wołowym gulaszem, a potem na co kto miał ochotę. I do woli piwa . Ja nie skorzystałam , bo piwa nie lubię, zamówiłam sobie drinka. Przy biesiadnym stole gadaliśmy prawie do północy.  Następny dzień był przeznaczony na rekreację i aktywność na świeżym powietrzu. Zaplanowano nam spływ kajakowy rzeka Jizera. Po obfitym śniadaniu w hotelu wyruszyliśmy. Na miejsce jechaliśmy autokarem firmowym. Też luksusowym. Nie było to daleko , jakieś pół godziny jazdy bardzo stromymi i krętymi drogami . I tu mieliśmy co podziwiać, bo widoki rzucały na kolana. Czechy , nie te miejskie, znane z folderów turystycznych , ale prowincjonalne są bardzo piękne i bardzo , bardzo zielone. Królują wiekowe, dostojne świerki i fantastyczne złoto-zielone łąki. W miejscowości Mala Skala czekały już na nas kanadyjki i przewodnik. Po krótkiej instrukcji jak się poruszać tym sprzętem wsiedliśmy do łódek i zaczęła się wyprawa. Pierwszy raz płynęliśmy kanadyjką i jednocześnie górską rzeką. Na tym odcinku bardzo płytką i nie zbyt rwącą. Nurt przyśpieszał tylko momentami i na samym początku w miejscu małego progu , który trzeba było pokonać tworzył się wir. Od razu zrozumiałam dlaczego kanadyjka a nie kajak. Kajak na takie wody jest za ciężki.  Dla poczatkujących kanadyjkarzy szalejąca na kamieniach i piargach woda nie do ogarnięcia. Jak byśmy nie skontrowali, kręciliśmy się w kółko.I tu znów na złe nie wyszło, bo stanęło na tym ,że przewodnik popłynie z moim małżonkiem a ja zrobię zdjęcia a poniżej progu wsiądę i popłyniemy dalej. I tak się stało. Dalej już poszło. Było świetnie, choć trochę minęło zanim złapaliśmy odpowiedni rytm. Momentami rzeka zwalniała i płynęła leniwie , momentami stawała się bardzo płytka aż kanadyjka szorowała po kamienistym dnie , momentami tworzyły się wiry a nurt pędził jak szalony i wtedy niemal wszyscy kręcili się w kółko zanim udało się wpłynąć w środek i skierować dziób we właściwą stronę. Ze szlaku nie mam zdjęć , bo niestety nie było czasu ich robić, trzeba było panować nad kanadyjką i wiosłem.  Przed wypłynięciem zaokrętowaliśmy na kajak wielką , plastikową beczkę zakręcaną dużym korkiem. Te beczki służyły za wodoodporny magazyn, gdzie można było schować dokumenty, suche ciuchy i takie tam. Czesi zabierają na takie wypraw piwo i przechowaniu tego specjału też służą im te beczki. Oprócz kanadyjek były też w użyciu pontony, na których pływała młodzież szkolna. I tu kolejne zaskoczenie: jeden opiekun na 4 pontony , jak nam wyjaśnił nasz czeski opiekun grupy, u nich jest taka norma. U nas nie do pomyślenia. A już fakt, że młody wyleciał z pontonu i nikt z tego powodu problemu nie robił , młodzież wciągnęła zmoczonego delikwenta z powrotem i płynęli dalej traktując zajście jak przygodę. U nas – pewnie by się skończyło potężną awanturą z udziałem rodziców, prokuratora i telewizji.  Dopłynęliśmy do Turnov , po drodze robiąc sobie przerwę na lody i napój w leśnym ośrodku turystycznym z knajpką i w Turnov poszliśmy na obiad. Też czeski . Tamtejsza zupa z ziemniaków i placki ziemniaczane ale nie jak u nas z gulaszem ale podane jak burito. Wypełnione wołowiną i odrobiną modrej kapusty. Bardzo smaczne ale bardzo syte. Do tego większość piwo , my , opiekunka grupy i nasza znajoma z  której mężem jechaliśmy prosecco. Wracaliśmy również autobusem , który już na  nas czekał na parkingu przed restauracją. Zdjęcia robiłam żyrandolom – zbudowanym z kufli od piwa. Po powrocie mieliśmy czas wolny, na wypoczynek, drzemkę, spacer  czy co tam kto chciał. Kręciliśmy się trochę po ośrodku i okolicy , a  potem czas był na kolejne jedzenie . Czesi karmią ; tłusto , słodkawo i obficie. Generalnie , jedzenie mają przepyszne ale ciężkie i nie jedzą warzyw. Na kolację do wyboru zupa koperkowa lub rosół i kaczka lub polędwiczki wieprzowe. Wybrałam koperkową i polędwiczki. No i oczywiście piwo lub coś… Damska część wycieczki , mój małżonek i kolega , który nas wiózł prosecco. Po kolacji, która miała miejsce w popbliskiej restauracji , do której szliśmy pięknym szlakiem z widokiem na Jablonec a okazała się również własnością fundacji właściciela fabryki wróciliśmy do naszego hotelu na ciąg dalszy, I znów piwo się lało a rozmowy ciągnęły długo. Uśmiałyśmy się do łez z koleżanką i jednym z instalatorów tłumacząc naszemu czeskiemu opiekunowi mówiącemu po polsku , zawiłości polskiego języka. Długo by opowiadać, zwłaszcza gdy omówiłam mu słowo żółć złożone z polskich znaków a koleżanka próbowała wyjaśnić znaczenie wylewania na kogoś żółci . Od razu pojawiło się „wieszanie na kimś psów” i temu podobne . Gość po każdym słowie miał coraz większe oczy, a my coraz większy ubaw. Chyba mniej teraz rozumie niż przed rozmową z nami.  Następnego dnia było zwiedzanie nowej fabryki , prezentacje sprzętu i powrót. Fabryka a szczególnie jej wystrój robi wrażenie , tu niestety był zakaz robienia zdjęć i jest to zrozumiałe. Ubrali nas w białe , mało stylowe kitelki i piorunochrony na buty po czym poszliśmy zwiedzać. Obejrzeliśmy pięć super nowoczesnych linii technologicznych , laboratorium , punkt kontroli produktów a potem przez stołówkę wracaliśmy do sali szkoleniowej. Na mnie wrażenie zrobiła stołówka . Bardzo długie , dobre 30 m pomieszczenie przechodnie , po jednej stronie wypełnione dolnymi szafkami, górnymi szafkami i pólkami wyposażone we wszystkie możliwe sprzęty; dwie zmywarki , kilka lodówek wbudowanych w szafki, dwa profesjonalne ekspresy do kawy , kilka kuchenek , dwa duże piekarniki , cały rząd kuchenek mikrofalowych naliczyłam 8 sztuk , a po drugiej stronie nie wielkie stoliczki z krzesłami , gdzie można spokojnie i wygodnie zjeść. Wszystko w pięknym szaro-zielonkawym kolorze z drewnianymi elementami. Można pozazdrościć warunków pracy. Po krótkiej przerwie weszliśmy do sali szkoleniowej , prezentacja zajęła dwie godziny , rozmowa kolejne dwie , na koniec jeszcze czekaliśmy chwilę aż nasi znajomi załatwią sprawy formalne, bo to oni są dystrybutorem producenta na Polskę zachodnią i byli organizatorami tego spotkania. W tym czasie rozmawialiśmy z czeskimi opiekunami – prawie wszyscy mówią a przynajmniej rozumieją j. polski. A potem już wyruszyliśmy w drogę powrotną. Około 21.00 byliśmy w Swarzędzu ,gdzie odebrał nas syn z wnuczką. I oczywiście jak to faceci , musieli obgadać fury. I tym sposobem dotarliśmy do domu około 23.00. Było warto. Pogoda nam sprzyjała , około 20 stopni to akurat na takie wyprawy , a ja odcięłam się od wszystkiego. Jakoś tak psychicznie odpoczęłam, chociaż wczoraj jeszcze dawał mi się we znaki kręgosłup, bo kanadyjki nie mają podparcia pleców w przeciwieństwie do kajaków. Wpis wyszedł długi więc fotorelacja jutro. 

sobota, 30 maja 2026

30.05.2026 Kochani, już jestem !

 Wróciliśmy wczoraj ale późno, dlatego już nic nie pisałam. Było super i o tym opowiem, może nawet jutro i uzupełnię zdjęciami, może jakimś filmikiem. Trochę ich zrobiłam. A dziś oczywiście mnie dopadła szara rzeczywistość ; zakupy dla matki plus wizyta rano, ogarniecie bałaganu po rozpakowaniu, pranie , zakupy dla nas i oczywiście działka. Zielsko się rozpanoszyło, roślinki o wodą aż się prosiły, wzeszła fasolka, podrosły ogórki, zakwitły pomidory i obrodziły truskawki! Ale jutro będzie uczta ! Bo zamierzam zrobić z nich deser ( ze śmietanką oczywiście) i upiec placek z truskawkami. Niestety, jeszcze nie koniec moich zajęć, muszę zmienić pościel oraz pokroić koperek, który też obrodził i zamrozić. Miłej niedzieli ! 

wtorek, 26 maja 2026

26.05.2026 No to jadę

a dokładniej to jedziemy w delegację do Czech. Walizka spakowana na wszelkie pogodowe okoliczności, trochę kaski wymieniliśmy na korony, choć program jest taki, że raczej zakupów robić nie będziemy. Znalazłam przy okazji zgubiony numer Focusa o teoriach spiskowych. Co się go naszukałam to moje, a tymczasem leżał sobie spokojnie w walizce od czasu poprzedniego wyjazdu na Dolny Śląsk. O urwanej nóżce od walizki też nie pamiętaliśmy. Małżonek naprawił z pomocą drewnianego klocka dwóch śróbek i taśmy izolacyjnej. Jeszcze pożyje.  A skoro wszystko gotowe , to kiwam Wam łapką na do widzenia i znikam na trzy dni. 🖐🖐🖐

poniedziałek, 25 maja 2026

25.05.2026 Trochę mi szwankuje

logistyka. A to w związku z wyjazdem do Czech. Koniec miesiąca to i zobowiązania z tym związane. Trudno, najwyżej zrealizuję 3 dni wcześniej. Raczej się nikt nie pogniewa. Mam mieszane uczucia tak w ogóle, bo z matką coraz trudniej nawiązać kontakt. Może nawet nie tyle o kontakt chodzi , co o jakiś efekt. Dziś pani D zadzwoniła do mnie, żebym namówiła matkę na ubranie się i wyjście  na spacer, bo ostatnio narzekała, że wciąż tylko w domu i już nie może wytrzymać i w ogóle. A jak D podchwyciła i chciała jej pomóc się ubrać i wyjść , to matka w drugą stronę: ona się źle czuje, nigdzie nie idzie itd. Dobra, zadzwonię ale nie gwarantuję , że się uda, bo od rana już były fochy , o szklankę wody do tabletek. Przyniesienie z kuchni przerasta jej możliwości przecież. No i miałam rację. Mało, ze nie dała się namówić, to jeszcze nawrzeszczała na mnie, że co ja chcę i w ogóle krzywdę jej robię. D też nic nie wskórała, bo "ona z taką młodą nie będzie nigdzie chodzić". Tyle, że D jest w wieku moich synów... No , to mam w takim układzie dylemat. Trudno przewidzieć co się może wydarzyć. Z drugiej strony jak się choć na krótko nie urwę, to kota i kukunamuniu na mózg  dostanę. Na razie jeszcze nizcego nie spakowałam na wyjazd, bo prognozy pogody są co najmniej dziwne. Co sprawdzam to inne : raz upał, za chwilę ochłodzenie i tak w kółko. Jakie by nie były, atrakcji parę się szykuje. A następny tydzień Kaszuby i to mnie cieszy najbardziej.  

niedziela, 24 maja 2026

24.05.2026 Grill rodzinny

 A miała być tylko kawa, ciasto i lody . Młodzież jednak zarządziłą grilla , no i był. Jak zwykle dopadł nas deszcz. Co prawda po półgodzinie po deszczu już śladu prawie nie było więc grillowanie się odbyło. Na szybko, późnym wieczorem kupiliśmy paczkę pyzów, przed obiadem zrobiłam do nich masło czosnkowe , a resztę załatwiła młodzież. Nie możliwe , ale tym razem na działce nie pracowaliśmy! Chyba po raz pierwszy odkąd na nią jeździmy i się nią zajmujemy. Przyjemnie się siedziało, nie powiem ,że nie. Żółte krzesełko zagospodarowało się samo. Młodsza młodzież przyniosła mi piekną kompozycje w ceramicznej donicy złozoną z goździków, lawendy i czegoś zwisającego. Pasuje idealnie. Na hortensję od starszej młodzieży nie mam na razie pomysłu. Stanęła przy największej fontannie, na razie. Po powrocie z naszych podróży znajdę jej odpowiednie miejsce w ogrodzie i przesadzę. Parę dni w donicy powinna dać radę. 

Tak poza tym , wnusia razem ze swoją szkolną drużyną strzelecką zajęli I miejsce w klasie karabinku sportowego a indywidualnie zajęła III miejsce w strzelaniu z pistoletu. I sama zrobiła cytrynowy sernik na zimno, który przyniosła na podwieczorek. A moi wnukowie - tu mnie zaskoczyli maksymalnie - obaj będą tańczyć poloneza, na rynku naszego miasta. Od niedawna powstał taki zwyczaj , że szkoły na koniec roku tańczą . Tym razem padło na ich szkołę. Nawet nie wiedziałam ,że jest w mieście i okolicy taki zwyczaj. 

sobota, 23 maja 2026

23.05.2026 Nie będę pisać, pokażę

 



Nie o to mi chodziło , ale zdjęcie jest ładne, z widokiem na naszą gruszę więc je zamieszczam 




Parasol otwarty , sezon można zaczynać , a to nasz taras w nowej odsłonie niby- żywopłot gotowy 

Dekoracje po owemu ; Eustachy Tarasowy i Eustachy Junior.  A to dlatego, że według Eustachy-Gangu każdy kot to Eustachy. Jest jeszcze pewien Stefan, który okazał się Stefanią i pewnie przez to, że została zdemaskowana ma mord w oczach , ale to osobna historia. A Eustachy-Gang to szóstka zwariowanych nastolatków z liceum wojskowego, w konfiguracji ich 5 , on 1. 


Słowiańskie skrzaty w nowej odsłonie. Zbylut ma śrubkę w głowie, bo mu się czapeczka odłamała i nie dało się przykleić, ale mój małżonek to "pomysłowy Dobromir" - naprawił


Nowa fontanna w beczce, którą uratowałam w ubiegłym roku przed GPESZOKIEM 


Obok latarenki stanęła jeszcze jedna , mniejsza , która w ubiegłym roku stała na tarasie 


Obok Galerii Czajnikowej - coś będzie , na razie nie mam pomysłu jak zagospodarować to krzesełko, ale na tle tej tui też wygląda 


Kwiaty w skrzynkach dopiero startują więc na razie efekt słaby, ale świecące konewki nadrabiają te braki 


I widok ogólny na PDzO - na pierwszym planie w prawym dolnym rogu widać orliki, które posadziłam w ubiegłym roku - one naprawdę są czarne z fioletową poświatą. Nikt takich nie ma; po ogródkach królują różowe i biało- różowe. 


p.s. tę trzecią , największą fontannę pokażę osobno , bo na razie działa, ale jest w budowie. 
Dobrej niedzieli ! 



piątek, 22 maja 2026

22.05.2026 No nie da się i już

 nie kupić kwiatów do posadzenia. Dziś kupiliśmy goździki brodate i jeden tak zwany chiński, za to w pięknym wiśniowym kolorze. Jeszcze takich nie widziałam. A plan był taki, że jutro nie sadzimy, a upiększmy nasz PDzO i ogródek. A jest co robić, bo przyszedł sztuczny żywopłot , który planujemy rozpiąć na osłonie tarasu. Mamy dwie półki do podwieszenia, wieszaki w starej altanie do narzędzi, ustawić fontanny i zalać wodą i jeszcze parę innych spraw. Ale to plany na jutro. Dziś w miarę spokojnie, poza tym ,że musiałam kilka razy do paczkomatu się udać, bo paczki z towarem przychodziły dziś w różnych porach. Po południu pojechaliśmy na zakupy i stąd te goździki. Oprzeć się nie sposób. Oprócz zwykłych zakupów cotygodniowych kupiliśmy też napoje, żeby były na niedzielny podwieczorek .Jak zwykle zrobiłam też  zakupy dla matki na cały tydzień. I tak to minął kolejny piątek , na prozaicznych drobiazgach.