trawersując tytuł niegdyś popularnej piosenki. Długa się okazała ta moja niedziela a już na pewno przedpołudnie. Pozbierałam się dość wcześnie, bo dziesięć po siódmej. Miałam plan , że sobie posiedzę w spokoju, wypiję jakąś kawę , przygotuję się do wyjazdu do matki, bo zamierzałam jej zmienić pościel i zabrać rzeczy do prania a tu plan się posypał jak tylko weszłam do kuchni. Z lodówki pociekła woda. Domyśliłam się, że przepełnił się pojemnik na skropliny. Znaczy zatkał się odpływ. Powycierałam, zabezpieczyłam i pora była ruszać z domu. U matki trochę mi zeszło, wiadomo zmiana pościeli chwil zajmuje a przy fochach mojej matki to razy dwa. Potem jeszcze kazałam jej się przebrać, zrobiłam śniadanie , no potrwało. Po powrocie obudziłam małżonka, działka najwyraźniej go zmęczyła, bo niby był obudzony jak wychodziłam , ale zasnął. No i zabraliśmy się od razu za opanowanie tej klęski żywiołowej. Też zeszło, mimo, że kiedyś już nam się coś takiego zdarzyło i wiedzieliśmy co robić. Na szczęście remontując kuchnie przemyśleliśmy każdy szczegół i lodówka stoi na wózku. Wyciągnięcie jej z zabudowy nie stanowi problemu . A jak już wyciągnęliśmy i odetkaliśmy odpływy i zebrałam resztę wody to od razu ją umyliśmy i odkurzyliśmy wnękę. Znowu zeszło. Rozkład jazdy na dziś tym samym poszedł w... chatkę z piernika. Na szczęście obiad miałam gotowy, tylko do odgrzania. Ponieważ została mi niecała godzina do kolejnej wizyty u matki zabrałam się do prasowania. Ograniczyłam się do koszul małżonka. Reszta została i może ogarnę to jutro ale to się okaże. Mamuśka oczywiście musiała narozrabiać. Mimo solidnego śniadania dobrała się do tego co było w lodówce. Powyjadała wszystko. Zrobiła przy tym taki bałagan w kuchni, że znów musiałam sprzątać. No cóż... Po naszym obiedzie odpuściłam całą resztę. Po prostu przeleżałam na kanapie aż do piątej. Nawet czytać mi się nie chciało.
Tak poza tym, mam dylemat. Nie wiem czy dobrze robię. Tłumaczę sobie, że ktoś powinien skoro matka sama o tym nie pomyślała a teraz nie pomyśli z racji demencji a ja jestem osobą praktyczną i zorganizowaną , lubię mieć wszystko przygotowane na różne okoliczności. Robiąc , a raczej usiłując zrobić jako taki porządek u matki , przejrzałam jej garderobę. Doszłam do wniosku, że muszę o to zadbać w kontekście jej wieku (dobiega lat 90-ciu) i prawdopodobieństwa odejścia. To co ma albo jest za małe, bo ograniczając się tylko do siedzenia w jednym miejscu i jedzenia niestety mocno przytyła. A to co może by pasowało ma tak znoszone, że właściwie do wyrzucenia. Jeśli ja nie zabrałam do prania czy nie ponaprawiałam to sama tego nie zrobiła. Gdyby co, nie miałabym jej w czym pochować. Owszem , kupiłam jej wcześniej kilka ciuszków, ale raczej takich codziennych, które zresztą nieustająco piorę , bo ciągle czymś je poplami. I doszłam do wniosku, że muszę coś z tym zrobić. Zamówiłam dla niej kilka bardziej eleganckich rzeczy; suknię , buty, żakietowy sweter, bieliznę i rajstopy mam w zapasie na wszelki wypadek, bo jak potrzebne np. żeby zabrać ją do lekarza to nigdy znaleźć nie mogłam. No i gryzie mnie to czy powinnam myśleć o tym już teraz...