Kolejna niedziela minęła , właściwie to weekend cały minął nie wiadomo kiedy. Spałam dziś jak zabita. Dawno mi się nie zdarzyło spać prawie do ósmej. Jestem rannym ptaszkiem a dziś zwyczajnie zaspałam. Tak czy inaczej do matki pojechałam jak zwykle, ogarnęłam leki, zmieniłam jej pościel i zmusiłam do zmiany koszuli i bielizny w ogóle. Ubrała się jednak choć protestowała. Ostatnio ciężko ja namówić na cokolwiek. I w kółko zadaje te same pytania. No cóż... Lepiej nie będzie. Aż do obiadu miałam co robić. Nadganiałam to co zostało odłożone wczoraj na rzecz działki a potem usiadłam z czytnikiem. Nie mogę powiedzieć, że z książką , bo choć do czytania to jednak nie książka... A w trakcie szykowania obiadu upiekłam jeszcze placek rabarbarem. Tym razem nie drożdżowy a taki z przepisu , co nie może się nie udać z czasów ... ho, ho. ho! dawno minionych. Pyszny wyszedł. Zabrałam na działke , bo oczywiście pojechaliśmy. Nasi gospodarze mieli gości i całą gromadą wybrali się na spacer po alejkach. Towarzystwo oglądało działki i obgadywało. Słuch mam dobry i mimo, że siedziałam na schodku usłuszałam, "a tu jak ładnie" a gospodarz potakiwał "taaak, tutaj ładnie". Nie wiem czy puchnąć z zadowolenia czy się śmiać. Ale w sumie to miłe. Za wiele to dziś nie zrobiliśmy. Właściwie tylko stelaż do fontanny. Tej co w ubiegłym roku ale chciałam ją podnieść wyżej żeby nie zgniatała nam łączki. I nie skończyliśmy, bo zaczął nam się palić silnik od piły szablistej, którą przycinaliśmy deseczki. A dokładnie to takie narzędzie 5 w 1, bo może pracować też jako wkrętak, wiertarka i szlifierka oscylacyjna a nawet wyrzynarka. No pech, bo już bym dziś ustawiła i zalała wodą. A teraz wykorzystam jeszcze ostatnie godziny niedzieli i poczytam. A przynajmniej miałam taki plan. I nie ma to jak skleroza. Nie boli ale się człowiek nałazi jak głupi albo spali jakiś garnek . Właśnie spaliłam, wodę do zalania ogórków małosolnych... Noszszszsz...
Szafunierka babusi Marychy
babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy
niedziela, 10 maja 2026
sobota, 9 maja 2026
9.05.2026 Weekend z kosiarką
można powiedzieć. Połowa krzakowców latała dziś z kosiarkami. Mój małżonek tez , choć dość umiarkowanie. Naszym trawnikom wolno rosnąć jak chcą ale czasem trzeba trochę skrócić i wyrównać, żeby pobudzić wzrost. Coś tam na tym naszym ogródku zaczyna wschodzić, choć słabo. Noce wciąż zimne. Dziś posadziłam poziomki , posiałam fasolkę szparagową żółtą i zieloną , marchew, buraczki i mnóstwo jednorocznych kwiatów. Co wyrośnie ? Zobaczymy za trochę. Aha posadziłam też moje gladiole, te same co w ubiegłym roku, ale przeniosłam w inne miejsce. Małżonek skosił ten trawnik, przyciął sklejkę do naprawy krzesła, i wyrównał ścieżkę przy nowym płocie, bo po pracach ziemnych było nierówno i zdjęte dwie płyty. Ogródek wygląda coraz lepiej . No i mam już plony: rzodkiewki, sałatę z tunelu, koper , rabarbar , szczypior i ziółka . Najlepiej ma się lubczyk czyli po naszemu maga. Tak poza tym nasz ogród zachwycił znajomego. Przyjechał pożyczyć glebogryzarkę i przy okazji pokazaliśmy mu nasze pomysły. On zresztą też ma działkę , bardzo ładną , obsadzoną hortensjami - po poprzedniej właścicielce , choć co najmniej połowę mniejszą niż nasza. Najbardziej spodobały mu się u nas skrzynki na warzywa, czarne płotki i siedziska ze szpul po kablach. Za tydzień to już na pewno posadzę pomidory, paprykę i ogórki. Będzie po zimnych ogrodnikach i Zośce więc powinny już wytrzymać. Chciało by się zrobić więcej i więcej, ale niestety , wiek ma swoje prawa. Trzeba sobie dawkować przyjemności ogródkowe.
A nasza wnuczka wybrała się z koleżankami z klasy na dni otwarte do Wrocławia. I to nie byle gdzie , bo na Akademię Wojsk Lądowych. Jeszcze nie wiem jaki kierunek jej się spodobał i czy w ogóle. Za rok zdaje maturę i zaczyna planować przyszłość. A jeszcze niedawno oglądała z dziadkiem bajki o smokach i nosiła bluzeczki z księżniczkami z bajek...
piątek, 8 maja 2026
8.05.2026 W piątek jak to w piątek
Mnóstwo spraw do ogarnięcia, żeby na przyszły tydzień nie zostawiać niepotrzebnych rzeczy. Dziś też nie było inaczej. Pozałatwiałam , choć nie wszystko szło gładko. Popołudniu jak zwykle wybraliśmy się na zakupy. Dziś całkiem spore , bo i do domu na następny tydzień i na działkę to i owo i do biura i dla mojej matki. Nazbierało się. Planowałam jutro sadzić pomidory i paprykę , ale chyba poczekam. Wciąż zimno więc mogą nie przetrzymać. Chyba tylko tę fasolkę szparagową posieję. Bo fasolkę podobno najlepiej jest siać ósmego maja, czyli dzisiaj właściwie, ale chyba jeden dzień różnicy nie zrobi. A pamiętam ,że fasolkę w tym dniu zawsze siała moja babcia. W sumie dzień taki trochę nijaki. Nadal nie pada.
czwartek, 7 maja 2026
7.05.2026 Co z tym deszczem ...
Popadało dziś trochę dłużej niż wczoraj , jakieś pół godziny. Wiele to nie zmieniło , sucho koszmarnie. Na działkę wpadliśmy dziś w ciągu dnia, zamknąć bramkę. Wczoraj zostawiliśmy ją otwartą, bo na dziś zamówiliśmy wywózkę szamba. Gość się stawił około 10.00 rano, wypompował , a my pojechaliśmy zamknąć uliczkę. Mimo wszystko coś tam rośnie i coś wschodzi, ale słabo. A na dodatek bardzo się ochłodziło. Dziś było tylko 10 stopni. Zakładam jednak, że na weekend się ociepli i posieję tę fasolkę.
Inne sprawy bez rewelacji. Nadal siedzę w tych papierach, odkąd ten ksef zaczął funkcjonować to mam trzy razy tyle roboty co zwykle. A miałam mieć mniej... Kupiłam sobie bluzkę , a właściwie to bardziej bluzę , bo z kapturem. Mam już dwie sukienki w tym stylu, choć już nieco wiekowe. Bluza miała mieć kolor truskawkowy, ale faktycznie jest intensywnie czerwona. Do czarnych bojówek się nada... Będę miała coś nowego na wyjazd do Czech. Znów mamy zjazd instalatorów, a że my w rankingach zajmujemy wysokie pozycje to nas zapraszają. Chłopakom nie pasuje termin, to my się wybierzemy, bo czemu nie?
środa, 6 maja 2026
06.05.2026 Ale lało ...
całe 3 minuty (słownie trzy), a wszystkie mapy i prognozy wciąż o deszczu. Faktycznie spadł , ale jak już wspomniałam na początku, równe 3 minuty drobnego kapuśniaczka. Po kolejnych pięciu śladu po deszczu nie było. Co było robić, pojechaliśmy podlać, tak jak i wczoraj. Dziś przywiozłam mnóstwo rzodkiewek. Pożarliśmy wszystkie na kolację. Pyszne były i jakoś inaczej smakowały niż te sklepowe. Dużo lepiej. A będzie ich więcej. Kulki jakieś wielkie nie porosły, ale to z powodu suszy. A tymczasem na działce stanął nowy płot z elegancką bramką. Nie na całej ale z frontu. To została jeszcze ścieżka. Nie miałam w planach jej układać na nowo , ale jak się przyjrzeliśmy to niestety płyty są zużyte , część popękała a przez to nie zbyt wygodnie się chodzi. No i zwyczajnie nie pasuje do nowych porządków.
Tak poza tym nic nowego. Dni mijają , jeden podobny do drugiego, ale to długo nie potrwa. W przyszły tydzień musze w końcu ruszyć z tą wymianą umywalki i sedesu u matki i załatwianiem opieki dla niej na czerwcowy weekend. Pytanie co z tego wyniknie.
wtorek, 5 maja 2026
5.05.2026 A jednak zakwitły...
Kasztany oczywiście. Było tak zimno, że wyglądało na to, że tegoroczne matury odbędą się bez kwitnących kasztanów w tle. A jednak kwitną , przynajmniej u nas. Moja wnuczka już dziś może więc sobie zaśpiewać „już za rok matura” , bo faktycznie za rok, w pierwszych dniach maja zasiądzie do pierwszego w życiu egzaminu a od mojej matury mija dziś 46 lat. Właściwie minęło wczoraj. Bo dokładnie tak samo jak w tym roku, w osiemdziesiątym również 4 maja wypadał w poniedziałek. To nie był dla mnie dobry czas, właściwie to nie mam czego wspominać , bo tamten czas na dobrą pamięć nie zasługuje. Nie da się go jednak oddzielić od reszty swoich dni. Były, zdarzyły się, miały swój wymiar i minęły. Można je najwyżej oswoić i nauczyć się z nimi żyć. A nie było mi łatwo, bo i stres związany z samymi egzaminami, a nie były tak proste jak dziś i oględnie mówiąc ciężkie przeżycia w domu i fakt, że nie mogę pójść na wymarzone studia , bo rodzice w ostatnim momencie postawili mi swoje weto, pod absurdalnymi argumentami i jeszcze na domiar złego zmarła moja ukochana babcia, z którą byłam bardzo zżyta i niemal wprost z pogrzebu szlam zdawać egzaminy. Nazbierało mi się wtedy nie mało. Nasz rocznik był bardzo liczny, w naszym LO do matur przystępowało 6 klas. Pamiętam nawet temat mojej pracy z polskiego; „Polaków portret własny w literaturze” . Wymarzony wprost jak dla mnie, bo połączony z historią. Nie poszło mi za dobrze. Wstyd się przyznać na 3 , mimo, że za przedmiot jako taki miałam na koniec 5. Mój wychowawca i polonista w jednej osobie nie mógł tego zrozumieć. Namawiał na poprawkę -a wtedy były takie możliwości- ale nie skorzystałam, choć wiedziałam doskonale, że dałabym radę poprawić na 5. Znałam stan swojej wiedzy i wiedziałam na co mnie stać. Tym razem przyznałam się wychowawcy do powodów dla których nie podchodzę do poprawki, zwyczajnie się poddałam. Nie był zadowolony i nic dziwnego, bo przecież znał moje możliwości. Po matematyce za wiele się nie spodziewałam, bo przedmioty ścisłe to dla mnie zawsze była i jest czarna magia. Jestem umysłem humanistycznym i do dziś mam wątpliwości czy 2x2 to na pewno jest 4. Trochę żartuję, ale niestety taka moja przypadłość. Do egzaminu z matematyki jako klasa humanistyczna mieliśmy pecha. Gdzieś tam , na etapie kuratorium a może jeszcze wyżej, ktoś pomylił arkusze z zadaniami i nam przysłano zadania dla klasy matematyczno-fizycznej a „matematykom” nasze humanistyczne. Blady strach padł na grono profesorskie , na nas tym bardziej. Dyrektor próbował gdzieś dzwonić, coś odkręcać, egzamin się trochę opóźnił , ale nic z tego . Kazali pisać jak przypadło. Klasa mat-fiz wyszła po godzinie szczęśliwa, że zdała egzamin , bo co to dla nich rozwiązać zadania dla humanistów. My głowiliśmy się i głowiliśmy i nic z tego. Sprawę uratował nam groźny na co dzień dyrektor o wdzięcznej ksywce Beny. Wyprowadził wzory , podrzucił po klasie kilka bryków a dalej to już poszło. Zdaliśmy wszyscy z tego tylko dwie dziewczyny miały po 4 , jedna 5 a reszta równo i sprawiedliwie w tym ja 3. Co innego przedmioty dodatkowe. Rocznik mój a rok wcześniej mojego obecnie męża , wtedy chłopaka, i kilka po nas załapało się na eksperyment edukacyjny ( nie pierwszy w mojej szkolnej karierze zresztą) i wprowadzono , na wzór studencki możliwość napisania i obrony pracy na wybrany przedmiot lub połączone dwa przedmioty. Skorzystał rok wcześniej mój mąż i napisał pracę z fizyki połączoną z techniką ( nie pamiętam jak się ten przedmiot nazywał) , skorzystałam i ja i wybrałam historię oczywiście , a jako drugi tak zwany PNOS czyli politykę , co nazywało się propedeutyka nauki o społeczeństwie. Bo polityka już wtedy mnie interesowała. Temat mojej pracy też nie był podręcznikowy, bo o polskiej polityce morskiej od X do XVIII w w szkole raczej nie uczyli, co najwyżej była jakaś drobna wzmianka. Takich jak ja piszących pracę z historii było w szkole czworo. Mój kolega z ogólnej , również pasjonat, niektórzy uważali, że moja konkurencja i jeszcze dwie dziewczyny też z klas ogólnych. Zdałam z wynikiem bardzo dobrym a pracę określono jako daleko wykraczającą poza wymagania profilu humanistycznego. Pracę kolegi jako bardzo dobrą, zgodną z wymaganiami klasy ogólnej. A o tym jak pozamiatałam komisję krążyły potem w szkole legendy. Po prostu , do każdej pracy komisja przygotowała 10 pytań i jakieś pomocnicze były przewidziane, czas na przygotowanie odpowiedzi na każde z pytań . W sumie długo trwały te obrony. Zdawaliśmy alfabetycznie , najpierw kolega na B, długo to trwało, potem ja na L. Mnie poszło szybciej. Nie potrzebowałam czasu na odpowiedzi , na każde z pytań odpowiadałam od razu i wyczerpująco, bez pytań pomocniczych , a gdy padło 6 pytanie o zatrudnianie przez królów polskich piratów i budowę portów wojennych i na to również odpowiedziałam bez chwili namysłu z podaniem nazwisk tych piratów i warunków umów, jeden z profesorów po prostu przerwał egzamin. Stwierdził, że nie ma już o co pytać, dyrektor podchwycił , pogratulował mi wiedzy a mój wychowawca i historyk puchli w oczach z zadowolenia. Po ogłoszeniu wyników , jakieś 2 godziny później nawet jakimś „misiem” potraktowali. Egzamin z PNOS-u to już była tylko formalność… A potem było rozdanie świadectw i bal maturalny , na który zabroniono mi pójść. Pierwszy rozdział został zamknięty. Były marzenia i plany ale… życie ma własne , nie koniecznie zgodne z naszymi… Pamiętacie swoje matury ?
poniedziałek, 4 maja 2026
4.05.2026 Albo ja albo to cholerstwo
Ksef znaczy. Dziś , a właściwie to już od piątku toczyłam z tym wojnę. Nie będę opisywać problemu, bo to dość zawiłe. A efekt był taki, że wszystkie faktury, również te z nietypowym nipem przechodziły , a jedna od jednego klienta nie i za cholerę nie szło tego sprostować. Nie pomogło żadne AI i moje kombinacje na programie. W końcu zadzwoniłam na wsparcie do dystrybutora programu. Połączył się zdalnie i niby było jak trzeba , ale wpadł na pomysł, żeby aktywować jedną z zakładek i wpisać w zakładkę ten nietrybny nip. Nawet próbowałam w tym miejscu ale zakładki nie udało mi się aktywować, bo wpadli na genialny pomysł, żeby to było inaczej niż z pozostałymi. Kto miał o tym wiedzieć? No i w końcu zadziałało. W piątek zeszły mi na tym szaleństwie 4 godziny i dziś jakieś 3i pół. Jak bym nie miała co robić...
Tak poza tym normalnie. Ledwie wolne minęło a już roboty więcej jak włosów na głowie. Teoretycznie powinno już padać , ale jakoś się nie zapowiada.
I jeszcze jak obiecałam wczoraj, kilka fragmentów z koncertu.