babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

czwartek, 18 czerwca 2026

18.06.20026 Zaczęłam ogarniać

 i w miarę sensownie funkcjonować w nowej - niestety nie lepszej rzeczywistości, którą mi mamuśka zafundowała. Jak zwykle poukładałam , ustaliłam , trzymam się schematu, logistyka działa. W tym jestem dobra, Organizacja to zdecydowanie moja mocna strona. Bywa, że mnie coś zaskakuje i wywraca grafik ale szybko wracam na ustalony tor. Tak i tym razem. Sukcesywnie wynoszę matki "skarby" i robię porządki. Na razie w kuchni ; jakieś puszki po czymś, stare butelki , plastikowe pojemniki i inne dawno przez nią zapomniane klamoty. Tak poza tym w pracy jak zwykle. Popychamy te kontrakty i zaczyna to już coraz lepiej wyglądać. Może na jesień będzie koniec. Oczywiście jeśli znów nie zawalą czegoś budowlańcy. 

Zrobiło się bardzo ciepło ale przecież już za 6 dni lato. 

środa, 17 czerwca 2026

17.06.2026 Już środa

 a to znaczy, że weekend coraz bliżej a jak weekend to nasze "rodos". Zapowiadają 35 stopni na plusie - jak ja to przeżyję? Lato ma swoje prawa a jednym z nich jest upał, muszę sobie poradzić. A jak już mowa o lecie to zakwitły lipy.  Pachną upojnie ! Zapach lip to zapach mojego dzieciństwa. Dzień minął dość spokojnie. Matka nic nie odwinęła a to już duży plus. Gipsu też nie zdjęła i widzę, że to zasinienie na ręce też zaczyna zmieniać kolor na żółtawy a opuchlizna się zmniejsza. To dobry znak, znaczy, że się goi. Może nie będzie tak źle. Tylko nie wiem jak ją wyciągnę na kontrolę we wtorek jak zalecili na sorze. Rozmawiałam z moją przyjaciółką, co prawda nie zajmuje się tymi akurat sprawami ale i tak podpowiedziała mi istotną rzecz. Muszę sprawdzić jaki matka ma stopień niepełnosprawności. Jeśli chcę coś ugrać to powinna mieć "znaczny". jeśli ma inny to mam wystąpić z wnioskiem o podniesienie i uzasadnić pogorszeniem. Na razie i tak nie załatwię dopóki nie mam na piśmie ubezwłasnowolnienia z  sądu ale już \wiem od czego zaczynać.  

Po obiedzie pojechaliśmy na działkę. Przywieźliśmy koszyczek truskawek, sałatę i szczypior. Jest też groszek , ale jeszcze nie zrywałam. Inne roślinki podrosły i to sporo. Dwa dni deszczu i trochę więcej na plusie i od razu są efekty na grządkach. Zakwitła pierwsza z moich szlachetnych róż, suvenir. Ma piękny fioletowo - czerwony kolor wpadający w granatowy. Pozostałe dwie niestety nie dały rady. Jedna rośnie i wypuściła , ale nie zakwitła; może potrzebuje więcej czasu a trzecia zmarzła. Przycięłam ją radykalnie, może jeszcze odżyje ale małe szanse chyba. Nie mam doświadczenia z różami , muszę próbować. Na koniec starsza synowa wrobiła mnie w skracanie spodni. Jakoś poszło, chociaż materiał zdecydowanie nie na domową maszynę do szycia. Nie dość, że siepiący to jeszcze ciągliwy, ale dałam radę. 

wtorek, 16 czerwca 2026

16.06.2026 Taki sobie dzień

nic szczególnego. Matce jednak udało się wyplątać z temblaka i jeszcze sprytnie schowała go za krzesłem. Założyłam z powrotem , oczywiście się awanturowała i nie chciała zjeść śniadania - w ramach strajku pewnie. Pojechałam po raz drugi około 12.00 i dopiero ją namówiłam na jedzenie, chyba zapomniała że strajkuje, ale temblak miała i zjadła. Potem zajęłam się swoimi sprawami i nawet z przyjaciółką z LO pogadałam, ale inną , nie tą, której wczoraj szukałam. Zadzwoniła do mnie. W domu dokończyłam strój dla wnusi, jutro zabiorę go do pracy i dam synowi. Wnusia dziś wyjeżdża na wycieczkę więc sama nie zdąży odebrać. A wieczorem niespodzianka. Nie wiem co D jej zrobiła, ale matki nie poznałam. Grzecznie siedziała z gipsem i temblakiem na ręku, nie awanturowała się , ani nawet nie protestowała , że ma wziąć tabletki. Zrobiłam jej kolację i nawet poprosiła, żebym jej resztę zupy odgrzała a potem zagadywała mnie o działkę. Szok po prostu. Ciekawe na jak długo jej starczy. A ręka zadziwiająco szybko jej się goi. Dzień unieruchomienia i już jej zeszła opuchlizna, jeszcze nie do końca i ma siną tę rękę, ale różnica jest widoczna. Pogoda zaczęła się zmieniać, ociepliło się, przestało wiać i padać. Jak by na to nie spojrzeć za 8 dni kalendarzowe lato.  

poniedziałek, 15 czerwca 2026

15.06.2026 Z nudów na pewno nie umrę

 Jazdy z matką ciąg dalszy. Rano znów miała zdjęty gips. I nie pojmuje, że ma go mieć na ręce bo ma złamaną. Dziś jednak ją uziemiłam z pomocą swetra. Gips założyłam z powrotem zawiązałam chustę a potem wzięłam ciasny sweter , założyłam na lewą rękę i przez głowę a pusty rękaw wciągnęłam do środka i przełożyłam na plecy a potem obciągnęłam sweter aż do bioder. Z tego już się nie wyplątała. Później pojechałam do sklepu medycznego i kupiłam temblak z paskami. Jak wyłożyłam sytuację to mi sprzedawca wybrał taki z paskami zapinanymi na plecach. Nawet mnie w to ustrojstwo zapiął, żeby pokazać jak to działa. No, tego na pewno nie odepnie, nawet ja miałam kłopot, żeby sięgnąć na plecy lewą ręką. Założyłam jej wieczorem , zobaczę jak się sprawdzi. D, matki opiekunka nic podejrzanego mi nie zameldowała a to znaczy, że sobie poradziła. Oczywiście te moje pomysły nie przeszły bez problemów. Awanturowała się jak zwykle. Rozpytałam trochę o domy opieki. jeden mi odradziła D, chociaż tam byłoby najprościej załatwić, ale warunki dość marne. Dwa inne, prywatne, w okolicy około 20km od nas byłyby do przyjęcia ale dość drogie i długo czeka się na miejsce. A kolejny kawałek dalej , bo jakieś 40km (odległość też do przyjęcia) który specjalizuje się w opiece nad ludźmi z demencją niebotycznie drogi. Do mojej przyjaciółki z LO , która pracuje jako psycholog -orzecznik się nie dodzwoniłam, pomyślałam, ze ona może się orientować, bo ma z takimi sprawami do czynienia zawodowo, może coś podpowie. Spróbuję jutro. Zresztą nie ma pośpiechu , bo i tak nie mam wciąż orzeczenia z sądu a bez tego nie podziałam.

Tak poza tym szyłam dla wnuczki strój na Pyrkon, Nawet nie źle to wyszło. Taka wojowniczka. Pytanie co to za postać. Podobno z nowych filmów Marvela, nie zapamiętałam imienia niestety  ale odkąd wnusia zrobiła się samodzielna i nie oglądają już z dziadkiem filmów fantazy więc i ja wypadłam z tego universum. Jutro dokończę ręcznie kilka drobnych detali i będzie gotowy. 

niedziela, 14 czerwca 2026

14.06.2026 Wczoraj

 miał być pogodny wpis ogródkowy o pieleniu , sadzeniu kwiatków i te rzeczy a tymczasem od wczoraj zaliczam kolejną jazdę bez trzymanki z mamuśką w roli głównej. Rano było wszystko dobrze, grzecznie się przebrała, połknęła tabletki i nawet specjalnie nie protestowała, zrobiła sobie sama kawę, nawet o działkę wypytywała więc specjalnie się nie przejęłam tym co się dzieje , pozbierałam śmieci, spakowałam do worka foliowego zużyte pieluchomajtki, poukładałam w kuchni jedzenie i pojechałam. Dzień spędziliśmy na działce i jakoś przed siódmą się stamtąd zwinęliśmy i od razu pojechaliśmy do matki. Zwykle tak około 19.30 do niej zaglądam z wieczorną tabletką i jak trzeba to szykuję do spania. Czasem trzeba jej pomóc się przebrać , czasem posprzątać kolejne śmieci, w sumie nic wielkiego. A wczoraj wchodzę do domu i widzę, że w drzwiach do pokoju leżą dwa jej swetry. W pierwszej chwili pomyślałam ,że pewnie chciała poukładać albo schować do szafy, upuściła i nie pamiętała, że ma podnieść. Wchodze do pokoju i zdębiałam , dosłownie mnie zatkało. Stolik odsunięty pod szafę , radio gra a mamuśka leży na podłodze na kołdrze z poduszką pod głową poprzykrywana jakimiś swetrami, ręcznikami , nocnymi koszulami i nie wiem czym jeszcze. Obok niej leżą zdjęte pieluchomajtki i nocna koszula , którą dzień wcześniej przyniosłam wypraną i położyłam jej na fotelu, całkiem mokra. Z jednego i drugiego dosłownie ściekało. Nie sprawdziłam co. Mówię do niej co ty robisz, na tej podłodze, czemu nie leżysz na łóżku. "Tak się położyłam". ???? Dalej wstawaj mówię, pomogę ci się podnieść, złapałam ją za ręce , zaczęła wrzeszczeć, ona nie może , wszystko ją boli, w ogóle umiera , ale mi podpadło, bo zauważyłam ,że ma siniak na prawej ręce , Pytam się co zrobiłaś , uderzyłaś się ? Wrzeszczy: nic nie zrobiłam , wszystko mnie boli , w ogóle umiera. Popatrzyłam uważniej na tę jej rękę  i widzę , że ma jakąś dziwnie skrzywioną. Zaczęło mi coś świtać, pomyślałam ,że mogła złamać, a jak nie może się ruszyć i wszystko ją boli , to może być, że ma coś więcej uszkodzone niż rękę. Zawołałam małżonka, żeby mi pomógł ją podnieść. Podparł ją pod ramiona, ja chwyciłam za lewą rękę i pod kolanami , żeby jej nogi ułożyć w pozycji do wstania , matka znów wrzeszczy, że nie może , że ją boli i w ogóle umiera . Wezwałam pogotowie. W międzyczasie małżonek pojechał po moją torebkę, bo na działkę nie zabierałam , a tam noszę wszystkie dokumenty. Ratownicy przyjechali za jakieś 20 minut zaraz po nich małżonek z dokumentami. Wyjaśniłam co i jak , z matką się nie dogadali , ona nic nie zrobiła, nie wie kiedy się to stało i w ogóle wszystko ją boli i tak dalej. Jak zaczęli ją pytać to wyszło , że jest 2020 rok. Cała ta ich rozmowa z nią to był jeden cyrk. Zabrali na sor. Jaki cyrk odstawiła przy ubieraniu i podnoszeniu to opisać trudno, wcześniej przy badaniu też , ale orzekli , że tylko ma złamaną rękę. A jak ją na tym krzesełku "chodzącym po schodach" znosili na dół to nadal marudziła i to tak głośno, że sąsiedzi powychodzili patrzeć co się dzieje. Pierwsze co zrobiłam jak wyszli to ogarnęłam bałagan i wywaliłam śmieci, które trzymała w torbie na kółkach za drzwiami. Dawno to chciałam zrobić ale nie miałam jak, bo widziała i od od razu była afera. Stwierdziłam ,że nie mam co lecieć od razu na sor, bo zanim zrobią badania i ją poskładają to ze dwie godziny zejdą. Pojechaliśmy do domu coś zjeść , przebrałam się w normalne ciuchy i dopiero pojechałam. I tak musiałam czekać jeszcze godzinę i trochę, aż ją wypiszą. I jak tak siedziałam na tej poczekalni z czytnikiem w ręce i niby czytałam ale gdzieś mi się po głowie tłukło to co zastałam i co ona mogła zrobić. No i znów mi  coś zaczęło świtać; bo gdyby nawet spadła z kanapy razem z pościelą i nawet ściągnęła sobie poduszkę i podłożyła pod głowę to musiałaby leżeć przodem do drzwi a leżałam tuż przy drzwiach i nogami w stronę okna. No i ten przysunięty pod szafę stolik. Normalnie ma go tak, ze siedząc na kanapie może sobie na nim postawić telefon , kubek z kawą itp. Stolik nie ma kółek więc sam nie odjedzie. Najwyżej mógł sie przewrócić. No i te ciuchy , którymi się poprzykrywała... Wszystko co jej przyniosłam wyprane i położyłam na fotelu , żeby sobie schowała do szafy... No , zagadka stulecia... Musiała z premedytacją sobie to legowisko zorganizować... Nadal jednak nie wiem jak sobie tę rękę złamała. Nie chce używać chodzika, wciąż chodzi z tą swoją laską i zamiast się nią podpierać to trzyma ją w powietrzu, podejrzewam , że się jakoś o nią zahaczyła i upadła. Odebrałam ją z tego soru,  odwiozłam do domu , położyłam do łóżka i pojechałam. Dotarłam do domu o północy. Tyle, że to nie koniec. Rano wchodzę do domu , a pojechałam trochę wcześniej niż zwykle, żeby zrobić jej śniadanie i pomóc się ogarnąć , wchodzę i się zagotowałam. Zdjęła temblak i gips też. Miała założoną taką rynienkę. do połowy, zabandażowaną i unieruchomioną chustą. Nawrzeszczałam na nią , założyłam z powrotem , ogarnęłam co trzeba , zapowiedziałam ,że przyjadę z obiadem i pojechałam , przyjechałam z obiadem i znów to samo, gips zdjęty, ręka boli, spuchła jak bańka , założyłam jej gips z powrotem . I tak jeszcze kolejne trzy razy. Byłam tam w sumie w ciągu dnia sześć razy. Łapy mi opadają. Kłóci się ze mną , że ona nie ma złamanej ręki i po co ona ma te rękę unieruchamiać i chusta jej przeszkadza i w ogóle. Nie wiem co z tym zrobić , no nie wiem i już. Jak jutro znów ten gips zdejmie to chyba ją znów na sor zawiozę i się jakoś dogadam ,żeby w szpitalu została, bo inaczej to jej się ta ręka nigdy nie zagoi albo jakiś stan zapalny dostanie i w ogóle źle się skończy. Mam nadzieję, że po drugiej tabletce nasennej faktycznie zaśnie i nic już nie odwinie przynajmniej do jutra. Jedną jej podałam o wpół do ósmej ( nie zadziałało), drugą przed niecałą godziną.  No i tyle z mojego weekendu... 

piątek, 12 czerwca 2026

12.06.2026 Tydzień śmignął

 z prędkością światła. Nie powiem ,że mnie to  nie cieszy. Dwa dni wolne , dwa dni na działce. No nie całkiem , bo w niedzielę musimy odwiedzić cmentarze, 9 i 10 przypadały imieniny teściowej szwagierki, jutro imieniny dziadka małżonka a w niedzielę urodziny mojego ojca. Trzeba im znicze zapalić ... Ale po kolei. Dziś za wiele roboty w biurze nie było, jakimś cudem wyrobiłam się w trzy dni po tej wyjazdowej przerwie więc się urwaliśmy po zakupy ogrodowe. Konkretnie to preparat na mszyce, bo mi na bób zaczęły włazić, a jak na bób to za chwilę się wszędzie rozpanoszą. Trzeba coś zaradzić. No a jak już wpadliśmy do "mrówy", to i na kwiatki. Do działu z roślinami znaczy. I oczywiście pusto nie wyszliśmy. Naszym łupem padły dwie doniczki nachyłka barwierskiego i coś do skalniaka. Potem jeszcze po drodze zahaczyliśmy o brico, bo małżonek jakiś zaworek potrzebował i znów na kwiatki. Tym razem wyszliśmy z jeżówką w pięknym ogniowym kolorze i serduszką. Moja , którą posadziłam z kłącza chyba zmarzła, bo nie widzę rosnącej. A tu się trafił większy krzaczek już kwitnący.  Będzie jutro co robić. Jest jeszcze parę roślinek, które mamy w planach i na pewno po nie wrócimy. Pod koniec dnia wpadła do biura nasza wnusia , żeby opowiedzieć o egzaminach. Zdawali na poligonie , w centrum szkoleń w Poznaniu. Za zadanie miała rzut granatem do celu, ratowanie rannego na polu wali i składanie słynnego karabinu Grot. Luuuudzieee! Dziewczyny w wojsku !!! Aż mnie korci żeby "za moich czasów" - zawołać. Cała jej wojskowa klasa zdała. Wnusia bezbłędnie. A w najbliższym czasie wybiera się z klasą na wycieczkę a zaraz po ze swoją ekipą miłośników fantazy na Pyrkon. Babcia z dziadkiem nagrodzili oczywiście dobry wynik, bo jak inaczej. A starszy wnusiu kończy klasę ósmą i dziś właśnie mają zabawę z tej okazji... 

Po obiedzie jak co piątek wybraliśmy się na zakupy cotygodniowe. Za dużo dziś tego nie było, ale uzupełnić trzeba. 

czwartek, 11 czerwca 2026

11.06.2026 Cieszy mnie to,

że pada. Natura nadrabia miesiące suszy. Cieszę się , bo wreszcie wszystko podrośnie. Chwasty też , niestety. Chociaż nie, to nie są chwasty , to jest roślinność spontaniczna. Czego to ludzie nie wymyślą... 

Dzień jak każdy , bez rewelacji. Zaplanowaliśmy w końcu urlopy. Tym razem my pierwsi , bo już od 6 lipca. Na lipiec bierzemy też do pracy  jednego z naszych praktykantów. Zapytał czy mógłby popracować w wakacje. Czemu nie, zwłaszcza , że na praktykach się sprawdził. I znów trochę zaszalałam, zamówiłam wieszaki do lamp , które mają oświetlić patio. Lampy już mam. I może dokupię jakieś byliny na zieleniaku. Moja koncepcja "płonącego" ogrodu chyba się nie sprawdzi. Nie wszystkie kwiaty, które zaplanowałam dobrze się czują na gliniastym podłożu. A na razie to mam nadprodukcję koperku. Rośnie wszędzie nawet w trawniku. 

Wnusia zdała dziś egzaminy wojskowe czyli tak jakby zawodowe. Za rok przystąpi do matury.