babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

sobota, 24 stycznia 2026

24.01.2026 Hej Koperta , Koperta ...

 na melodię "Hej Kolęda , Kolęda"... Ksiądz po kolędzie nas dziś odwiedził. Nie zapraszaliśmy, u nas drzwi otwarte, zapytał czy przyjmiemy to wpuściliśmy. Nawet nie specjalnie kazał na siebie czekać i odśpiewał i odmówił po "łebkach". Mamy dość dziwny układ bloku więc trochę stracił orientację, ale mu wyjaśniliśmy gdzie ulica i orlen a gdzie droga na parafię. Bardziej od modłów zainteresował go nasz air frayer . Pogadaliśmy trochę wcale nie na tematy kościelne. Nawet kawały padły ( a może to suchary czy jakoś tak nowocześnie) , no i się zdziwił, że my 45 lat po ślubie w tym roku. Może nie wyglądamy... Różnie już na kolędach u nas bywało, ale dzisiaj było co najmniej zabawnie. Na koniec stwierdził, że sobie takiego air frayera kupi, złożył życzenia i poszedł. Kopertę z cołaskami wziął. Jak sobie poszedł to zabraliśmy się likwidowanie choinki. Bałagan był nie mały ale w sumie szybko poszło. Mam teraz parę kartonów do wyniesienia do piwnicy i trzy to wpakowania na nasz stryszek. Z dekoracji zostały mi bombki kolekcjonerskie na żyrandolu, świece i latarenki. Pewnie jutro pozdejmuję resztę a potem zrobię nowe dekoracje, które postoją do wiosny, a parę pomysłów mam.  

Czytnik rozpracowuję. Odkryłam parę funkcji, których się nie spodziewałam. Na przykład pobieranie z internetu albo  możliwość odtwarzania audiobooków. O przetwarzaniu na głos plików mubi i epub wiedziałam, bo było w opisie i jeszcze coś powiązane z androidem ale nie do końca wiem o co chodzi, muszę synalka informatyka dopytać. Bo to ma androida jak telefony komórkowe. "Psa Baskervilla" przeczytałam . Szybko mi poszło aż się zdziwiłam. Jakoś łatwo się na tym czyta. Za chwilę zrobię kolejny eksperyment , spróbuję zaciągnąć ebooki, które mam w komputerze. Ciekawe czy mi się uda.

Zamknęłam zamówienie na sadzonki i nasiona, teraz czekam na dostawę , chińskie allegro właśnie mnie poinformowało o wysyłce ptasiego płotka. Zapowiada się , że dokończymy w tym roku zagospodarowywanie ogródka. 

piątek, 23 stycznia 2026

23.01.2026 Co tu nie gra

 z moim lapkiem . Pewnie jakieś aktualizacje , bo w biurze działał a teraz staje w poprzek, zanim się coś otworzy to można obiad ugotować i zjeść. To się dziś tylko pochwalę. Mam już czytnik, z mnóstwem ciekawych funkcji i nawet kilka książek w różnych językach wgranych na powitanie. Po polsku jest "Pies Baskervilla" i to wersja w pierwszym tłumaczeniu na polski z zachowaniem pisowni i interpunkcji. Dawno czegoś takiego nie widziałam. I oczywiście już się do niej dorwałam. Świetnie się na tym czyta, literki sobie ustawiłam pod swoje potrzeby. I ciekawostka taka : czytnik ma tłumacza , tylko jeszcze nie wiem jak działa i jaki język i możliwość przetworzenia na głos. Chyba zrobiłam dobry zakup. Znaczy małżonek zrobił, bo mi zakup sfinansował -  niby, że na imieniny. 

czwartek, 22 stycznia 2026

22.01.2026 Po woli się kończy

 sezon na reniferki. U mnie co prawda ma się dobrze, przynajmniej do soboty , ale odwrót już widać. Znikają dekoracje w mieście, mniej światełek na osiedlu i choinek w oknach. Ja dziś schowałam gwiazdory i skrzaty , bo jakoś mi nie pasowały. Jutro chyba skasuję piernikową chatkę, w sobotę choinkę rozbierzemy. Sypie się już mocno , choć bombki jeszcze same nie spadają. Pora na zmiany a ja już mam mnóstwo nowych pomysłów na nowe dekoracje. Jutro odbieram zamówiony czytnik , jest już dziś ale nie miałam czasu po niego pojechać. Zamówiłam sobie kilka drobiazgów do ogródka i do dekoracji wiosennych. Nawrzucałam też do koszyka nasiona i sadzonki , głównie kwiatów. Potwierdzę zamówienie w przyszły tydzień. Dzień już dłuższy zdecydowanie. Do pracy wyjeżdżam za dnia i za dnia wracam , a jeszcze kilka dni temu wychodziłam o szarówce, wracałam po ciemku. A jak dzień dłuższy, no to ciągnie krzakowca do ogródka. Za kilka tygodni będzie trzeba pojechać obciąć drzewka. I na tym się staram skupić. Polityka mnie przerosła, coraz mniej pojmuję ten oszalały świat. Nawet nie wiem jak to wszystko skomentować. A póki co w firmie będzie trzeba wdrażać ksef ,czyli te wirtualne faktury. Ten co to wymyślił powinien wisieć na latarni i to głową w dół. Dwa lata temu to wycofali. Niby ma ruszyć od lutego dla dużych firm , dla takich jak nasza od kwietnia. Wszyscy liczą , że może jednak odroczą , ale ja słabo to widzę. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo to nudne dla przeciętnego śmiertelnika  ale to jest obliczone na zabicie małych firm.  Niczego nikomu nie ułatwi, narobi tylko zamieszania i kłopotów i dołoży roboty. No cóż , nie pierwszy raz. 

środa, 21 stycznia 2026

21.01.2026 Dałam radę ,

ale o tym potem . Drogie Babcie i Dziadkowie ( jeśli któryś się tu kręci) najlepsze życzenia z okazji naszego święta ! 

A dałam radę załatwić rzecz niemożliwą, no chyba, że się ma nadmiar kasy i fanaberie to można sobie zamówić nawet . Ja załatwiłam rzecz zwyczajną i za standardową kasę czyli 160zł czyli tablice rejestracyjne, ale nie takie do końca pierwsze z brzegu. A rzecz w tym ,że wszystkie nasze auta zawsze miały w rejestracjach 90, 900, 990, i kombinacje albo 69, 669 , 069 i wszelkie kombinacje plus odpowiednie litery. Jak się to udawało załatwiać na przestrzeni dziejów to już dłuższa historia , no i dziś właśnie byłam w komunikacji wyrejestrować auta sprzedane i zarejestrować to nowe , a dokładnie to  wymienić tablice na nasze miejscowe , bo to co prawda nasza regionalna stolica ale jak tu się pokazać w swoim mieście na poznańskich blachach?  No i stał się cud , bo powiedziałam , że bym się ucieszyła jak by się w rejestracji jakieś 669 , albo 69 znalazło, bo to nasza szczęśliwy numer i się znalazło. A najlepsze, że sprzedane auto, którym jeździł starszy synalek miało numer 669 + dwie literki i dostałam taki sam numer , też 669 + dwie literki tyle, że inne. Dobra jestem co - nie ? 

Tak poza tym , zamówiłam sobie czytnik do ebooków. W piątek mam do odbioru. 

wtorek, 20 stycznia 2026

20.01.2026 Jak komary

 małe ale wredne i upierdliwe i nie do pozbycia. Tak się mój wczorajszy dzień zaczął i jak tak się wszystko po kolei nakładało to koło południa miałam dosyć i jeszcze trochę a zaczęły by jakieś przedmioty latać w powietrzu. A zaczęło się przed wczoraj wieczorem. Jakiś "mózg" zajechał mi wyjazd z zatoczki. Ledwo się stamtąd wykulałam i to cud mniemany, ze nie obiłam ani stojącego pół metra przede mną ani tego co mi zajechał, a zostało mi po pół metra z każdej strony. Jak wracałam od matki to stał nadal, wjechać z powrotem do zatoczki już nie mogłam, ustawiłam auto w innym miejscu i co prawda przykryłam przednią szybę, ale reszta mi przez noc zamarła totalnie, bo miejsce takie z przeciągiem. Rano pół godziny zabawy z odmrażaniem. Po drodze do pracy musiałam wskoczyć do banku i oczywiście cały parking zawalony, zaparkowałam na chwilę po sąsiedzku, załatwiłam , podjeżdżam pod firmę i co ? Brama zamknięta, elektronika działa , bo lampka sygnalizacyjna świeci a brama ani drgnie. Nie dało się otworzyć ani z telefonu ani z pilota , szarpałam, popychałam i nic. Pomógł mi sąsiad, który akurat przechodził i tez nic. Zadzwoniłam po małżonka , podjechał i dopiero po kolejnym szarpaniu i popychaniu puściło. Już byłam 40 minut do tyłu. Poleciałam do matki, po drodze jeszcze po chleb dla niej i oczywiście jak to mamuśka; wszędzie bałagan. Pozbierałam szybko śmieci, poprawiłam obrus na stole i wytrząsnęłam , pięć tabletek, wyplutych i schowanych. Już nawet nie dyskutowałam , wróciłam do biura. Ledwie zdążyłam usiąść za biurkiem , telefon od starszego synalka. Potężna wpadka ze sprzętem klienta, miał być inny, przyszedł inny i co z tym robimy. Sprzęt kupiony w ubiegłym miesiącu. Pół dnia mi zajęło odkręcanie. A na koniec jeszcze wyszło, że drugie auto idzie na sprzedaż, trzeba pilnie ubezpieczyć bo dziś ostatni dzień , wypowiedzieć umowy w poprzednich ubezpieczalniach i znów, jak zaczęłam to wszystko wypełniać to wyszłam z biura o 17,00. Chłopaki  w tym czasie auto wystawili w internecie. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść jak dzwoni młodszy synalek, że mamy być w domu , bo już jedzie do nas klient na auto więc gdyby trzeba było podpisać umowę to zadzwoni, żebyśmy podjechali. Od wystawienia minęły 3 godziny. No i tu w końcu fart, klient przyjechał i auto kupił. Nawet gotówką zapłacił, co spowodowało kolejny problem , bo  musieliśmy podjechać do wpłatomatu i kasę na konto wpłacić , bo auto firmowe. Oczywiście wpłatomato-bankomat też ma swoje narowy jak zawsze i wpłacaliśmy na trzy podejścia , bo za jednym razem się nie dało. Jakieś szaleństwo... A nasz młodszy synalek to mistrz sprzedaży ; śnieg Eskimosowi by sprzedał i jeszcze kostki lodu w gratisie dołożył. W ciągu 4 dni opylił dwa firmowe samochody. Jedno nowe już mamy , pora myśleć o drugim ale ze spokojem. To będziemy leasingować. Temat pomylonego sprzętu po części ogarnęłam. Czekam na decyzję dostawcy. Totalnie mnie ten wczorajszy dzień wykończył. Na koniec już mi się nawet myśleć nie chciało. 

A dziś dla odmiany spokojnie i bardzo sobie to chwalę. Tak poza tym w niedzielę przedterminowy Dzień Babci i Dziadka nam się udał, dostaliśmy zabawne prezenty od wnucząt - postaram się obfotkować i pokazać, obiadek smakował a chruściki zostały pożarte co do okruszka. Jeszcze tylko porządek w pokoju musimy przywrócić po tej imprezie. Może później, bo na razie dobrze mi na kanapie. Miłego wieczoru. 

poniedziałek, 19 stycznia 2026

19.01.2025 Dzień źle się zaczął

 ale może lepiej skończy. Co i jak opiszę jutro, muszę odpocząć . Miłego wieczoru! 



niedziela, 18 stycznia 2026

18.01.2026 Czas studniówkowy więc dziś mała podróż w czasie

To już było , ale od czego są zimowe wieczory i... babcie.  Powspominajmy beztroskie czasy młodości, szkolnych przygód i pierwszych bali .  

W roku 1980 beztroski etap wczesnej młodości dobiegał końca . Nieuchronnie zbliżał się czas pierwszego w życiu poważnego sprawdzianu w postaci matur  i czas wyborów dalszych życiowych dróg. Czasy były ciężkie , półki sklepowe świeciły pustkami , Krajem targały strajki pracownicze a  mniej więcej na początku roku po raz pierwszy ogłoszono  sławetny 21 stopień zasilania, co w praktyce oznaczało wyłączanie prądu codziennie o określonej godzinie . Towarem pożądanym stały się więc oprócz innych dóbr także świece i baterie. Wyłączano konsekwentnie,  co skutkowało tym, że nie jedna rodzina się powiększyła , bo coś wieczorami robić trzeba było i pożytek był z tego taki ,że dobrze wpływało na politykę demograficzną . Dlaczego o tym piszę przy okazji studniówkowych wspominków ? Bo dziś, w dobie dobrobytu i powszechnego dostępu do dóbr i usług, taką studniówkę zorganizować łatwo . W roku 1980 nie było już dosłownie nic ; ani produktów spożywczych , ani ubrań , ani butów , ani tkanin , ani nawet proszku do prania . Żeby kupić cokolwiek , np. zwykłe rajstopy ,trzeba było wystawać w kolejkach , często wiele godzin. Trzeba mieć to na uwadze czytając moją opowieść z innej epoki . Starsze pokolenie wie o czym piszę .

A tymczasem …  Jako ,że na 100 dni przed maturą ,brać żakowska bawić się zwykła ... Każdy żak rocznik 1961 czyli mój,  otrzymał zaproszenie zawierające stylizowaną na staropolską treść  z informacją co , jak i gdzie . Te zaproszenia wysyłane indywidualnie do każdego przyszłego maturzysty należały do swoistego ceremoniału , bo od „wieków „ studniówki odbywały się w licealnej auli i klasach więc tak naprawdę potrzeby nie było .Zgodnie z tradycją naszej szkoły na czas studniówki sale lekcyjne dostawały nowy  wystrój. Nie było to łatwe zadanie, bo dekoracja musiała coś obrazować . Klasy rywalizowały ze         sobą , która zrobi to ciekawiej i lepiej  , ogłaszano też konkurs na najlepszą dekorację, za który nagrodą były torty. Ktoś z naszej klasy  rzucił hasło, żeby zrobić pod kątem profilu humanistycznego , reszta podchwyciła i po dwóch dniach ciężkiej harówki , z pomocą  kilku ojców i użyciem materiałów jakie kto zdołał zdobyć,  nasza klasa zmieniła się w chatę z –„Wesela” Wyspiańskiego , z prawdziwą słomianą strzechą, chochołami i lalkami postaci z –„Wesela”, które jakimś cudem udało się nam wypożyczyć z teatru. Lalki miały naturalną wielkość człowieka . Efekt przeszedł nasze najśmielsze wyobrażenia. Wylosowaliśmy też dekorowanie pracowni chemicznej , w której zazwyczaj bawiło się grono profesorskie i rodzice. Pracownię chemiczną przerobiliśmy  w dziedziniec średniowiecznego zamku , a zapach chemikaliów udało nam się zabić żywymi świerkami , których 6 sztuk dostarczył nam ojciec D., pracujący w nadleśnictwie. Wszyscy: i  nauczyciele i uczniowie  byli zdania ,że nasza –„Chata z Wesela ” wygra konkurs. Była jeszcze chata rybacka , którą  klasa biol -chem nazwała „Rybakówką” , galeria obrazów  , jakaś plaża  ,siedziba jaskiniowców i nie pamiętam już co więcej, jakiś kosmos i ufoludki chyba, ale pewna nie jestem .Jako klasie w 90% żeńskiej, wolno nam  było zaprosić kogo chcemy , ale za aprobatą wychowawcy . Oczywiście zaprosiłam mojego obecnego męża , wtedy chłopaka  . Jako były uczeń szkoły został zaakceptowany bez żadnych pytań  wychowawcy  , co w kilku innych przypadkach miało miejsce i jak mniemam , do miłych nie należało.
Dziewczyny jak to dziewczyny – prawie od początku roku szkolnego zawzięcie dyskutowały  o kreacjach , bo jakże mogło być inaczej.  Rodzaj żeński nigdy nie był inny  - za czasów  siermiężnego ustroju  socjalistycznego i pustych półek  również .Kryzys i braki w zaopatrzeniu  ale jak tu nie ubrać się na studniówkę ? Kombinowałyśmy materiały , wymyślałyśmy kroje i ozdoby. Moje  przyjaciółki E,R i D również  i ja także ,choć jak to ja w tamtym czasie - z umiarem . Pomysłów nam nie brakowało , choć obowiązujące w szkole zasady ograniczały nam polot i wyobraźnie do granatowo lub  czarno- białych kolorów i dwóch długości spódnic . Maxi i midi. Mini odpadało. Gorzej było ze zdobyciem materiałów , z szyciem już mniej – krawcowe miały się dobrze, a i wiele  pań domu radziło sobie wtedy z maszyną do szycia. Co do materiałów , to bywało różnie ; z braku czego innego nadała się i podszewka z satyny zamiast tafty i fartuchowy stilon zamiast mory czy szyfonu. Moja matka się postarała ; udało jej się zdobyć dla mnie czarną żorżetę na spódnicę i tzw. popelinę (rodzaj bawełny o grubym splocie z efektem lekkiego połysku) na bluzkę a nasza krawcowa wyczarowała dla mnie kawałek szerokiej wstawki  z angielskim haftem  .    E. wymyśliła sobie klasyczną , bluzkę koszulową i długą,prostą spódnicę z rozcięciem do pół uda – bardzo wtedy modne fasony ,  R. styl pensjonarski – szeroką , rozkloszowaną   spódnicę 5cm nad kostkę i wiązaną na kokardę pod szyją bluzkę , D. styl rodem z opery ‑Carmen ( za moim podszeptem zresztą , bo na ciuchy  nie miała pomysłu, choć w innych kwestiach wyobraźni jej nie brakowało) ‑ , a ja poszerzaną do dołu , długą do ziemi spódnicę i bluzkę z bufkami , stójką i naszytym w poprzek obojczyka i bufiastych rękawów angielskim haftem -w stylu z czasów zatonięcia Titanica. Moja krawcowa wywiązała się z zadania wprost rewelacyjnie , dodając ten haft z własnej inicjatywy. Wyglądałam w tym stroju prawie jak moja własna babcia , w czasach kiedy pracowała w majątku jako panna do towarzystwa dziedziczki. Brakowało mi tylko stylowego koczka na głowie , bo włosy obcięłam na krótko tuż przed 18-tymi urodzinami. Makijażem i tym razem nie zaprzątałam sobie głowy za nadto. Mojemu chłopakowi   kreacją się nie pochwaliłam . Zobaczył mnie w niej dopiero kiedy po mnie przyszedł. Tak, tak przyszedł – limuzyn ani nawet taksówek się nie wynajmowało jak dziś . Na studniówki po prostu się szło.  Na mój widok  nie krył podziwu. Kiedy wchodziliśmy na salę mój mężczyzna ubrany w strój wieczorowy natychmiast ściągnął  na siebie uwagę i zazdrosne spojrzenia większości moich koleżanek. Chyba dopiero teraz dostrzegły, że nie jest taki nieatrakcyjny jak myślały. A myślały i nie raz mi docinały z tego powodu . Fakt , wtedy nie był typem faceta , do którego dziewczyny ustawiają się w kolejkach. Puchłam w oczach z zadowolenia i trochę ze złośliwej satysfakcji i nie skromnie powiem ,że moja kreacja była chyba jedną z najciekawszych i oryginalnych.
Konkurs na dekorację wygrała klasa biol-chem ,ze swoją chatą rybacką. Daleko im było do naszej  z ‑ Wesela ‑ ale wtedy  nawet szkołą średnią,  rządziły układy.  Do ich klasy chodziła córka komendantki policji , osoby najważniejszej w mieście zaraz po naczelniku gminy i I sekretarzu PZPR . My  zajęliśmy II miejsce i dostaliśmy specjalne wyróżnienie za pracownię chemiczną , choć pracownia zawsze była poza konkursami . Jak nam powiedziano , bo po raz pierwszy w historii szkoły, w zabawie nie przeszkadzał zapach środków chemicznych.  Jak wszystkie imprezy w tamtych czasach studniówka zaczęła się oficjalnie , od przemówienia samego dyrektora szkoły , przewodniczącego komitetu rodzicielskiego i życzeń od wychowawców oraz uczniowskich podziękowań dla grona profesorskiego. Były też występy uczniów , między innymi kolega  z mat-fiz zagrał na pianinie fragment koncertu b-moll Czajkowskiego i wystąpił szkolny kabaret i oczywiście rozstrzygnięto konkurs na dekoracje.
Po północy zabawa przeniosła się z auli do klas. Na auli nadal grał zespół wynajęty na tę okazję  z pobliskiej jednostki wojskowej z Powidza, a w klasach magnetofony z muzyką bliższą naszemu pokoleniu, pracowicie nagrywaną nocami z radia Luxemburg z pomocą mikrofonów przystawianych do radiowych głośników, na taśmy „Stilonu „Gorzów lub w wersji ekskluzywnej ORWO produkcji DDR.   Nie pamiętam już jak to się odbyło logistycznie ,zajmowali się tym rodzice , ale w czasach totalnych braków w zaopatrzeniu i braku szkolnej kuchni stoły uginały się od jedzenia . Przygotowanie wystawnego przyjęcia dla ponad trzech setek ludzi to nawet dziś nie takie proste zadanie . Wtedy , w roku 1980 XX- stulecia , przy powszechnym braku wszystkiego i bez kuchni , niemal nie wykonalne. Jednak dali radę , choć do dziś nie mam pojęcia jak .
Z magnetofonu szpulowego „Miełodia ,taśm Stilonu – Gorzów i tonsilowskich kolumn płynęły w klasach, w tym i pod naszą słomianą stzrechą  spokojne ballady rockowe ,pary tańczyły przytulone do siebie albo znikały w co ciemniejszych zakamarkach dekoracji. My także wybraliśmy sobie zaciszny kąt za chochołem, ale tylko po to ,żeby się na chwilę przytulić , potrzymać za ręce, porozmawiać przez moment w spokoju. Swoim zwyczajem nie obnosiliśmy się z  naszą miłością . Teraz wiem ,że to miało swój sens i swoją moc , ale wtedy trochę mi tego uzewnętrznienia brakowało , zwłaszcza, że większość tak właśnie się zachowywała . Ludzie się kochali więc świat musiał to zobaczyć na własne oczy. Trudno stwierdzić co było tego przyczyną , być może ludzie w tej szaro – burej codzienności w ten sposób próbowali nadać życiu trochę barw? Uroczysty  nastrój, ukradkiem pociągany z butelek po oranżadzie alkohol -ale z umiarem rzecz jasna,  taniec i zabawa temu sprzyjały.
Bawiliśmy się cudownie , przekonani jak wszyscy młodzi ludzie u progu dorosłości , że świat rzucimy do swoich stóp i zdobędziemy szczyty . Ta radosna wiara udzieliła się i mnie , choć moje „coś mi mówi „ szeptało mi coś o złotym środku . 
Obecność ojca na zabawie tym razem mi nie przeszkadzała . I tak zresztą siedział w pracowni chemicznej razem z profesorami i resztą komitetu rodzicielskiego     ( dziś nazywa się to radą rodziców) , należał  do organizatorów więc na imprezie musiał być, ale zwyczaj nakazywał , że w tym dniu nie przeszkadzano młodzieży w zabawie . 
 Zabawa , jak wszystkie szkolne bale  w naszym LO zakończyła się przed 6.00 rano wspólnym pójściem na poranną Mszę św. do Fary . Przysypialiśmy siedząc w ostatnich ławkach zamiast słuchać nabożeństwa, ale tradycji szkolnej musiało stać się za dość. 

Dziś prawdziwych studniówek już nie ma – chciałoby się powiedzieć trawersując piosenkę . Nie mieli ich już moi synowie, którzy swoje studniówki świętowali tuż po przełomie wieków. Szkolne aule zastąpiły restauracje , a granatowo lub czarno- białe kreacje dziewczyn, strojne, obsypane cekinami wieczorowe suknie w przeróżnych kolorach , na studniówki już się nie chodzi a podjeżdża okazałymi autami. W naszym dawnym LO również. Zwyczaj dekorowania klas również odszedł do historii , z tego co mi wiadomo , już pod koniec lat 80-tych .