babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

sobota, 17 stycznia 2026

17.01.2026 Domowe klimaty

 Niby nic takiego , zwykłe sobotnie zajęcia, głównie porządki i przygotowania do jutrzejszego obiadku. Ale to nie wszystko, bo jestem do przodu o kolejne dwie szafki. Zrobiłam porządek na półkach  z przyprawami i w szafce pod tytułem " jak nie mieści się w innej szafce to zmieści się tam" . Stałam sobie na drabinie prawie pod sufitem, przebierałam w moich świeczkach , szklankach i paterach a tu telefon. Dzwoni młodsza synowa ; czy możemy przyjechać , bo trzeba umowę sprzedaży auta podpisać. Syn wystawił tydzień temu jedno z naszych aut na sprzedaż i poszło od razu. Szok ! Szybko się zwinęliśmy i podjechaliśmy podpisać. Kasę nam od razu przelali szybkim przelewem. Temat załatwiony. Wypiliśmy jeszcze z młodzieżą herbatkę i wróciliśmy do domu, a ja do mojego porządkowania szafek. To nawet dobra metoda jest , takie sprzątanie co tydzień jednej- dwóch a nie wszystko od razu. Mam kolejny karton do schowania na stryszku, ze świecami i świecznikami. W końcu będą w jednym miejscu. A potem przystąpiłam do podszykowania sobie obiadku na jutro. Robię wołowinę z mandarynkami a to się samo robi jak już się wykona wstępne czynności. Pachnie w całym domu. Jutro tylko dokończę , dogotuję ryż i gotowe. No i muszę usmażyć chruścików. Mam więc jeszcze trochę zajęcia. 

W actionie już zajączki wielkanocne kicają. Wpadliśmy tam po drodze kupić kabel do domowego routera, bo nasz się uszkodził a tu szok: Wielkanoc razem z Walentynkami, Dniem Babci i Dziadka i powrotem do ogródka razem wzięte. 

piątek, 16 stycznia 2026

16.01.2025 Zdziwko

 mnie dziś strzeliło i to bardzo pozytywnie . Imć ZUS przeliczył mi z urzędu emeryturę , ze względu na ukończenie 65 lat. Wiedziałam ,że to jest możliwe i nawet zamierzałam wystąpić w przyszłym miesiącu , jak już odbiorę nowy dowód , a tu dziś niespodzianka. Całkiem dobrze na tym wyszłam - 570,00zł na rękę piechotą nie chodzi. Nie miałam pojęcia, że teraz przeliczają to sami. I jeszcze wyrównanie za styczeń i luty dostanę , a od marca po nowemu. No ucieszyłam się ! Teraz to już na pewno kupię ten czytnik. 

Tak poza tym , chłopaki wystawili jedno z naszych aut na sprzedaż i po niespełna tygodniu już jest klient. Jutro ma przyjechać obejrzeć i podpisać umowę. Dobrze by było, żeby od razu się zdecydował. A inne sprawy ? A jak zwykle, na wariackich papierach. A moja matka od środy czeka na kolędę, która już była , w ubiegły poniedziałek, Ja jej tłumaczyłam , sąsiad, do którego cały ubiegły tydzień i połowę obecnego chodziła się pytać kiedy ksiądz po kolędzie chodzi,  tłumaczy (zgadałam się z nim wczoraj stąd wiem) a matka za nic nie przyjmuje do wiadomości , że kolęda już była, a jak się księdza nie zaprosi , to ksiądz nie przyjdzie. Gadam głupoty, kolęda będzie jutro, krzyż i świece stoją na ławie w dużym pokoju jak je postawiła. Nie nadążam... 

czwartek, 15 stycznia 2026

15.01.2026 Blogowy świat

 nie stracił na tym moim, trzydniowym zajmowaniu się słowem drukowanym, bo nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Jest jak jest : mokro wszędzie, ślisko wszędzie , w zasadzie po zimie. Zostało trochę brudnej , błotno - śniegowej brei. Zamarzająca mżawka sprawiła , że zamarzł mechanizm od bramy wjazdowej na nasze biurowe podwórko. Musiałam solidnie popchnąć i szarpnąć kilka razy żeby wystartowała. Nie zadziałała na impuls telefoniczny ani pilota. Na razie  z braku innego konkretnego zajęcia przeglądam fora ogrodnicze. Mam wprawdzie co czytać , ale postanowiłam odłożyć do czasu zakupu czytnika. Tak, zdecydowałam się wreszcie, czekam tylko na przypływ gotówki, bo wydatków miałam sporo więc jak dołożę teraz jeszcze jeden to nadwyrężę swoje zasoby. Jeszcze parę dni. A na ogrodowych forach już wiosenne nowości. Parę drobiazgów już sobie zamówiłam, wybrałam też nasiona , bo dalej mam zamiar upiększać moje grządki. Na niedzielę planujemy rodzinny dzień babci i dziadka (tak, to już w przyszłym tygodniu), trochę przed czasem ale 25 wielki finał WOŚP a w związku z tym nasz starszy wnuczek będzie zajęty , rodzinny obiadek więc wcześniej i chruściki oczywiście, bo bez chruścików ten dzień się liczy. 

środa, 14 stycznia 2026

14.01.2026 Z każdego słowa pisanego można wyciągnąć jakąś naukę - sagi ułańskiej tom III

Dziś już krótko: 

Trzeci tom „W pamięci ułana” to już pokolenia najmłodsze, na miarę XXIw. Pamięć owszem , ale żeby „zobaczyć jak to mogło być „ Sentymenty już nie koniecznie, choć na sam koniec i tak znów te mity i sentymenty wracają. Najmłodsze pokolenie bohaterów sagi żyje już zupełnie inaczej. Jest mocno osadzone w teraźniejszości , kocha nowinki techniczne w postaci smartfonów i cyfrowych aparatów, kocha sieć, żyje dniem dzisiejszym i gdyby nie rodzice o starych sentymentach już by nie pamiętało. Dla nich historia rodzinna owszem istnieje ale żyją tu i teraz i wydawałoby się, że to już dobrze rokuje na przyszłość.  Rodzice po staremu podtrzymują ten mit. Najmłodsi są jednak dość odporni na te sentymenty ale mimo wszystko nasiąkają nimi choć ta trucizna straciła już dużo ze swojej mocy.  Ciekawy jest motyw chłopaka , który działa w grupie rekonstrukcyjnej. Jego rodzina nie ma nic wspólnego z historią pułku ułanów ani ziemiaństwem , on po prostu jest ciekawy jak to mogło być, jak biegło życie w minionym wieku, w pierwszych jego dekadach , bez wielu dzisiejszych  zdobyczy technicznych, asfaltowych dróg , kiedy pisało się listy na papierze i robiło czarno-białe zdjęcia. Historię poznaje dopiero w miarę wrastania w zajęcia grupy rekonstrukcyjnej i po poznaniu potomkini ułanów. Paradoksalnie historia znów robi fikołka, bo po pokazach ułańskich w okolicy dworku, odrestaurowanego i zamienionego w restaurację i ośrodek rekreacyjny wraca sentyment przywołany przez dwoje starszych ludzi komentarzem „ułan i dziewczyna” . Taki powrót do przeszłości, tym bardziej, że na ścianach odremontowanego dworku zawisły zdjęcia dawnych właścicieli.  Mit okazał się wciąż żywy.

Mam mieszane uczucia co do tych książek. Znam historię tych ziem , bo w okolicy spędziłam dzieciństwo, znam historię swojego regionu będącego pod zaborem Prus z wszystkim co się z tym wiązało, pamiętam opowieści babci te sprzed wojny , wojenne i te po. Opis losów bohaterów powieści nie odbiega od tego co spotkało wielu z tamtych terenów w tym i moją rodzinę.  Może i w tej książce  chodziło o ułańskie tradycje i o to „przed wojną to było lepiej”, jakiś dawny romantyzm , ale jak się zastanowić nad tym dłużej to książka okazuje się być na swój sposób pouczająca a  wnioski nie są takie jednoznaczne ,ugłaskane i wzruszające. Ta pierwsza, sentymentalna warstwa na etapie czytania  mnie denerwowała, o wiele ciekawsze okazało się to co pod nią. Czy mogę polecić ? Tak , tym co lubią romanse ale i tym co z każdej książki umieją wyciągnąć jakąś naukę, może właśnie im nawet bardziej.


wtorek, 13 stycznia 2026

13.01.2026 Z każdego słowa pisanego można wyciągnąć jakąś naukę - saga ułańska tom II

 Trochę lepiej jest w tomie drugim,”W duszy ułana” , który opisuje czasy II wojny światowej i losy bohaterów uwikłane w wojenną rzeczywistość i tuż po wojnie, choć i tu ta sama sytuacja z zapychaczami w postaci internetowych ciekawostek. Tu pod sentymentalną przykrywką kryje się więcej treści niż można się było spodziewać po lekturze tomu I.  Mocno skrótowo ale opisuje losy ludzi jakich doświadczyło wielu, wywózki na roboty (jak młodszy brat mojej babci) i do obozów, gwałty, mordy, bitwy, w których ginęli przede wszystkim prości żołnierze, naloty na cywili, okupacyjny terror. Ale też zwykli ludzie żyjący gdzieś daleko poza główną sceną działań, w ograniczonych społecznościach i przestrzeniach. Dobrzy i źli a nie „my i oni” – sąsiedzi. Przekrój wojennych zaszłości.  Tu właśnie  dostrzegam parę plusów. Dwa ważne punkty, o których się nie mówi w kontekście II wojny. Po pierwsze autorka wspomina, o wcielaniu siłą do Wermahtu  młodych ludzi, Polaków  z tamtych okolic i konsekwencjach ewentualnej odmowy czyli dla odmawiającego wyrok śmierci natychmiast a dla jego rodziny represje. Tu odwołam się do słynnego dziadka naszego Premiera i sławetnej wystawy z Gdańska , którą nasi „patryjoci -idioci”  odsądzili od czci i wiary nie wgłębiając się w jej historyczną genezę.  I druga ważna kwestia , która pada w tych powieściach; po obu stronach są dobrzy i źli. Mam na myśli temat sąsiedzki. Na terenach dawnego zaboru pruskiego od zawsze żyli Polacy i Niemcy , zwyczajnie po sąsiedzku, robili interesy między sobą , rozmawiali, pomagali sobie, kłócili się ze sobą, czasem żenili. W książce jest ten motyw bardzo wyraźny. Sąsiadka Niemka pomaga Polakom. Uciekinierom z kielecczyzny nie mieści się to w głowie, jak i to, że wszyscy znają a przynajmniej rozumieją język wroga i rozmawiają z niemieckimi sąsiadami. Znam ten temat z opowieści babci. Miała dwie sąsiadki Niemki, które z rozkazu okupanta zajęły jej mieszkanie , a jej z mężem i trójką małych dzieci kazano zamieszkać w piwnicy. Niemki gotowały dla ludzi pracujących w majątku , oczywiście tylko Niemców , ale obie przymusowe sąsiadki codziennie odkładały dla babci i jej rodziny jakieś jedzenie, trochę kaszy, zupy , ziemniaków , co tam miały- „bo masz małe dzieci Sztasza”.Babcia odwdzięczała się im szyciem i jakoś razem przetrwały wojnę. Już te dwa motywy zrehabilitowały w moich oczach autorkę , przynajmniej częściowo na tym etapie. Co jeszcze mogę dodać. W podobnym majątku , gdzie zaczyna się i  toczy akcja sagi  pracowali przed wojną mój dziadek i pradziadek jako kowale, a babcia jako panna do towarzystwa, tyle, że właściciele ,mieli nie stadninę koni a ogrodnictwo, uprawiali pola i hodowali owce. W podobnych okolicznościach ten majątek im odebrano a ostatni potomkowie właścicieli zmarli na emigracji. Podobny dworek i też w tej okolicy kupił nasz szef MSZ. Znam te okolice, takich dworków ziemiańskich jest tam sporo. Nie wszystkie miały takie szczęście jak ten w Chobielinie i wiele z nich niszczeje, w tym i ten , w którym pracowała moja babcia a ja pamiętam z dzieciństwa. Książkowy majątek Winnica umiejscowiony pod Bydgoszczą chyba istniał naprawdę. Temat muszę rozgryźć, bo na razie nie udało mi się go zlokalizować ale pamiętam z opowieści babci tę nazwę i to, że pradziadek jeździł do tego majątku a potem dziadek wzywani na różne zlecenia kowalskie i kojarzy mi się, że mieszkali tam przez pewien czas jacyś babci dobrzy znajomi, taka trochę przyszywana rodzina. Wracając jednak do losów bohaterów książki. Różne zaszłości im w udziale przypadły, różnie toczyły się życiowe drogi , tym bogatym, uprzywilejowanym wojna upływała w komfortowych warunkach w rezydencji francuskich arystokratów, gdzie prowadziły wszystkie drogi. I gdy już się tam zjechali a wojna się skończyła zaczął się rodzić mit utraconego raju , Polski , której już nie ma. Z latami mit rósł a z każdym pojawiającym się nowym pokoleniem, starsze sączyło tę truciznę młodszemu. I tu jest wartość dodana tej książki- kolejny punkt dla autorki. Rozjaśnia genezę naszego polskiego uwikłania w przeszłość choć może pisząc, tego nie zakładała. Życia mitami i zaszłościami historycznymi, jakimiś minionymi traumami zamiast przyszłością. I tę truciznę każde pokolenie sączy kolejnemu do dziś. W książce pada takie zdanie,( nie zacytuję dokładnie ale taki jest kontekst), że to widać, że dziadkowie tęsknią , tylko trudno powiedzieć czy za światem którego już nie ma czy tylko za młodością.  Znamienne. Łatwo budować  mity i żyć wspomnieniami mając do dyspozycji środki finansowe i siedzieć sobie wygodnie poza krajem. Sprawa zupełnie inaczej wygląda w sytuacji gdy nie ma się wyboru, gdy świat urządzają nam inni na swoją modłę i trzeba się w tym odnaleźć i żyć, bez względu jaki bagaż się dźwiga ( jak książkowi mieszkańcy Olszynki na przykład), tu trzeba o sentymentach i wzdychaniu do przeszłości zapomnieć. I tu znów posłużę się przykładami z mojej rodziny. Nie mam sentymentów, szczęściem w mojej rodzinie nikt nikomu tej trucizny nie sączył a mimo to pamiętamy.  A historię rodzinną mamy taką, że byłyby powody. Brat mojego dziadka był w AK . Po wojnie zamknął ten rozdział a my pokolenie wnuków o tej jego działalności dowiedzieliśmy się w dniu pogrzebu. Miał piekarnię , władza ludowa mu ją odebrała jak wielu innym ich biznesy. Miałby powody do załamania i poczucia krzywdy ale odpuścił, skoro pozwolono mu wypiekać chleb , żył dalej w innej roli – pracownika nie właściciela. Młodszy brat ojca , chociaż wychowany w przedwojennych tradycjach narodowo – katolickich , bo taka była moja rodzina służył w ludowym wojsku i dosłużył się stopnia oficerskiego , bo uważał , że ma obowiązki wobec swojego kraju jaki by on nie był. Starszy brat ojca wżenił się w rodzinę repatriantów. Teść w randze podpułkownika zginął w Miednoje , a teściową i dwójkę dzieci wywieźli za Ural. Wróciły z córką –później żoną wujka ostatnim transportem repatriantów . Młodszy brat zmarł na tej wywózce. Kiedyś spytałam ciocię-babcię wprost, o to czy należy do tych organizacji i czeka na jakieś przeprosiny i jak w ogóle do tego podchodzi. Odpowiedziała mi krótko: nie należę i nie ma sensu tego ciągnąć  bo ja przecież  wiedziałam, że tak może być , wychodziłam za żołnierza a wiadomo było, że wojna wybuchnie. Dziadków mojego męża i czworo dzieci  wywieźli Niemcy do GG . Wrócili tylko dziadkowie i teściowa. Reszta jej rodzeństwa nie przeżyła. Nikt , nikt w  naszych rodzinach nie zagłębiał  się w te zaszłości. Żyli tym, z czym przyszło się zmierzyć w czasie rzeczywistym  i tyle. Te sentymenty do przedwojennej Polski to nic innego jak kontynuacja podsycania traum. Minęło ponad 80 lat, dawno odeszli ci , którzy tego doświadczyli, czas zapomnieć, ale nie : ta trucizna nadal się sączy i zatruwa kolejne pokolenia.  Przesłanie kryje się pomiędzy wierszami drugiego tomu. Świat co jakiś czas robi fikołka i nigdy już potem nie wraca na swoje dawne tory. Zostaje pamięć pokoleniowa tego co minęło  i trzeba się nauczyć z tym żyć i patrzeć w przyszłość..

poniedziałek, 12 stycznia 2026

12.01.2026 Z każdego słowa pisanego można wyciągnąć jakąś naukę - o ułańskiej sadze tom I

 Niedawno Lucia podesłała mi ebooka z sagą ułańską , którą czytała sercem i która to saga dostarczyła jej wielu wzruszeń a ja nastawiłam się na ułański romans. Ułanów w rodzinie nie miałam, poza dziadkiem ze strony mamy, który walczył w I wojnie, wcielony do wojska jak wielu  po stronie Prus i potem w wojnie bolszewickiej, o czym dowiedziałam się całkiem niedawno od kuzynki. Szczegółów w rodzinie nikt nie zna poza tym, że służył w kawalerii. Czyli domniemać mogę, że jest tam coś na rzeczy, chociaż w innych okolicznościach. No i co mógł robić w takim wojsku prosty rolnik, stopnia raczej się nie dosłużył.  Książka składa się z trzech tomów, każdy jest inny dlatego recenzję ( ale wielkie słowo) podzielę na trzy części.

       Saga zaciekawiła mnie o tyle, że akcja toczy się w moich rodzinnych stronach, okolice Bydgoszczy i samą Bydgoszcz znam od dzieciństwa, a zaczyna się w czasach młodości mojej babci i okolicznościach, o których słyszałam wiele jej opowieści. Posłużę się więc paru odnośnikami do rodzinnych historii , żeby lepiej opisać i uzasadnić swój pogląd na sprawy.   Przyznam się, że mam mieszane uczucia i zaraz o tym napiszę. Książka mnie nie zachwyciła. I tu uprzedzam : nie zostawię suchej nitki i pewnie mocno podpadnę nie tylko Luci. Jako arcydzieło literatury obyczajowej książka z pewnością się nie zapisze. Pierwszy tom pt. „W ramionach ułana” nie do przejścia. Pensjonarskie wynurzenia rozpieszczonej, aroganckiej  córki dobrze sytuowanych ziemian i jej otoczenia złożonego z równie rozpieszczonych i aroganckich młodych ludzi z  wysokim mniemaniem o sobie, dobrze się bawiących za pieniądze rodziców. Owszem, niektórzy nawet z ambicjami na jakąś karierę, czy to wojskową czy zawodową. Późniejsi twórcy mitu założycielskiego legendy pod hasłem „przed wojną było lepiej „ . Wynurzenia bez ładu i składu wymieszane z ciekawostkami historycznymi i wzmiankami o okolicy , niestety jakby żywcem wycięte z Wikipedii albo innych nie zbyt wysokich lotów portali internetowych. Chwilami miałam wrażenie, że tę powieść pisał internetowy bot albo inne AI a w każdym razie autorka sobie nie żałowała i obficie korzystała z internetowej , płytkiej wiedzy zamiast solidnych źródeł i dokumentów historycznych. I te nieustanne zachwyty nad Lwowem, czego zupełnie już nie pojmuję. To wszystko utopione w patriotycznym uniesieniu i zachwycie nad polskością. To akurat jest zrozumiałe i uzasadnione w tej książce, bo akcja toczy się w dwudziestoleciu międzywojennym świeżo po odzyskaniu niepodległości. Bale, rodzinne spotkania , zakrapiane libacje w pułku, interesy , codzienny świat arystokracji II Rzeczypospolitej, rozbija się w zderzeniu z wojenną nawałnicą ale to dopiero w tomie II. Zabrakło mi tu punktu widzenia  po drugiej stronie; służby, prostych żołnierzy, drobnych sklepikarzy , prostych robotników. Ich ten sanacyjny sentyment składający się na legendę międzywojnia pomija , jak by w ogóle nie istnieli a przecież prawda historyczna jest zupełnie inna, wypadałoby się choć otrzeć o ten motyw. Z fabuły wyłania się obraz z jednej strony na pokaz , wygłaskany , wypucowany uporządkowany niemal idealny – staranny ubiór, zasady, wyszukany język, całowanie w rękę i strzelanie obcasami , z drugiej hulanki i swawole ( patrz sprośne przyśpiewki i zamiłowanie do alkoholi) , często kosztem innych. Bóg , Honor i Ojczyzna na ustach, w praktyce  gdzie ten Bóg z jego zasadami skoro można oszukiwać w nieskończoność rodziców i przyjaciół , gdzie honor skoro można zabawiać się z dziewczyną tuż przed swoim ślubem a potem ją rzucić , ożenić z inną i zasłaniać się honorem… Z tej świętej trójki jako – tako broni się Ojczyzna. Zasadniczo wszyscy wiedzą i rozumieją , że właśnie ją odzyskali i mają wobec niej swoje obowiązki. Reasumując tom I odebrałam jako infantylny i słaby gdy chodzi o fabułę i strukturę. Nie mogę natomiast zarzucić nic językowi. Jak na dzisiejsze czasy został bardzo poprawnie napisany, bez błędów stylistycznych i powszechnych dziś literówek, a to obecnie rzadkość w książkach. Dla mnie czystość słowa pisanego się liczy, zatem i tutaj jeden mały plus.

ciąg dalszy nastąpi 

niedziela, 11 stycznia 2026

11.01.2026 Weekend

 i po nim. Czemu tak szybko ten czas ucieka , w tygodniu biegnie zdecydowanie wolniej. Zima mnie rozleniwia. Niby coś tam robię ale w tempie żółwia potrąconego przez samochód. A propos samochodu, to chłopaki odebrali ten kupiony przez telefon. Zapowiadało się, że będzie paskudny beżowy kolor , no bo jak czytać "late" a okazało się , że jednak nie, że to szary z lekkim odcieniem kamienia polnego. Całkiem nie zły. Daltonista opisywał te kolory czy co ? Jeszcze nim nie jechałam , ale nie miałam czasu , wrócili tuż przed 16.00 a ja akurat kończyłam raporty robić. O koncercie już pisałam , a już kupiłam bilety na następny czyli Tarję - pierwszą solistkę Nightwisch . Trochę na niego poczekamy, bo dopiero na końcu roku, ale warto. A po drodze, w marcu Epica. Marzyłam o tym i się udało. To takie małe przyjemności. Bo czemu nie ? 

Dziś czytam , rano pojechałam do matki jak zwykle, zmieniłam jej pościel i zabrałam pranie. W tygodniu się tym zajmę. Poza tym nic szczególnego, czytam książkę mojej kuzynki i może jutro napiszę coś o pierwszym z trzech tomów sagi o ułanach. Za oknem zima, taka prawdziwa ze śniegiem i mrozem Dobrego tygodnia.