babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

czwartek, 21 maja 2026

21.05.2021 Popycham

 ten domowo-firmowy kołowrót do przodu. Papierzyska dosłownie mnie przywalają. A miało być ich mniej. Z domowych tematów to wyczyściłam czapkę małżonka z tweedu. Niby nic takiego ale było wyzwanie żeby nie   zniszczyć. Mogłam zanieść do czyszczenia , ale to małe więc się obawiam, że ktoś zgubi jak te marynarki. Na szczęście po tygodniu się odnalazły, nasza i jeszcze jednej klientki. A drugiej takiej czapki  nie byłoby łatwo znaleźć, bo już są modne inne fasony. Dałam radę, zobaczymy jak wyszło gdy przeschnie. Resztę spraw odłożyłam. Za to usiadłam z czytnikiem. Nie jest to to samo co książka ale już się cieszę na wyjazd, będzie co czytać. Wyjazd na Kaszuby dziś potwierdziłam , pogadałam chwilę z właścicielem ośrodka i temat przyklepany. Jeszcze dogadam szczegóły opieki z D ale to po powrocie z Czech. 

środa, 20 maja 2026

20.05.2026 Piekarnik

 nooo, taki mini ale z wszystkimi funkcjami z termoobiegiem włącznie, kupiliśmy dziś w aldiku. Na działkę  oczywiście . Muszę wymyślić  gdzie go postawię, bo niby wiem , ale pytanie czy się w tym miejscu zmieści. Jeśli nie to będę myśleć. Nie planowaliśmy tego zakupu teraz ale przecenili o ponad połowę. Kosztował tylko 140zł, to wzięliśmy. Mogę placek z rabararem albo pizzę piec na bieżąco i na miejscu. Jakiś mały chlebek też się da zrobić. Uwaga : chwalę się ; zjedliśmy pierwsze truskawki prosto z krzaczka ! Wprawdzie wyszło po trzy na głowę ale już są. Trochę ciepełka i będziemy jeść w większych ilościach, bo mimo zimna zaowocowały i to konkretnie. Teraz tylko muszą nabrać koloru i się wygrzać w słoneczku. Ale były pyszne! Ta wata o nazwie truskawki z marketów nie ma do nich startu.

wtorek, 19 maja 2026

19.05.2026 Domowe drobiazgi

 i nie tylko, bo i firmowe i wyjazdowe. Załatwiam po kolei i bez pospiechu. Ale to tylko dziś , może jutro i w jakieś pojedyncze dni. Zwykle u nas wszystko na wariackich papierach. Zrobiło się cieplej więc będzie piękny weekend na działce. No i chyba na podwieczorek działkowy zaproszę rodzinkę, bo 26 wypada w tygodniu a następnego dnia wyjeżdżamy do Czech. Z domowych spraw zrobiłam nie wielkie pranie działkowych ciuchów, w firmie ogarnęłam faktury a na wyjazd umówiłam się ze znajomymi na wspólny transport. Matce wbijam ten wyjazd do głowy już trzeci dzień ale nie dociera. Kompletnie nie pamięta, że już o tym mówiłam. 

Przyszły zamówione sadzonki zimujących chryzantem. Nie wiem dlaczego ale nazywają je chryzantemami a to po prostu dąbki. Pod taką nazwą je znałam , gdy ogródek uprawiał mój ojciec i kwitły do końca listopada. Miałam w planach georginie, ale u mnie się nie trzymają i zjadają je ślimaki. Może z dąbkami mi pójdzie lepiej? Wybrałam czerwone, pomarańczowe i złote. Długo na nie czekałam. W zasadzie w ogrodzie mam już w tym roku wszystko co zaplanowałam. Teraz tylko czekać aż się zacznie rozrastać. 

poniedziałek, 18 maja 2026

18.05.2026 Sama nie wiem

 czy się cieszyć tym deszczem czy może jednak nie. Bo deszcz to jedno, potrzebny jak nigdy , bo sucho ale niestety zimno. Ogrodnicy i Zośka minęli a cieplej się nie robi. Mnie tam nie przeszkadza, upałów nie lubię ale roślinek mi szkoda. Ale co tam, odgórnie zarządzone i nie mam na to wpływu. Mam nadzieję, że do czasu wyjazdu do Czech zrobi się jednak cieplej, bo spływ kajakowy przy jedenastu stopniach na plusie to mało przyjemne zajęcie. Wiem coś o tym , bo nie byłby pierwszy taki. Kiedyś nawet wywrotkę do jeziora  zaliczyłam przy tej temperaturze. Nie było fajnie...

Urząd skarbowy zwrócił mi kasę z podatku od emerytury, całe 303zł. Ze 2-3 ładne kamienie do kolekkcji na giełdzie w Lwówku  za za to będą, może nawet więcej. Odłożyłam kaskę do przegródki na wyjazd. Trochę się stresuje tymi wyjazdami. Niby tylko po kilka dni, żadne długie urlopy ale nie wiem jak to logistycznie wyjdzie. Matka ma swoje lata i swoje zagrywy, zdarzyć się może wszystko. Synowa sobie da radę a pani D opiekunka jest fachowcem więc powinno wszystko zagrać. A mnie wyjazd potrzebny, dla własnego zdrowia. 

Tak poza tym kolejny wieczór z książką. 

niedziela, 17 maja 2026

17.05.2026 Zawsze coś...

Niedziela zapowiadała się słoneczna i ciepła ale tylko zapowiadała. Mnie- więcej w porze obiadowej zaczęło się chmurzyć. Od rana trochę ogarniałam domowe tematy i wizytę u matki. Małżonek odsypiał, potem pooglądaliśmy trochę kanały popularno- naukowe a po obiedzie i kawie wybraliśmy się na działkę. Od wczoraj nic się specjalnie nie zmienilo poza tym, że znów sucho.Po deszczu sprzed dwóch dni i wczorajszym podlewaniu śladu już nie było. Zaczęliśmy od zamocowania przyciętej wczoraj półki w starej altanie, wyrwałam też trochę chwastów ze skalniaka i mini-grządki pod oknem  a potem zachmurzyło się jeszcze bardziej i ochłodziło. I to całkiem mocno, bo gdy już się zwinęlismy , samochodowy termometr pokazał tylko 11 stopni. Zanim zaczęło padać przemalowaliśmy jeszcze stojak pod fontannę , bo wyszedł brązowy i zwyczajnie nie pasował do reszty.Tak to jest jak się kupuje farby różnych producentów. Niby "palisander", ale z jednej firmy był czarny a z drugiej brązowy. Palisander palisandrowi nie równy jednym słowem. Ledwie skończyliśmy a już zaczęło padać. W tym układzie sprzątnęliśmy i wróciliśmy do domu. Zaraz jadę do matki z wieczornymi lekami a potem wieczór z książką, bo to najlepsze na deszczowy klimat. Nie zaszaleliśmy z działkową robotą ale zawsze coś,  o jedną półkę i jedno malowanie do przodu. 

sobota, 16 maja 2026

16.05.2026 "Super Mario"

- pamiętacie film ? Nam się dziś przypomniał , bo przyszło nam stoczyć wojnę z zapchanymi rurami w kuchni. Plany były inne , działkowe od rana do kolacji a tymczasem nasza kuchnia zastrajkowała.  W zmywarce pełno wody , ze zlewu nie schodzi , ledwo- ledwo w łazience... Co było robić, wyciągnęliśmy zmywarkę z zabudowy, poodkręcaliśmy węże i rury, poczyściliśmy zawory i nic . Dalej woda stoi. Spuściliśmy z układu myjącego w zmywarce i znów nic. Małżonek stwierdził, że najwyraźniej to nie problem zmywarki a rur. Jak na złość guma do przepychania zmurszała i pękła, długie lata była nieużywana więc stała gdzieś w kącie zapomniana. Małżonek wpadł na pomysł, że zamiast gnać na drugi koniec miasta do marketu mam podjechać na działkę i przywieźć działkowy przepychacz. Sam majstrował dalej przy tych rurach. Zanim pojechałam wsypałam jeszcze do odpływu trochę kreta. Po 15 minutach byłam z powrotem. Małżonek uzbrojony w to przydatne urządzenie ruszył do boju ( i tu to skojarzenie z filmowym Mario) , zabulgotało, zagulgotało i za chwilę było po sprawie. Woda zeszła. Dla pewności wrzuciłam jeszcze program samoczyszczący w zmywarce a potem posprzątaliśmy , wstawiliśmy na swoje miejsca , zmyłam podłogę w kuchni i  poranek z głowy. Skończyliśmy w porze obiadowej. Na działke udaliśmy się  w tym układzie po obiedzie. A roboty trochę było, bo rano kupiłam sadzonki pomidorów, papryki, bazylii i arbuzów oraz jedną doniczkę lawendy w celu uzupełnienia, bo jedna mi zmarzła. Dałam radę, posadziłam wszystko, jeszcze ogórki wysiałam, a małżonek robił porządki w starej altanie i docinał dodatkową półkę. Na działce zjedliśmy kolację zabraną z domu. Urwałam trochę rabarbaru, sałaty i rzodkiewek i to tyle działkowania na dziś. Ogródek wygląda wręcz wzorcowo. Teraz tylko upiększać drobiazgami i czekać aż wyrośnie. Wczorajszy deszcz się przydała. Zaczęły wschodzić różne roślinki na grządkach kwiatowych i trawnik już nie wygląda na wypalony. Zazielenił się pięknie. Dobrej niedzieli ! 

piątek, 15 maja 2026

15.05.2026 Aż trudno uwierzyć

 ale padało całą minioną noc i dziś mniej- więcej do południa. Taki drobny kapuśniaczek. Zielono się od razu w mieście zrobiło, że aż miło. Na działke nie zaglądaliśmy , bo trzeba było zakupy na następny tydzień zrobić, ale jutro nadrobimy. Gdyby jeszcze troszkę cieplej się zrobiło, bo te 12 na plusie to jednak trochę nie na tę porę roku. Na jutro zaplanowałam sadzenie pomidorów i papryki oraz sianie ogórków. Czy coś więcej , to się okaże. Liczę , że już przymrozków nie będzie po dzisiejszej zimnej Zośce. 

Od wczoraj strajkuje mój lapek. Dziś go trochę do pionu postawiłam , ale ma jeszcze jakieś zadyszki. Może do jutra mu przejdzie. Wczoraj i dziś w sumie bez rewelacji. Jak zwykle siedziałyśmy w papierzyskach a chłopaki latali po klientach. Nic niezwykłego. Po obiedzie wybraliśmy się na cotygodniowe zakupy. W sumie nic specjalnego , tylko spożywcze i dla matki. A teraz wracam do czytania. Trzeba trochę odsapnąć. 

czwartek, 14 maja 2026

14.05.2026 Coś mi szwankuje

 internet albo komputer - jeszcze nie doszłam co, ale stawiam na komputer  i pewnie bez interwencji syna się nie obędzie. Pisanie przekładam zatem na jutro. Miłego wieczoru. 

środa, 13 maja 2026

13.05.2026 Zaskoczenie

 Przyszedł program wyjazdu na imprezę firmową do Czech. I tu to zaskoczenie : w planach wspólne biesiady w hotelowej restauracji , spływ kajakowy i zwiedzanie zamków w Górach Izerskich oraz oczywiście wizyta w u producenta sprzętu, ale to ostatnie jak gdyby na deser, Ostatniego dnia. Zatem w tym roku nie Praga a Góry Izerskie. Będzie się działo. Obawiam się tylko, że mogę nie dać rady kondycyjnie, bo w górach nie zbyt dobrze się zwykle czuję. Tak mam po prostu. No i kwestia pogody. Zakładam ,że będzie ładnie i zaliczymy mały trening przed Kaszubskimi szlakami. 

Tak poza tym nic szczególnego. Zwykły dzień wypełniony zwykłymi zajęciami. Jutro zamierzamy wybrać się do Poznania żeby załatwić europejską kartę medyczną czy jakoś tak. Niestety u nas nie ma punktu a najbliższy w Poznaniu. 

Dostałam jakieś awizo , że niby przekaz pocztowy. Domyślam się , że zwrot podatku , bo co innego ? Pytanie ile bo nie napisali ale w końcu kasa to kasa; czy to 50zł czy 500zł. Zawsze jakiś grosz. Pewnie odbiorę dopiero w piątek, skoro jutro wyjeżdżamy. 

wtorek, 12 maja 2026

11.05.2026 Dziś mi się udało

 załatwić ważną sprawę. No, prawie, bo na omówienie szczegółów się umówiłyśmy na piątek. Dogadałam się z opiekunką matki panią D, że zajmie się nią w weekend na Boże Ciało. Czyli wyjazd na Kaszuby staje się realny. Oczywiście jej zapłacę dodatkowo, bo przecież to wolne i mogłaby też chcieć gdzieś wyjechać. To nawet lepiej, bo matka ją kojarzy , a gdyby przyszła jakaś nowa opiekunka z agencji , której nie zna mogłaby źle zareagować. Oby tylko pani D. nie zmieniła zdania. 

Tak poza tym odwiedził nas dawny klient. Przeniósł się do Chojnic, ale tu ma rodzinę i niedługo będzie w okolicy otwierał jakiś nowy biznes. No i wpadł nas odwiedzić przy okazji pobytu. Miło. Młodzież jest z nom zaprzyjaźniona więc wszyscy byli zadowoleni z wizyty. 

Ogrodnicy jednak przyszli. Nad ranem trochę posiąpiło, ale około 10.00 to już prawie ślad nei został po deszczu a po kolejnej godzinie zaświeciło słońce. Teraz znów się zachmurzyło, może jeszcze spadnie parę kropel. 

poniedziałek, 11 maja 2026

11.05.2026 Na załamaną to ta pogoda nie wygląda

Owszem zagrzmiało ze dwa razy, poudawało nawet, że pada - jakieś 5 minut, co i tak jest dużo jak na nasz teren i tyle załamania. Nie wiem co się załamało , ale na pewno nie pogoda. Zimny Pankracy na jutro  też się nie zapowiada, no chyba , że w nocy się podkradnie. Nikt za zimnymi nie tęskni , bo i tak za ciepło to tej wiosny nie jest. 

Dzień jak każdy, niczym szczególnym się nie wyróżnił a mnie to cieszy. Nie mam na nic ochoty. Czytam kolejne książki z czytnika. Urządzenie wygodne i przydatne , dobrze się na tym czyta ale trochę mi brakuje tego szelestu kartek w tradycyjne książce i wstyd się przyznać - zaglądania na koniec zanim całą przeczytam. Miałam taki nawyk, że zanim zaczęłam czytałam kilka ostatnich stron. Z czasopismami też tak mam. Zaczyna od ostatniej strony. Dziwactwo , ale nieszkodliwe.

niedziela, 10 maja 2026

10.05.2026 No tak...

 Kolejna niedziela minęła , właściwie to weekend cały minął nie wiadomo kiedy. Spałam dziś jak zabita. Dawno mi się nie zdarzyło spać prawie do ósmej. Jestem rannym ptaszkiem a dziś zwyczajnie zaspałam. Tak czy inaczej do matki pojechałam jak zwykle, ogarnęłam leki, zmieniłam jej pościel i zmusiłam do zmiany koszuli i bielizny w ogóle. Ubrała się jednak choć protestowała. Ostatnio ciężko ja namówić na cokolwiek. I w kółko zadaje te same pytania. No cóż... Lepiej nie będzie.  Aż do obiadu miałam co robić. Nadganiałam to co zostało odłożone wczoraj na rzecz działki a potem usiadłam z czytnikiem. Nie mogę powiedzieć, że z książką , bo choć do czytania to jednak nie książka... A w trakcie szykowania obiadu upiekłam jeszcze placek rabarbarem. Tym razem nie drożdżowy a taki z przepisu , co nie może się nie udać z czasów ... ho, ho. ho! dawno minionych. Pyszny wyszedł. Zabrałam na działke , bo oczywiście pojechaliśmy. Nasi gospodarze mieli gości i całą gromadą wybrali się na spacer po alejkach. Towarzystwo oglądało działki i obgadywało. Słuch mam dobry i mimo, że siedziałam na schodku usłuszałam, "a tu jak ładnie" a gospodarz potakiwał "taaak, tutaj ładnie". Nie wiem czy puchnąć z zadowolenia czy się śmiać. Ale w sumie to miłe. Za wiele to dziś nie zrobiliśmy. Właściwie tylko stelaż do fontanny. Tej co w ubiegłym roku ale chciałam ją podnieść wyżej żeby nie zgniatała nam łączki. I nie skończyliśmy, bo zaczął nam się palić silnik od piły szablistej, którą przycinaliśmy deseczki. A dokładnie to takie narzędzie 5 w 1, bo może pracować też jako wkrętak, wiertarka i szlifierka oscylacyjna a nawet wyrzynarka. No pech, bo już bym dziś ustawiła i zalała wodą. A teraz wykorzystam jeszcze ostatnie godziny niedzieli i poczytam. A przynajmniej miałam taki plan. I nie ma to jak skleroza. Nie boli ale się człowiek nałazi jak głupi albo spali jakiś garnek . Właśnie spaliłam, wodę do zalania ogórków małosolnych... Noszszszsz... 

sobota, 9 maja 2026

9.05.2026 Weekend z kosiarką

można powiedzieć. Połowa krzakowców latała dziś z kosiarkami. Mój małżonek tez , choć dość umiarkowanie. Naszym trawnikom wolno rosnąć jak chcą ale czasem trzeba trochę skrócić i wyrównać, żeby pobudzić wzrost. Coś tam na tym naszym ogródku zaczyna wschodzić, choć słabo. Noce wciąż zimne. Dziś posadziłam poziomki , posiałam fasolkę szparagową żółtą i zieloną , marchew, buraczki i mnóstwo jednorocznych kwiatów.  Co wyrośnie ? Zobaczymy za trochę. Aha posadziłam też moje gladiole, te same co w ubiegłym roku, ale przeniosłam w inne miejsce. Małżonek skosił ten trawnik, przyciął sklejkę do naprawy krzesła, i wyrównał ścieżkę przy nowym płocie, bo po pracach ziemnych było nierówno i zdjęte dwie płyty. Ogródek wygląda coraz lepiej . No i mam już plony: rzodkiewki, sałatę z tunelu, koper , rabarbar , szczypior i ziółka . Najlepiej ma się lubczyk czyli po naszemu maga. Tak poza tym nasz ogród zachwycił znajomego. Przyjechał pożyczyć glebogryzarkę i przy okazji pokazaliśmy mu nasze pomysły. On zresztą też ma działkę , bardzo ładną , obsadzoną hortensjami - po poprzedniej właścicielce , choć co najmniej połowę mniejszą niż nasza. Najbardziej spodobały mu się u nas skrzynki na warzywa, czarne płotki  i siedziska ze szpul po kablach. Za tydzień to już na pewno posadzę pomidory, paprykę i ogórki. Będzie po zimnych ogrodnikach i Zośce więc powinny już wytrzymać. Chciało by się zrobić więcej i więcej, ale niestety , wiek ma swoje prawa. Trzeba sobie dawkować przyjemności ogródkowe.

A nasza wnuczka wybrała się z koleżankami z klasy na dni otwarte do Wrocławia. I to nie byle gdzie , bo na Akademię Wojsk Lądowych. Jeszcze nie wiem jaki kierunek jej się spodobał i czy w ogóle. Za rok zdaje maturę i zaczyna planować przyszłość.  A jeszcze niedawno oglądała z dziadkiem bajki o smokach i nosiła bluzeczki z księżniczkami z bajek...                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 

piątek, 8 maja 2026

8.05.2026 W piątek jak to w piątek

 Mnóstwo spraw do ogarnięcia, żeby na przyszły tydzień nie zostawiać niepotrzebnych rzeczy. Dziś też nie było inaczej. Pozałatwiałam , choć nie wszystko szło gładko. Popołudniu jak zwykle wybraliśmy się na zakupy. Dziś całkiem spore , bo i do domu na następny tydzień i na działkę to i owo i do biura i dla mojej matki. Nazbierało się. Planowałam jutro sadzić pomidory i paprykę , ale chyba poczekam. Wciąż zimno więc mogą nie przetrzymać. Chyba tylko tę fasolkę szparagową posieję. Bo fasolkę podobno najlepiej jest siać ósmego maja, czyli dzisiaj właściwie, ale chyba jeden dzień różnicy nie zrobi. A pamiętam ,że fasolkę w tym dniu zawsze siała moja babcia. W sumie dzień taki trochę nijaki. Nadal nie pada. 

czwartek, 7 maja 2026

7.05.2026 Co z tym deszczem ...

 Popadało dziś trochę dłużej niż wczoraj , jakieś pół godziny. Wiele to nie zmieniło , sucho koszmarnie. Na działkę wpadliśmy dziś w ciągu dnia, zamknąć bramkę. Wczoraj zostawiliśmy ją otwartą, bo na dziś zamówiliśmy wywózkę szamba. Gość się stawił około 10.00 rano, wypompował , a my pojechaliśmy zamknąć uliczkę. Mimo wszystko coś tam rośnie i coś wschodzi, ale słabo. A na dodatek bardzo się ochłodziło. Dziś było tylko 10 stopni. Zakładam jednak, że na weekend się ociepli i posieję tę fasolkę. 

Inne sprawy bez rewelacji. Nadal siedzę w tych papierach, odkąd ten ksef zaczął funkcjonować to mam trzy razy tyle roboty co zwykle. A miałam mieć mniej...  Kupiłam sobie bluzkę , a właściwie to bardziej bluzę , bo z kapturem. Mam już dwie sukienki w tym stylu, choć już nieco wiekowe. Bluza miała mieć kolor truskawkowy, ale faktycznie jest intensywnie czerwona. Do czarnych bojówek się nada... Będę miała coś nowego na wyjazd do Czech. Znów mamy zjazd instalatorów, a że my w rankingach zajmujemy wysokie pozycje to nas zapraszają. Chłopakom nie pasuje termin, to my się wybierzemy, bo czemu nie? 

środa, 6 maja 2026

06.05.2026 Ale lało ...

 całe 3 minuty (słownie trzy), a wszystkie mapy i prognozy wciąż o deszczu. Faktycznie spadł , ale jak już wspomniałam na początku, równe 3 minuty drobnego kapuśniaczka. Po kolejnych pięciu śladu po deszczu nie było. Co było robić, pojechaliśmy podlać, tak jak i wczoraj. Dziś przywiozłam mnóstwo rzodkiewek. Pożarliśmy wszystkie na kolację. Pyszne były i jakoś inaczej smakowały niż te sklepowe. Dużo lepiej. A będzie ich więcej. Kulki jakieś wielkie nie porosły, ale to z powodu suszy. A tymczasem na działce stanął nowy płot z elegancką bramką. Nie na całej ale z frontu. To została jeszcze ścieżka. Nie miałam w planach jej układać na nowo , ale jak się przyjrzeliśmy to niestety płyty są zużyte , część popękała a przez to nie zbyt wygodnie się chodzi. No i zwyczajnie nie pasuje do nowych porządków. 

Tak poza tym nic nowego. Dni mijają , jeden podobny do drugiego, ale to długo nie potrwa. W przyszły tydzień musze w końcu ruszyć z tą wymianą umywalki i sedesu u matki i załatwianiem opieki dla niej na czerwcowy weekend. Pytanie co z tego wyniknie. 

wtorek, 5 maja 2026

5.05.2026 A jednak zakwitły...

 Kasztany oczywiście. Było tak zimno, że wyglądało na to, że tegoroczne matury odbędą się bez kwitnących kasztanów w tle. A jednak kwitną , przynajmniej u nas. Moja wnuczka już dziś może więc sobie zaśpiewać „już za rok matura” , bo faktycznie za rok, w pierwszych dniach maja zasiądzie do pierwszego w życiu egzaminu a od mojej matury mija dziś 46 lat. Właściwie minęło wczoraj. Bo dokładnie tak samo jak w tym roku, w osiemdziesiątym również 4 maja wypadał w poniedziałek. To nie był dla mnie dobry czas, właściwie to nie mam czego wspominać , bo tamten czas na dobrą pamięć nie zasługuje. Nie da się go jednak oddzielić od reszty swoich dni. Były, zdarzyły się, miały swój wymiar i minęły. Można je najwyżej oswoić i nauczyć się z nimi żyć. A nie było mi łatwo, bo i stres związany z samymi egzaminami, a nie były tak proste jak dziś i oględnie mówiąc ciężkie przeżycia w domu i fakt, że nie mogę pójść na wymarzone studia , bo rodzice w ostatnim momencie postawili mi swoje weto, pod absurdalnymi argumentami i jeszcze na domiar złego zmarła moja ukochana babcia, z którą byłam bardzo zżyta i niemal wprost z pogrzebu szlam zdawać egzaminy. Nazbierało mi się wtedy nie mało. Nasz rocznik był bardzo liczny, w naszym LO do matur przystępowało 6 klas. Pamiętam nawet temat mojej pracy z polskiego; „Polaków portret własny w literaturze” . Wymarzony wprost jak dla mnie, bo połączony z historią. Nie poszło mi za dobrze. Wstyd się przyznać na 3 , mimo, że za przedmiot jako taki miałam na koniec 5. Mój wychowawca i polonista w jednej osobie nie mógł tego zrozumieć. Namawiał na poprawkę -a wtedy były takie możliwości- ale nie skorzystałam, choć wiedziałam doskonale, że dałabym radę poprawić na 5. Znałam stan swojej wiedzy i wiedziałam na co mnie stać. Tym razem przyznałam się wychowawcy do powodów dla których nie podchodzę do poprawki, zwyczajnie się poddałam. Nie był zadowolony i nic dziwnego, bo przecież znał moje możliwości. Po matematyce za wiele się nie spodziewałam, bo przedmioty ścisłe to dla mnie zawsze była i jest czarna magia. Jestem umysłem humanistycznym i do dziś mam wątpliwości czy 2x2 to na pewno jest 4. Trochę żartuję, ale niestety taka moja przypadłość. Do egzaminu z matematyki jako klasa humanistyczna mieliśmy pecha. Gdzieś tam , na etapie kuratorium a może jeszcze wyżej, ktoś pomylił arkusze z zadaniami i nam przysłano zadania dla klasy matematyczno-fizycznej a „matematykom” nasze humanistyczne. Blady strach padł na grono profesorskie , na nas tym bardziej. Dyrektor próbował gdzieś dzwonić, coś odkręcać, egzamin się trochę opóźnił , ale nic z tego . Kazali pisać jak przypadło. Klasa mat-fiz wyszła po godzinie szczęśliwa, że zdała egzamin , bo co to dla nich rozwiązać zadania dla humanistów. My głowiliśmy się i głowiliśmy i nic z tego. Sprawę uratował nam groźny na co dzień dyrektor o wdzięcznej ksywce Beny. Wyprowadził wzory , podrzucił po klasie kilka bryków a dalej to już poszło. Zdaliśmy wszyscy z tego tylko dwie dziewczyny miały po 4 , jedna 5 a reszta równo i sprawiedliwie w tym ja 3.  Co innego przedmioty dodatkowe. Rocznik mój a rok wcześniej mojego obecnie męża , wtedy chłopaka, i kilka po nas załapało się na eksperyment edukacyjny ( nie pierwszy w mojej szkolnej karierze zresztą) i wprowadzono , na wzór studencki możliwość napisania i obrony pracy na wybrany przedmiot lub połączone dwa przedmioty. Skorzystał rok wcześniej mój mąż i napisał pracę z fizyki połączoną z techniką ( nie pamiętam jak się ten przedmiot nazywał) , skorzystałam i ja i wybrałam historię oczywiście , a jako drugi tak zwany PNOS czyli politykę , co nazywało się propedeutyka nauki o społeczeństwie. Bo polityka już wtedy mnie interesowała. Temat mojej pracy też nie był podręcznikowy, bo o polskiej polityce morskiej od X do XVIII w w szkole raczej nie uczyli, co najwyżej była jakaś drobna wzmianka. Takich jak ja piszących pracę z historii było w szkole czworo. Mój kolega z ogólnej , również pasjonat, niektórzy uważali, że moja konkurencja i jeszcze dwie dziewczyny też z klas ogólnych. Zdałam z wynikiem bardzo dobrym a pracę określono jako daleko wykraczającą poza wymagania profilu humanistycznego. Pracę kolegi jako bardzo dobrą, zgodną z wymaganiami klasy ogólnej. A o tym jak pozamiatałam komisję krążyły potem w szkole legendy. Po prostu , do każdej pracy komisja przygotowała 10 pytań i jakieś pomocnicze były przewidziane, czas na przygotowanie odpowiedzi na każde z pytań . W sumie długo trwały te obrony. Zdawaliśmy alfabetycznie , najpierw kolega na B, długo to trwało, potem ja na L. Mnie poszło szybciej. Nie potrzebowałam czasu na odpowiedzi , na każde z pytań odpowiadałam od razu i wyczerpująco, bez pytań pomocniczych , a gdy padło 6 pytanie o zatrudnianie przez królów polskich piratów i budowę portów wojennych i na to również odpowiedziałam bez chwili namysłu z podaniem nazwisk tych piratów i warunków umów, jeden z profesorów po prostu przerwał egzamin. Stwierdził, że nie ma już o co pytać, dyrektor podchwycił , pogratulował mi wiedzy a mój wychowawca i historyk puchli w oczach z zadowolenia. Po ogłoszeniu wyników , jakieś 2 godziny później nawet jakimś „misiem” potraktowali. Egzamin z PNOS-u to już była tylko formalność… A potem było rozdanie świadectw i bal maturalny , na który zabroniono mi pójść. Pierwszy rozdział został zamknięty. Były marzenia i plany ale… życie ma własne , nie koniecznie zgodne z naszymi…  Pamiętacie swoje matury ?

poniedziałek, 4 maja 2026

4.05.2026 Albo ja albo to cholerstwo

 Ksef znaczy. Dziś , a właściwie to już od piątku toczyłam z tym wojnę. Nie będę opisywać problemu, bo to dość zawiłe. A efekt był taki, że wszystkie faktury, również te z nietypowym nipem przechodziły , a jedna od jednego klienta nie i za cholerę nie szło tego sprostować. Nie pomogło żadne AI i moje kombinacje na programie. W końcu zadzwoniłam na wsparcie do dystrybutora programu. Połączył się zdalnie i niby było jak trzeba , ale wpadł na pomysł, żeby aktywować jedną z zakładek i wpisać w zakładkę ten nietrybny nip. Nawet próbowałam w tym miejscu ale zakładki nie udało mi się aktywować, bo wpadli na genialny pomysł, żeby to było inaczej niż z pozostałymi. Kto miał o tym wiedzieć? No i w końcu zadziałało. W piątek zeszły mi na tym szaleństwie 4 godziny i dziś jakieś 3i pół. Jak bym nie miała co robić... 

Tak poza tym normalnie. Ledwie wolne minęło a już roboty więcej jak włosów na głowie. Teoretycznie powinno już padać , ale jakoś się nie zapowiada. 

I jeszcze jak obiecałam wczoraj, kilka fragmentów z koncertu. 



 









niedziela, 3 maja 2026

3.05.2026 Pracowitą miałam majówkę

Szkoda jednak , że tak krótką. Podobno to dlatego, że pan Premier nie załatwił dłuższej. Tak przynajmniej wynika z internetowych memów. Mem czy nie mem ale i tak wiadomo, że od naszego Premiera zależą losy świata więc kto wie, może coś w tym jest... Żartuję sobie oczywiście , ale chciałoby się więcej. Właściwie to był weekend na działce, nadrabialiśmy trochę zaległości z dni kiedy było zimno. Nasze roślinki też. Sobota podobnie jak i piątek minęła na intensywnych pracach działkowych. Nie śpieszyliśmy się jednak , bo i powodu nie było, nawet kolację zjedliśmy na świeżym powietrzu. Intensywne podlewanie  i cieplejsza aura  cuda zdziałały. Trawnik odzyskał intensywnie zielony kolor a sałata, koper i rzodkiewka rośnie w oczach. Dziś też wybraliśmy się na działkę ale tylko podlać i posiedzieć na świeżym powietrzu. Przed południem jak zwykle zaliczyłam wizytę u matki, z przygodami komunikacyjnymi. Wiedziałam ,że szykuje się doroczny rajd rowerowy i miasto będzie zamknięte , dlatego pojechałam wcześniej, parę minut po ósmej. Niestety już i tak były pozamykane ulice i to nie tylko centrum , ale i moje osiedle. Po objeździe kilku uliczek osiedlowych i kluczeniu wyjechałam na obwodnicę i do miasta dojechałam z zupełnie innej strony. Wracałam tą samą drogą a i tak nie przewidziałam ,że zamkną kolejną ulicę , sąsiednią , która łączy się z moją a na jej rogach stoi nasz blok. Na szczęście strażnik nie robił problemu z powodu dojazdu do posesji. Do obiadu miałam trochę domowych zajęć ale szybko mi poszło i nawet ekspedycję do piwnicy odbyłam. Nic szczególnego jak na majówkę. 

A teraz muszę choć parę słów napisać o koncercie Kombi. Nie miałam tego w planach, bo co to za atrakcja , koncert na rynku gdzieś na prowincji ale zespół bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dali chłopaki czadu więc im się należy dobre słowo. Słowo daję: zapomniałam już jaki to świetny zespół. A teraz, po wielu latach grania udoskonalili swój warsztat pracy i można smiało powiedziec, że to wyższa półka. Wciąż  mają kapitalne  słowa piosenek i bardzo melodyjne utwory a występy  uświetniają pokazem laserów. Może nie tak spektakularnym jak te Gregorians czy Epica ale też było co podziwiać.  Koncert zaczął się o 20.30. Bardzo punktualnie. Dotarliśmy na rynek akurat gdy wchodzili na scenę. A na scenie się działo: strzelały sceniczne płomienie, zapalały kolorowe światła wydobywając roje gwiazd, koła zębate, błyskały lampy stroboskopowe i lasery.  Płyta rynku była zapełniona ludźmi po brzegi, sąsiednie uliczki również. W przeciwieństwie do wielu innych koncertów przedział wiekowy od 0-100. O ile nie dziwi publiczność w naszym wieku, bo to przecież muzycy z naszej młodości to podziwiałam młodzież w wieku moich wnucząt. Świetnie się przy tej muzyce bawili. Moja wnuczka z koleżankami również była. Nie widzieliśmy się z nią , ale gadałayśmy przez telefon. Chwilke, bo było bardzo głośno. Skoro o tym mowa, to wiadomo, że głos inaczej niesie się w pomieszczeniu zamkniętym, inaczej w przestrzeni otwartej ale dźwiękowcy pokazali profesjonalizm. Nie było żadnych efektów ubocznych w postaci zaników dźwięku czy przesterowań a do tego wszystko zgrane idealnie z pokazem laserów. Byłam pod wrażeniem. Od pierwszego utworu "Rynek" zareagował entuzjastycznie. Wszystko co żyło skakało, podrygiwało , tańczyło, śpiewało z zespołem , machało rękami , pokrzykiwało i wszystko inne, co tam uchodzi jeszcze na rockowych widowiskach. Zespół jest już dziś pokoleniowy - tak jak by trochę nawiązując do piosenki "Pokolenie". Skład taki jak dawniej: klawiszowiec, basista, na wokalu wciąż Grzegorz Skawiński śpiewający wręcz perfekcyjnie i z piękną dykcją, co dziś jest naprawdę rzadkością zwłaszcza wśród młodych wykonawców, a za perkusją syn basisty Adam Tkaczyk. I tu muszę parę słów osobno jemu poświęcić. To, że lubię w kapelach perkusję wiedzą wszyscy , którzy czytają moje koncertowe zapiski. Jednak nie każdy zespół może się pochwalić takim niesamowitym bębniarzem jak nasze Kombi. Chłopak pokazał co potrafi. Czterominutowa solówka zabrzmiała brawurowo. Postaram się jutro wrzucić filmik , który nagrałam, mam ich zresztą kilka ale nie zdążyłam przygotować. Chłopak wykonał ją w niesamowitym tempie. Narastało z każdym uderzeniem pałeczkami a na koniec jeszcze wywołał dodatkowe efekty w postaci gwizdów, odgłosów piły, syren i wielu innych, wciąż tylko uderzając w instrumenty. W repertuarze były i stare utwory i z nowych płyt i oczywiście klasyka Kombi. Wybraliśmy się na ten koncert bez przekonania, bo po raz pierwszy od kilku lat zaproszono jakiś sensownych wykonawców. Poprzedniego dnia był Stachursy , ale to nie nasza bajka. Co innego rock, stąd nasz wybór. I było warto. Dziś jeden krótki filmik. Dorzucę jeszcze jak przygotuję.


Acha, kupiłam bilety na kolejny koncert: Jethro Tull. 


sobota, 2 maja 2026

2.05.2026 Majówka nie zając, może poczekać- dziś będzie coś z życia kamieni

 Dziś opowiem Wam o kamieniu burzy. Moje annały nic o nim nie mówią , chyba dlatego, że jest stosunkowo niedawno odkryty i opisany , posłużyłam się zatem wiedzą z różnych stron cyberprzestrzeni. Nie gwarantuję więc, że to wiedza rzetelna i udokumentowana. Jakiś czas temu weszłam w posiadanie wraz kilkoma innymi , z wyglądu prostej , kwadratowej zawieszki w kolorze czarnym z kolorowymi wrostkami- niebieskoszarymi, białymi i rdzawymi. Na swój sposób unikatowej. A kilka dni temu dostałam drugą , ale już w zupełnie innym wybarwieniu , mianowicie w kolorach jesieni. O ile wiedziałam, że niebieskie, szarobiałe  i rdzawe wybarwienia występują , to już te jesienne , bordowo- złocisto miodowe zupełnie mnie zaskoczyły. Zawieszka również ma prostokątny kształt , ale jest nieco większa od tej czarnej. Obie są jedwabiście gładkie, ciepłe i przyjemne w dotyku Obie są wykonane z pietersytu nazywanego kamieniem burzy. I to o nim, pietersycie dzisiejsza opowieść. Opisał go po raz pierwszy w 1962 roku Idney Pieters i to od jego nazwiska pochodzi nazwa. Kamień występuje niezwykle rzadko i tylko w dwóch miejscach na świecie ;Nanibii i chińskiej prowincji Henan. Chemicznie jest kwarcem zawierającym krokidolit. Wykazuje tak zwany efekt kociego oka , a układ wrostków sprawia wrażenie wirujących chaotycznie, burzowych chmur stąd został nazwany kamieniem burzy. W skali Mohsa plasuje się pomiędzy 6,5 do 7, co sprawia, że jest kamieniem nadającym się obróbki jubilerskiej. I faktycznie , wykonana z pietersytu biżuteria jest unikatowa. Nie ma dwóch choćby zbliżonych do siebie wyglądem egzemplarzy. Nawet dwie strony tej samej zawieszki różnią się od siebie wzorami. To doskonale widać na zdjęciach poniżej. Jest też kamieniem pożądanym przez kolekcjonerów.

Leczniczo wspomaga układ nerwowy , jego energia pomaga redukować stres i poprawić koncentrację. Kamień wspomaga pracę przysadki mózgowej. Pomaga też oczyścić organizm z negatywnych emocji.

Ma też swoje działanie ezoteryczne. Często nazywany jest „kamieniem wizji” lub też „kluczem do Królestwa Niebieskiego”. Posiada potężne właściwości transformacyjne, duchowe i ochronne. Sprzyja medytacjom , jasnowidzeniu i rozwojowi intuicji. Pomaga też w podróżach astralnych i praktykach szamańskich. Tej jego właściwości szczegółowo jeszcze nie zgłębiłam. Nie wiem jakim praktykom mógłby służyć i w jakich okolicznościach. Mało jest zresztą o tym informacji. Pietersyt służy wszelkim przemianom. Pomaga odciąć się od przeszłości i zarazem otworzyć na nowe. Podnosi energię życiową i witalność , dodaje pewności siebie a także pomaga odzyskać sprawczość. Jest też kamieniem ochronnym, pomaga uwolnić się od złych emocji i  odciąć się od złych wpływów innych ludzi. Jak widać , kamień choć niepozorny ma wiele możliwości. Na razie możemy się pochwalić tylko zawieszkami. Nie mamy w naszych zbiorach pietersytu w stanie naturalnym, ale kto wie , może trafi się jakiś ciekawy artefakt na tegorocznym "Agatowym Lecie"? A oto i one : burzowe zawieszki z pietersytu. 

                              Czarna 



I w barwach jesieni 









 


piątek, 1 maja 2026

1.05.2026 Pracowity 1 Maja

 jak na święto pracy przystało. Dzień prawie cały spędziliśmy na świeżym powietrzu , na naszym RODOS. Nie my jedni , bo tam praca szła jak burza. Napoje wyskokowe dla wsparcia też. Przynajmniej u niektórych. Ociepliło się z dnia na dzień i dziś już prawdziwe lato. W pewnym momencie nawet mi to przeszkadzało. Za szybki ten przeskok temperatur. Sucho niemożliwie. Dorobiliśmy dodatkowy kawałek nawodnienia. Ja wypieliłam i przygotowałam kolejne grządki, małżonek przeszlifował stół , a potem razem go pomalowaliśmy. Jutro zrobimy powtórkę. Zamierzam też porozstawiać ogrodowe figurki, koty i krasnoludy. Aha i konewki - lampki. Jedną już dziś ustawiłam w donicy z żurawkami. Mam jeszcze dwie. I trzy fontanny. Jakimś cudem udało się je naprawić i znów zaczęły działać. 

A teraz czas się szykować na koncert zespołu Kombi. Zaczyna się o 20.30 a zamierzamy pójść pieszo, bo miejsc do parkowania raczej nie będzie. Miłego dalszego majówkowania. 

czwartek, 30 kwietnia 2026

30.04.2026 Sprawy na ten miesiąc zakończone

i dobrze. Czas na majówkowanie. My świętujemy na naszym RODOS ( rodzinny ogródek działkowy ogrodzony siatką - jak by ktoś nie wiedział) przy pracach ogrodniczych. Jeszcze nie wiem co będziemy robić tak konkretnie , mamy plany na malowanie stołu i tarasu, ale zobaczymy. Nadmiernie nie zamierzamy się przemęczać , bo wieczorem koncert zespołu Kombi, na który się wybieramy. Godzina a hakiem na stojąco , trzeba być w formie. W mieście weekend majówkowy zaczął się już dziś. Tłok niemożliwy, połowa centrum zablokowana, bo trzeba było rozstawić scenę dla zespołów muzycznych a do tego szykują trasę na doroczny rajd rowerowy. No i wszystko co żyje ruszyło na zakupy. Królują po koszykach kiełbasy i mięso na grilla oraz zgrzewki piwa. Ja już przezornie zakupy zrobiłam wcześniej więc dziś tylko kilka najpotrzebniejszych. Ile można zjeść w 3 dni? A przecież w sobotę sklepy czynne. Zaopatrzyłam też rano matkę, schowałam do lodówki, żeby miała na dziś i jutro a jak przyszłam wieczorem to to czego nie zjadła leżało na szafce, bo za zimne. I oczywiście znów znalazłam kilka tabletek poupychanych po kątach. Już nawet z tym nie walczę, bo to groch o ścianę. I tak zrobi po swojemu. Zdecydowanie zrobiło się cieplej, ale wciąż nie pada. Przyjdzie jakieś szamańskie praktyki odstawić co by ten deszcz w końcu spadł czy coś ? Bawcie się dobrze w majowy weekend. 

środa, 29 kwietnia 2026

29.04.2026 Zimna ta wiosna

 Już dawno takiej nie pamiętam, choć mam zdjęcia z początku lat 80-tych, z 1 maja z zasypanymi śniegiem drzewami. Bardziej od zimna martwi mnie susza. Na to jednak wpływu nie mam. Zarządzono odgórnie. Jedyne co możemy to zadbać, żeby nam roślinki nie zmarzły. Pojechaliśmy na działkę. Dziś nie podlewaliśmy w obawie, żeby woda nie zrobiła większych szkód. Przykryliśmy włókniną truskawki , pozakładałam na świeżo posadzoną sałatę i kalarepę takie plastikowe , przeźroczyste nakładki, które mają osłaniać rośliny przed ślimakami, ale też przed zimnem ( patent z chińskiego allegro) , doniczki z pelargoniami i afrykańską stokrotką wstawiliśmy do starej altany, a na koniec obwiązałam jeszcze włókniną  donicę z mandewilą. Z róż jeszcze nie zdejmowałam zimowych osłon więc nie było potrzeby osłaniać, a reszta raczej sobie poradzi z przymrozkami. Na koniec ucięłam sobie tulipany , cały bukiet tym razem. Mają zmarznąć to niech postoją w domu i oko nacieszą. Mam nadzieję, że to już ostatnie takie zimne dni i w końcu zacznie wszystko wyrastać, bo na razie z tym kiepsko. 

Tak poza tym dzień dość spokojny. Matka nic tym razem nie odwinęła, w pracy też za wiele się nie działo poza tym ,że kurier nie zjawił się po przesyłkę, a popołudnie w domu też zwyczajne, jakieś drobne domowe roboty a potem działka. 

wtorek, 28 kwietnia 2026

28.04.2026 Coraz bliżej do majówki

a ja nie wiem czemu wkręciłam sobie, że dziś piątek... Cały dzień mi ten piątek po głowie chodził. No wariactwo jakieś. Ale ja tak mam , daty to moje przekleństwo. Wiecznie  je mylę. A tymczasem postanowione. Po majówce majster przyjdzie stawiać płot. Będzie się działo , bo i wymianę umywalki i sedesu zaplanowałam w tym czasie. Jeśli chodzi o płot to martwić się nie muszę, majster dostanie klucze i wie co ma robić. Hydraulika muszę dopilnować, nie dlatego , że mu nie dowierzam, że zrobi jak należy ale w obawie, żeby go matka nie wygoniła, albo czegoś innego nie wywinęła. Cóż, jeszcze jedno zadanie do wykonania. Będę się nad tym zastanawiać jak ogarnąć jak już ustalimy szczegóły. 

Po obiedzie pojechaliśmy na działkę podlać. Susza koszmarna. Piach nie ziemia i nie wiele kiełkuje, choć już powinno. Za to jestem pełna podziwu dla moich róż. Te okrywowe po prostu wystrzeliły, jedna z trzech szlachetnych też. Dwie pozostałe dopiero wypuszczają. Wygląda na to, że potrzebowały więcej czasu. Z warzyw to za parę dni będzie już szczypior , wypuścił groszek , rzodkiewka i bób, no i ziółka. Te się nie dają żadnej pogodzie. 

Dobrze się zapowiada weekend muzyczny, w piątek Stachursky , w sobotę zespół Kombi. I jeszcze jakichś dwóch młodych, których nazwiska nic mi nie mówią. Stachursky to nie moja bajka , ale na Kombi się wybieramy. Plany są, a jak będzie z realizacją ? A się okaże. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

26.04.2026 Poniedziałek jakich wiele

 czyli znów o niczym , bo w kółko o pracy to aż nudne. Nie wiele się działo. Humor mi księgowa nieco poprawiła, bo nie mam w tym roku dopłaty do podatku dochodowego za ubiegły rok. Ba! nawet zawrotną kwotę do zwrotu! Zawrotną inaczej , żeby nie było , całe 15 złotych polskich. No co tam, dobre i 15 złotych, na jedną doniczkę albo 3 sadzonki pomidorów wystarczy. Wyśmiewam się oczywiście. 

Załatwiłam dziś to i owo z domowych tematów, nie moich tylko matki. Obgadałam z hydraulikiem wymianę sedesu i umywalki u matki. Termin ustalimy po majówce, bo na razie ma inne sprawy do dokończenia. mam mu zdjęcia zrobić, żeby miał mniej-więcej pojęcie co go czeka. Zdjęcia mam, bo zrobiłam jej już wcześniej. Chciałam ,żeby przyszedł obejrzeć , ale skoro zdjęcia mu wystarczą... Niech mu będzie. Załatwiłam też recepty na matki leki i zabrałam pranie. 

I stanęło na tym ,że w najbliższej kolejności robimy na działce płot. Jutro dzwonimy do majstra , tego samego co robił nam patio. 

niedziela, 26 kwietnia 2026

26.04.2026 Rosną

 wszystkie roślinki , które wczoraj przywieźliśmy. Przetrwały i dobrze się mają. Oby nie dopadły ich jakieś przymrozki. Placek z rabarbarem, który upiekłam przed południem zjedliśmy prawie cały. Jak zwykle upiekłam drożdżowy , bo z innymi ciastami u mnie słabo. Zwykle pierwszy placek z rabarbarem piekłam w majówkę, ale w tym roku jakoś wcześniej niż zwykle wyrósł ( u sąsiadów jeszcze nie ma) i to wyrósł dosłownie las rabarbaru. Ciekawe co jest przyczyną? Nadrabia zaległości z czasu jak był przywalony materiałami budowlanymi i myślałam, że już nic z niego nie będzie ??? Jest go tyle, ze chyba jakiejś konfitury rabarbarowej narobię na zapas.  Mimo wszystko coś tam rośnie , chociaż zimno. Właśnie odkryłam malutkie pędy jeżówek i szałwi muszkatołowej. 

Tak poza tym dzień trochę zwariowany i jak zwykle w pędzie. Przed południem wpadła wnusia z synem oddać dziadkowi kaszkiet,, który pożyczyła na szkolne przedstawienie i pochwalić się wynikami w strzelaniu. Noooo robią wrażenie. dziś ostatnia seria ligowa i przerwa do jesieni. A za tydzień strzelanie majówkowe. Zresztą gubię się już w tych kolejnych zawodach ale cieszę się z postępów i kibicuję. Sama przecież kiedyś strzelałam z nie złym skutkiem. Wyciągnęli mnie z wanny. Chciałam sobie trochę sprawić trochę relaksu a tu nic z tego. Musiałam się pośpieszyć. Oczywiście jeszcze wizyta u matki, wieczorem po działce kolejna i domowe zajęcia ... No zwariowany ten dzień i już. 

I na koniec muszę odnotować z obowiązku kronikarskiego. Jurek Owsiak ma godnego następcę . Jakiś youtuber dotąd znany tylko swoim wielbicielom, rozkręcił na niebywałą skalę zbiórkę dla dzieci chorych na raka. Na żywo, przez internet , w trakcie dziewięciodniowej akcji , która ma się dziś zakończyć zebrał prawie tyle ile WOŚP. Przed chwilą tvn pokazywał licznik akcji , który przekraczał grubo ponad 220 milionów. A zaczęło się od piosenki, którą nagrała z jakimś raperem 11 letnia dziewczynka chora na raka. Coś nieprawdopodobnego ! Możemy być z siebie dumni , jako społeczeństwo.   

sobota, 25 kwietnia 2026

25.04.2026 Trochę działkowo i trochę zakupowo

 a tak konkretniej to działkowo trochę a zakupowo duuuużo. Plany były inne , miało być na działce długo i dużo, ale jak rano pojechałam po pieczywo, na zieleniak i do matki to wróciłam przemarznięta, mimo pikowanej kurtki i apaszki na szyi. Było tylko 5 stopni na plusie i wszystko wskazywało na to, że zanosi się na deszcz. Zanim jednak wyjechaliśmy, bo wiadomo, w sobotę rano zawsze są jakieś domowe zajęcia zrobiło się słonecznie ale nie wiele cieplej, bo 10 na plusie. Pojechaliśmy jednak choć plan uległ zmianie. Posadziłam werbenę i kupione rano sadzonki kalarepy i sałaty lodowej, wyczyściłam kolejną grządkę z chwastów, małżonek drugą , podlaliśmy grządki i wracaliśmy zmarznięci do domu. Może nie byłoby tak zimno, gdyby nie wiatr. Po obiedzie i godzinnym relaksie z filiżanką kawy pojechaliśmy do leroy na ogródkowe zakupy, odkładane od nie wiadomo kiedy. Na działkach nie wolno palić gałęzi ani innych badyli ale jak się ma palenisko do tego przystosowane to wolno. Postanowiliśmy, że takie kupimy. Można było co prawda wybudować ale stwierdziliśmy, że szkoda roboty skoro mamy bon upominkowy a poza tym dobierzemy pasujące do reszty naszej architektury ogrodowej (szumne określenie na ptasie płotki) czyli czarny metal. Za wielkiego wyboru nie było, po namyśle wybraliśmy nieco mniejsze niż było w planach , za to głębsze i z bardzo grubej blachy. Głównie ta grubość nas przekonała. No i będzie łatwo przenieść i schować na zimę. Na tym się nie skończyło, bo kupiliśmy jeszcze farby do odnawiania stołu i krzesełek służących za kwietniki, nawóz do róż, bo mi się skończył, kapilary do kroplownika i górę roślin. Kwiatowych oczywiście. Nie tylko zresztą , bo jeszcze krzaczek rokitnika i jeżynę bezkolcową. Nasza nam zmarzła. Nie wiem czy odżyje, dam jej szansę , obetnę nisko przy ziemi i zobaczymy za rok ale obok posadzę drugą. Rokitnik zastąpi pigwowca. Niestety , coś im nie służy na naszej działce i już drugi zmarniał. To spróbuję z rokitnikiem. A poza tym mam mnóstwo kwiatów. Część do skalniaka, część do doniczek a część tak po prostu na grządki - turki na przykład. Niestety te co zasiałam w ogóle nie wykiełkowały. Nie wiem , czy z zimna, czy nasiona były jakieś stare, albo jeszcze coś innego.  Zabezpieczyliśmy to całe roślinne dobro i jutro po obiedzie pojedziemy posadzić.  Będzie co robić. Tak poza tym przywiozłam dziś z działki rabarbar , szczypior czosnkowy i taki zwykły- siedmiolatkę , pietruszkę ( odrosła mimo chłodu) i bukiet ciemnoczerwonych tulipanów. 

Miłej niedzieli!

piątek, 24 kwietnia 2026

24.04.2026 Werbenę posadzę

 jutro w ogródku. Kupiłam dziś całe pudło z napisem werbena różowa , ale kwiatki , jeszcze nieliczne ma czerwone. Jasnoczerwone , dla jasności, bo jest też  ciemnoczerwona i ma jeszcze kilka innych kolorów. Posadziłam w ubiegłym roku i pięknie rosła więc i w tym zakładam ,że też tak będzie. Bo niestety w naszych warunkach klimatycznych trzeba ją traktować jak roślinkę jednoroczną. Zima jednak mi trochę szkód narobiła. Kilka krzaczków nie odżyło, a już powinno wypuszczać. Szkoda. Jak znam siebie to sobie nie odmówię i na pewno znów coś przytargam jutro z zieleniaka. A wybieram się , po pierwsze sadzonki więc pewnie i na jakieś kwiaty się skuszę. 

Małżonek zrobił mi niespodziankę i kupił zawieszkę z pietersytu. Przyjechała dziś wprost do biura.I to nie byle jaką zawieszkę, bo w kolorach jesieni. Nie wiedziałam, że  pietersyt występuje w takim wybarwieniu. O tym ,że jest zielonkawo-szary i czarny z kolorowymi wrostkami wiedziałam , ale żółto-bordowo-miodowy ??? Ale jest efektowny. Bardzo mi się podoba. 

Tak poza tym to dalej czytam i zamiennie wróciłam do szydełka. Zupełnie wyleciało mi z głowy , że mam zaczętą chustę. I wczoraj weszła mi w ręce, przy okazji przekładania rzeczy na  półkach w szafie. 

czwartek, 23 kwietnia 2026

23.04.2026 Przynajmniej jeden problem z głowy

 Kolano matki. Sprawdzone, szwy zdjęte, dla pewności nałożony jeszcze taki specjalny plaster i to wszystko. I nawet grzeczna była , ubrała się i nie protestowała, że ma jechac. Rano dostała kwiatki i dwa pączki ( placka z agrestem nie było więc dostała pączki, bo te dwa ciasta lubi) oraz dużą paczkę kawy  z okazji urodzin więc nie szalała. Nie wiem tylko czy jeszcze pamięta, że to 89 urodziny. 

Tak poza tym dzień minął wyjątkowo spokojnie i bez żadnych zawirowań. I to mi pasuje. A wieczór zamierzam spędzić z czytnikiem. 

środa, 22 kwietnia 2026

22.04.2026 Z dużym opóźnieniem, ale to i tak lepiej niż wcale

 Tę książkę miałam opisać i polecić  już dawno , bo też czytałam ją już w styczniu. Mam na myśli „Rok zarazy” autorstwa Lidii Chowaniec. Trochę mi zeszło , bo już ją przeczytałam zaraz po odebraniu z empiku, ale ze mną tak jest; wiecznie gonię czas. Muszę zrobić powtórkę i przeczytać jeszcze raz, ale o tym później. Z pewnych źródeł, których na razie nie zdradzę wiem, że Autorka miała pewne trudności z wydaniem. Nie dziwię się jednak, że nie chcieli  jej wydać. W tej miałkości i zalewie głupawych albo przesłodzonych czytadeł, z marnym zasobem słownictwa i równie marnym stylem, ta książka jest po prostu zbyt dobra. I to pod wieloma względami moim zdaniem: tematu, języka, sposobu narracji, ciekawego tła społeczno-obyczajowego. Po prostu , dla przynajmniej trochę bardziej wymagających czytelników. Nie jestem pewna czy o to  chodziło Autorce dlatego chcę poczytać jeszcze raz, ale dopatrzyłam się tam takiej rozprawy z duchami przeszłości. To wcale nie jest łatwe, a coś o tym wiem z własnych doświadczeń , a już na pewno nie łatwe do opisania. W  książce całkiem dobrze to wyszło, udało  się temat ująć ciekawie , bez ckliwego słownictwa i rozczulania się. I ten wątek daje też do myślenia a to wartość dodana. Jest też zderzenie miasta z wsią , mentalne zderzenie oczywiście. To kolejny temat dający do myślenia. Jak się widzimy nawzajem, jakimi wartościami się kierujemy, jak rozmawiamy lub nie, czym się kierujemy podejmując decyzję i jak to widzi druga strona… Obyczajowa fabuła książki w sumie jest dość prosta, kobieta z dużego miasta, żona, matka, pracująca pani domu, nagle zapada na poważną chorobę, po której szuka samotnego odpoczynku i rehabilitacji w domku odziedziczonym po swoich ciotkach , gdzieś , w małej , górskiej wiosce, gdzie życie toczy się według świąt i pór roku a sąsiedzi widzą i wiedzą wszystko. W tle początek pandemii, w którą nie wszyscy wierzą albo nie wiedzą co to takiego i zwyczajnie ignorują. Najciekawsze jednak w tej książce jest tło. To co dzieje się pod fabułą a o czym już wyżej po części wspomniałam. I barwny pakiet  postaci drugoplanowych, trochę dziwacznych, trochę oryginałów, a trochę karykaturalnych na miarę tu i teraz z wszystkimi przywarami ludzi żyjących ze smartfonem w ręku. Podobały mi się też regionalizmy. Lubię takie klimaty w książkach. Większych problemów z gwarą góralską nie miałam czytając, może dlatego, że kiedyś mnie to bardzo pasjonowało i chociaż nie umiem mówić znam kilka gwar całkiem nie źle. Zapomniane dawno hobby ale się przydało. Dla niezorientowanych, przydał by się może jakiś mini-słowniczek gwary na końcu ale to w sumie drobiazg i bez wpływu na treść i całą koncepcję jako taką. Jest też wątek wielkopolski  bez którego – „małe miasteczko w okolicach Poznania” -  nie byłoby to samo. Przynajmniej dla mnie Wielkopolanki od wielu pokoleń.  Wiem skąd pochodzi ten wątek i do czego nawiązuje. Ogólnie rzecz biorąc podobało mi się w tej książce właściwie wszystko.  I tu na koniec muszę się przyznać i pochwalić, osobiście znam Autorkę.  Jeśli lubicie powieści obyczajowe to przeczytajcie, nie będziecie żałować.

wtorek, 21 kwietnia 2026

21.04.2026 Ogarnęłam ...

 to kurewstwo czyli ksef . Pomógł AI , ale się udało. Pracuję na tym programie chyba z 35 lat i znam go dokładnie. Wiedziałam , że muszą być sposoby, żeby to wszystko obejść i ustawić na właściwych torach. W życiu bym jednak nie wpadła na to, że sprawa jest tak prozaiczna. Prozaiczna ale zaważyła. Na tych czterech fakturach popełniłam ten sam błąd. W sumie to dotąd żaden błąd nie był. Wpisałam ilość produktów a nie dopisałam jednostki miary , 3 marnych literek "szt" , no i zostały odrzucone. A na to jak usunąć fakturę z bufora ksef w celu poprawienia jej  nie wpadł by nawet mój synalek informatyk. Ale już wiem co i jak. Ale imienia AI nie dostanie, na imię trzeba zasłużyć, jak się chce nazywać to musi się lepiej postarać. Tak poza tym ogarnęłam też awarię hasła w banku. Czyli lepiej mi poszło niż wczoraj. 

Po wczorajszym deszczu zrobiło się zielono i pięknie. Na działce nie byliśmy, z braku czasu ale na pewno to i owo podrosło a trawa odzyskała świeżość. Już się cieszę na sobotę. Kupiłam sobie etui do czytnika z obrazkiem nawiązującym do moich książkowych poszewek - jak ze starej biblioteki. Wygodny, ze wspornikiem i opaską na dłoń, można postawić na stole , albo zaczepić na dłoni a nie trzymać. 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

20.04.2026 To nie był dobry poniedziałek

Ledwo weszłam do biura, jeszcze nie zdążyłam otworzyć żaluzji a to strzał. Walnęły się dwa auta , suv volvo z minimorisem czyli duży z małym. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo na krzyżówce tuż za naszym biurem często się coś dzieje , wyjrzałam żeby sprawdzić czy nie trzeba w czymś pomóc , ale wszyscy wysiedli z aut więc uznałam ,że stłuczka jakich wiele. A tu za chwilę zrobiła się zadyma. Przyjechały trzy bojowe wozy strażackie , trzy radiowozy , w tym jeden cywilny ale koguty wystawił i dwie karetki. Akcja trwała prawie dwie godziny. Nie wiem do końca co się stało, że taka "obsługa" ale zauważyłam , że volvo to hybryda a mini miał butle gazową więc pewnie dlatego. Ale to nie był koniec i mnie bezpośrednio nie dotyczył. Na mnie zawzięły się wszelkie urządzenia. Najpierw bankomaty. Oba do , których podjechałam ,żeby kasę na paliwo chłopakom zabezpieczyć nieczynne. Za trochę wyszło, że nie działają płatności kartą. Kurierowi musiałam z własnej kasy za przesyłkę zapłacić. Dobrze, że tylko sto parę złotych , bo nie miałam większej gotówki przy sobie. Oczywiście jak już zacznie wszystko działać to sobie potrącę z firmowej kasy ale wyłożyć musiałam. Jak by tego było mało zabrałam się za faktury cykliczne, powiązane z umowami długoterminowymi. Mam ich na 20 aż 22 sztuki. I jak dotąd wszystko mi działało w tym popapranym ksefie a dziś osiemnaście mi wysłał a pozostałych czterech za żadną cholerę się nie dało. Księgowa mi doradziła, żeby odczekać parę godzin i spróbować później, bo może mamy w programie limit wysyłek, ale też się nie dało. Kombinowałam , próbowałam i nic z tego. Posprawdzałam dane i czy w systemie jako podatnik vat figuruje i ni cholery. W jednym przypadku był zły nip, poprawiłam i też nic z tego. Poległam. A pracuję na tym programie 35 lat i znam go na wylot. Nawet ten ksef w tym programie ogarnęłam za pierwszym podejściem. Nie wiem jak to ugryźć, chyba jutro zadzwonię do producenta po support. A na 30 czekają mnie kolejne takie faktury. I jeszcze przestało mi działać hasło do jednego z banków. Jutro czeka mnie wycieczka do miasta w celu odnowienia , bo można tylko w oddziale. No nie szło mi dzisiaj i tyle... 

niedziela, 19 kwietnia 2026

19.04.2026 Trochę ogródkowych nowości


Nowy sezon na krzaczki rozpoczęty więc parę nowości wprowadziłam - lampioy - nie lampiony ( bo wcale nimi być nie muszą w postaci gotyckich okien. W tym miejscu tak na razie. Znajdę im inne miejsce docelowe  , bo trochę znikają na tle płotu 




Mini latarnia ( świeci , bo solarna) -udekorowała opaskę przy pokrywie od szamba, przyciąga uwagę , skutecznie maskując tę pokrywę , brzydką ale nieuiknioną. Na razie z jednym kwiatkiem ale dołożę .

Tu się bez fachowca nie obeszło, ale efekt jest , a jak dołożymy zielone osłonki na siatki to będzie bardzo przytulny kącik, w którym docelowo planujemy postawić ogrodowe jacusi


W skalniaczku przy starej altance kolejna nowość ozdobna - rodzinka jeżyków . Ciekawa jestem kiedy małżonek je zauważy, bo na razie chyba nie dostrzegł, W tej dużej doniczce rósł eukaliptus, niestety chyba mu zima zaszkodziła. Obcięłam , może odżyje ale małe szanse


Ta latarnia stanie na tarasie 


I jeszcze jeden ptasi płotek. Na razie słabo się prezentuje na tle tej pustej grządki ale jak wszystko co tam posiałam i zasadziłam wyrośnie ... Na razie tylko tulipany szykują się do rozkwitubbb


 

sobota, 18 kwietnia 2026

18.04.2026 Działka dzwoni - muszę iść

 No to chodzimy , a dokładniej to jeździmy autem , bo zawsze obładowani. I tym razem inaczej nie było. Bo to i obiad do odgrzania i ozdoby ogrodowe i kosz z sadzonkami , bo oczywiście sobie nie odpuściłam będąc na zieleniaku i kupiłam to i owo. Za tydzień będą kolejne. I niezbędne drobiazgi do napraw i inne przydające się na działce klamorki. Dzień był wyjątkowo sprzyjający i kto żyw udzielał się przy krzaczkach. Susza koszmarna, popiół nie ziemia ogrodowa. Podlaliśmy wszystko jak trzeba, posadziłam roślinki , przesadziłam kilka innych, podsypałam im nawozów, ustawiłam nowe ozdoby, w skalniaku rodzinkę jeżyków, a na opasce z kamyszków pod płotem sąsiada dwie latarenki w kształcie gotyckich okien. Do środka włożyłam elektryczne wkłady do zniczy i nałożyłam odwrócony słoik na tę pseudo świeczkę, żeby w razie ewentualnych opadów woda na elektronikę się nie lała. Ładnie to wygląda. Małżonek dokończył przeróbkę ścieżki, przesunął kawałek opaski przy PDzO , bo nie zgrywała się z nowym patio a dokładniej ogrodzeniem od patio. Jak sobie chwilę przy stole posiedzieliśmy w tym nowym kąciku to mi się zaczęło tam podobać. Pozakładał też kilka nowych odcinków kroplownika. Po namyśle chyba jeszcze pociągniemy na grządkę z kwiatami, bo tam to już prawdziwa pustynia. Uruchomiliśmy też mniejszą fontannę. Jeśli faktycznie jutro popada i u nas to jest szansa, że wszystko zacznie wschodzić . Jest naprawdę pięknie. Za chwilę rozkwitną wszystkie tulipany, czereśnia już w pełnym rozkwicie, dawno nie miała tylu pięknych i wielkich kwiatów. Różowo zakwitła też nasza mini-brzoskwinka o wdzięcznej nazwie Ufo i zazieleniają się trawniki. W porze obiadowej odwiedziła nas wnusia z koleżankami i kolegą ich pięć on jeden. Obejrzeliśmy działkę, wszystkie nowości oraz figurki kotów Eustachów ( bo każdy koty to Eustachy, a towarzystwo mojej wnuczki to Eustachy-Gang), pogadaliśmy i towarzystwo wróciło na działkę koleżanki. Podobno jakiś filmik kręcą, horror skrzyżowany z kryminałem albo jakoś tak i będą nocować. Nawet im tytuł tego filmiku  zaproponowałam "działkowa masakra dziabką i grabkami" i podobno został przyjęty?????  Na działce spędziliśmy dziś całe 10 godzin. Na koniec solidnie podlaliśmy , urwałam szczypiorki siedmioletni i czosnkowy i rabarbar na niedzielny kompot. Jakiś dziwny jest w tym roku , bo łodygi ma krótkie ale grube , dobre 2cm średnicy ? Kolejna ciekawostka. A jak już wychodziliśmy po tych 10 godzinach nawkładał nam sąsiad, że za wcześnie. Dzień się jeszcze nie skończył a my się zwijamy - krzakowiec jeden ... 

Tak poza tym to zawiozłam dziś matce balkonik. I dobrze zrobiłam jak się okazuje. Bardzo jej to urządzenie  przypadło do gustu. Nauczyła się go zamykać jak nie korzysta , ustawiła przy kanapie i się na nim opiera i jak twierdzi wreszcie się nie przewraca. Wychodzi, że trafiłam, ciekawe tylko na jak długo. 

piątek, 17 kwietnia 2026

17.04.2026 Znów z przytupem …

 Zaliczyłam wczorajsze prawie pół dnia. A jakże:  moja mamuśka dała mi do wiwatu. Jak pisałam tydzień temu się potrzaskała solidnie, skończyło się interwencją ratowników medycznych i 6 szwami. Nos jej się ładnie zagoił kolano jeszcze nie całkiem , ale zgodnie z zaleceniem soru miała się stawić na kontroli pomiędzy 7a10 dniem. Wczoraj wypadał 9 więc ją zawiozłam do przychodni. Zanim jednak zawiozłam to przez cały tydzień wbijałam do głowy , że trzeba jechać to zrobić i że pojedziemy w czwartek lub piątek, co w sumie i tak znaczenia nie ma, bo dla niej czas i przestrzeń to abstrakcja i nie  wie już co to takiego. Przytakiwała, że pojedzie. W drodze do pracy podjechałam do przychodni chirurgicznej zarejestrowałam. Dali mi numer 11 i kazali stawić się przed 11.00. Podjechałam potem do biura, włączyłam urządzenia, zrobiłam sobie kawę i właściwie już był czas jechać do niej z tabletkami. Po drodze jak zawsze zrobiłam zakupy dla niej i pojechałam. Mamuśka jak to ona, siedzi na kanapie nie ubrana. Mówię jej, że ma się zaraz ubrać, bo jedziemy na zdjęcie szwów do lekarza. Ona nigdzie nie jedzie, jej się nie chce i się nie będzie ubierać. Jeszcze nic nie mówiłam, podałam tabletki. Oczywiście foch, bo za dużo (aż 5szt, w tym 4 trochę większe jak łepek od szpilki) gorzkie i ona w ogóle nie może tyle tabletek zjadać i czemu wszystkie razem… Codzienny standard. Mówię, dobra połknęłaś to pomogę ci się ubrać. Nie ona się nie ubiera , bo nie ma biustonosza. Oczywiście wyciągnęłam spod poduszki, zdjęłam jej przez głowę podkoszulkę  i jej założyłam biustonosz.Za ciasny ( nosi codziennie i sama zapina), ona się udusi, ja specjalnie jej taki kupiłam ,żeby się udusiła itd. Wrzasnęłam ,że ma nie dyskutować tylko się ubierać i sięgnęłam po czystą podkoszulkę i sweter . Za cholerę nie dała sobie podkoszulki ani swetra założyć. Dosłownie dostała furii, wymachiwała rękami , zrzuciła kołdrę i poduszkę , szarpała mnie za ubranie. No , kompletny amok. Odpuściłam, zgarnęłam torebkę i wypadłam z domu ale już z obolałą od skoku ciśnienia głową. W aucie siedziałam dobre 10 minut zanim pojechałam do biura. Stwierdziłam ,że za te półtorej godziny, nie będzie już pamiętać, że nie chciała jechać. Wróciłam 45 minut przed wizytą. Nie pamiętała, ale jak jej się kazałam znów ubrać to powtórka z marudzenia. Sweter założyła, ale ona nie jedzie, nie ma rajstop ani butów, ona jest chora, jej się nie chce itd. Kilka dni temu kupiłam jej specjalnie takie lekkie spódnico-spodnie, żeby nie uciskały jej tego kolana więc jej dałam i pomogłam założyć., potem skarpetki a jak przyszło do butów , znów tych co kilka dni temu kupiłam i której jej się podobały i nawet przymierzyła ta sama akcja, ona nie założy, za ciasne i takie gówno jej kupiłam i td.I nie dała sobie  powiedzieć, że przecież je przymierzała kilka dni temu. Gotowałam się ze złości. Ale  nie to nie , nie mam czasu na takie użeranie się , jedziesz w laczkach. I już nie miała wyjścia. Kurtkę włożyła, ale kombinowała, jak tu nie wyjść z domu. Kluczy szukała, choć leżały na stoliku a ja kilka razy powtarzałam że zamknę , a to ona nie ma laski – miała, stała obok łóżka jak zawsze też na widoku. W końcu dała się zaciągnąć do auta. Jak już wyszła z domu to tak pędziła z tym niezagojonym kolanem ,że nie mogłam nadążyć. W przychodni byłyśmy 20 minut przed czasem ale trafił mi się fart, bo akurat z gabinetu wyszedł jeden pacjent a za nim doktor. Spytał czy ktoś do niego, a ja od razu, że my , na 11.00 , a innych pacjentów jeszcze nie było oprócz jednego dziadka z numerem 27, jak przyszedł za nami to się zapytał, który mamy a potem sam podał swój. Weszłyśmy od razu. Podałam doktorowi dokumenty z soru, obejrzał co trzeba, zbadał nos i kolano i wysłał do zabiegowego obok na zdjęcie szwów z nosa. Znam go, bo pracowaliśmy razem, kilka razy byłam u niego na zastępstwie jak jeszcze pracowałam w zozie ale pewnie mnie nie pamiętał. Był wtedy świeżo po studiach i robił specjalizację z chirurgii a ja przychodziłam do poradni chirurgicznej tylko w sezonie urlopowym. Za to mamuśka się go wystraszyła i już nawet nie marudziła, że coś boli albo coś jej robią. Bo pan doktor bardzo sympatyczny zresztą , wygląda groźnie. Taki typ wikinga. Potężna postura , ponad 1,90 wzrostu, rudawy z brodą i wąsami. Po badaniu i zmianie opatrunków odwiozłam ją do domu. Niestety, za tydzień powtórka, bo kolano nie wygojone. Wróciłam wykończona.

A dziś nic szczególnego w pracy  ani w domu. Za to na działce się dzieje. Majster już pracuje nad nowym patio. W trakcie dnia  wpadłam na pomysł żeby od razu wkopał wsporniki pod panele z siatki, z których chcemy zrobić ścianki osłonowe. Pojechaliśmy z małżonkiem i facet od razu załapał o co nam chodzi i zaproponował, że przywiezie 2 przęsła po 2,5m i od razu dokręci do wsporników. No super! Lubię takich fachowców co sami umieją coś zaproponować. Jutro okaże się co nam z tego wyszło. A docelowo na przęsłach rozepniemy takie ścianki ze sztucznego pnącza. Nie chcemy robić ścianek z pasków folii wplatanych w panel, bo mamy doświadczenie naszego młodszego syna. To tak skutecznie blokuje przepływ powietrza , że wichura wyrwała mu kilka paneli z płotu przy domu. Wyszliśmy z założenia, że przez takie pseudo liście to wiatr przeleci. Okaże się w praniu…

***** późny wieczór . Patio gotowe i widać solidną robotę . Jutro obejrzymy w świetle dnia dokładniej.

 

czwartek, 16 kwietnia 2026

16.04.2026 Wysiadłam...

 całą jazdę opiszę jutro, bo po prostu nie mam dziś siły. Dawno mi tak ciśnienia matka nie podniosła jak dzisiaj, a za tydzień będę miała powtórkę. Wszystko przez zdejmowanie szwów. Na nosie jej zdjęli, z kolana nie. bo się jeszcze dobrze nie zagoiło. Eeeee, lepiej coś poczytam...

środa, 15 kwietnia 2026

15.04.2026 Dobrze mi zrobiło

 takie kilkugodzinne oderwanie od codziennej rutyny. Mam na myśli dzisiejszą konferencję. Nie wiele przyswoiłam z zagadnień ściśle technicznych ale pilnie słuchałam , skupiłam się na wykładach i czułam jak mi mózg odparowuje. I jeszcze pyszna kawa i przegryzki różnego rodzaju, na deser tort malinowy i po lampce prosecco ... Czego chcieć więcej. Trochę odpoczęłam. Przy okazji pogadaliśmy ze znajomymi jak zwykle, zmówiliśmy się na jakiś wspólny wieczór na Kaszubach w długi weekend (o ile ja wyjadę z resztą paki, ale pracuję nad tym) czerwcowy, wymieniliśmy newsami z naszego technicznego światka i czas zleciał. W sumie fajne popołudnie. A skoro mowa o wyjazdach, sprawa naszego urlopu przesądzona. Jedziemy na Agatowe Lato plus 4 dni przed. Młodsza synowa zgodziła się przejąć na ten czas moje codzienne obowiązki i robić babci zakupy i podawać lekarstwa. No to od razu zarezerwowałam nasze stałe miejsce w Kruszynie pod Bolesławcem. Trochę się pospieszyłam , ale booking przysłał mi kod rabatowy w nagrodę za ostatnią rezerwację, z krótkim terminem ważności bo tylko do 20 kwietnia. No co się miałam ociągać , zarezerwowałam. Jak by co, to do 4 lipca mogę bezpłatnie odwołać. Majster od chodników już dziś przystąpił do pracy, choć zamierzał jutro. Nie jest źle... Pytanie co się będzie działo jutro, bo muszę matkę na zdjęcie szwów zaciągnąć a to będzie wyczyn...

wtorek, 14 kwietnia 2026

14.04.2026 Zdecydowana poprawa

u mnie, katar co prawda nadal mam ale od mniej- więcej południa już jakby mniejszy. To dobrze, bo głupio byłoby jutro na spotkaniu pociągać nosem i co chwilę chusteczki używać. Muszę sobie jeszcze ciuszki na jutro wyszykować. Myślę, że jak zwykle sprawdzą się czarne spodnico-spodnie, fioletowa bluzka i czarny , krótki żakiecik, Ale zobaczę jaka będzie pogoda. 

Późnym popołudniem spotkaliśmy się z gościem , który przerobi nam patio na działce. Trochę przesadziłam z określeniem , ale mamy wyłożone bardzo starymi płytami chodnikowymi miejsce obok domku, gdzie kiedyś stał ogrodowy stół. Czasem jeszcze  nadal tam stoi. W lecie przenosimy pod jabłonkę a to "patio" sobie jest. I wymyśliliśmy, że wyłożymy nowymi płytkami i docelowo postawimy tam ogrodowe jaccuzi. No i właśnie się za to zabieramy. Przy okazji obgadaliśmy jeszcze ścieżkę, ale to później , jak będziemy stawiać nowy płot i wtedy dostosujemy do rozmiarów nowej bramki i dobierzemy wysokości i rozmiary. Gość mówi, że tak będzie lepiej, bo całość będzie spójna, a takie robienie kawałkami i zaczynanie w różnych miejscach może popsuć ogólny efekt. Pewnie ma rację, choć nie zupełnie mi ta koncepcja pasuje. Ale przemyślę. Na razie zaczyna od tego niby-patio i to już w czwartek. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

13.04.2026 Idzie na lepsze

 mnie osobiście. Katar jeszcze mi dokucza ale czuję się dużo lepiej. Dobrze mi robi leżenie na kanapie. Chyba po prostu się przepracowałam i organizm się zbuntował. A wypoczynek stawia mnie na nogi. Jeszcze ze dwa dni się powyleguję. Nie , jeden , bo w środę wyjeżdżamy na prezentację. Nawet się z tego cieszę , bo to zawsze jakaś odskocznia, chociaż na parę godzin. 

Mamuśka fochy wali jak rozkapryszony trzylatek, bo jej opatrunki zmieniam i ją szczypie, boli, zaszkodzi jej środek antyseptyczny i inne niestworzone rzeczy. Już się boję czy nie odwinie jakiegoś numeru w piątek jak na zdejmowanie szwów będzie trzeba pojechać. Swoją drogą jak na jej wiek to zadziwiająco szybko jej się wszystko goi. Trochę jej kolano jeszcze przesącza ale to zaledwie kilka kropel w ciągu dnia i nie ropieje. 

Tak poza tym , dali radę! Nasze bratanki ci od szabli i od szklanki oczywiście. Wywalili Orbana i to taką większością, że mogą zrobić co tylko zechcą. Jak widać poszli po rozum do głowy. Oby i nam się to udało w przyszłym roku i też wywalimy tę całą pożal się Boże prawicę a de facto stado baranów razem z kaczystanem i brauniarzo-konfiarzami. Tym ostatnim zresztą mocno łyso się zrobiło po tej porażce ich idola. Niby nie nasze małpy i nie nasz cyrk, ale cholernie się ucieszyłam...

niedziela, 12 kwietnia 2026

12.04.2026 A to mnie dopadło

 przeziębienie. Dawno się tak beznadziejnie jak dziś nie czułam. Kaszle, kicham i bolało mnie wszystko z włosami na głowie włącznie. Leżałam prawie cały dzień i się kurowałam dostępnymi środkami czyli polopiryną i syropem oraz tradycyjnie herbatą z miodem. Po tym dniu leżenia już mi trochę lepiej, przynajmniej  już mnie nie bolą mięśnie i kości. Może się do jutra pozbieram , choć wiadomo jak to jest, katar leczony trwa 7 dni, nie leczony tydzień więc się jeszcze pomęczę.

sobota, 11 kwietnia 2026

11.04.2026 Dzień działkowy

 Z założenia i zgodnie z planem. Swój osobisty plan działkowy prawie wykonałam, założyłam nową grządkę, trochę podrasowałam istniejące i uporządkowałam to czego nie zdążyłam wcześniej. Małżonek puścił wodę do budynku. Odkręcili już przed świętami ale my jeszcze nie puszczaliśmy do obiegu w obawie przed przymrozkami. ale teraz już chyba można. Niby jeszcze mają być mroźne noce , ale na naszym terenie akurat nie. Nie zdążyłam wysadzić ze tunelu kampanuli. Posiałam w ubiegłym roku wczesną jesienią , wyrosła ale całą zimę wyglądała na zabiedzoną. Jak poprzednim razem byliśmy na działce już wyglądała lepiej , a do dziś nawet podrosła. Posadzę następnym razem. Poza tym poprawiliśmy ścieżkę a właściwie to obrzeże ścieżki , bo po tym jak przesadziłam rosnącą na środku ścieżki porzeczkę została niedoróbka. Małżonek zdjął też plandekę z ogrodowego stołu. Trochę tej pracy było , nie powiem, że nie. Ale było przyjemnie , słońce grzało, ptaszki śpiewały, drzewka i krzaczki zaczynają się zielenić ,czego chcieć więcej ? Czy jutro się wybierzemy ? Jeszcze nie wiem. Mam parę tematów w domu, zdecyduję jutro. A jak dobrze pójdzie , to za tydzień jemy placek z rabarbarem.

piątek, 10 kwietnia 2026

10.04.2026 Codzienność wraca na swoje tory

 i dobrze. Mam owszem dodatkowe obowiązki ale jak już poustawiałam wszystko po swojemu to działa bezawaryjnie jak na razie. W pracy spokojnie jak na nasze możliwości. Matka na razie nic wielkiego  nie zmalowała. Siedzi obolała i jedynie jak jej zmieniam opatrunki i podaję leki to marudzi, że co ja jej robię, to jej zaszkodzi, za dużo tabletek'; za długi bandaż itd. Nadal daję jej środek nasenny, tak na wszelki wypadek. Wyzwaniem będzie zaciągnięcie jej na zdejmowanie szwów. Dziś zrobiłam jej kilka zakupów, luźne spódnico-spodnie i miękkie tekstylne półbuty, rozciągliwe bo puchną jej stopy i nie mogła ostatnio włożyć zwykłych butów. Ciekawe co na to powie. Tak poza tym to dziś sporo zakupów w  ogóle zrobiliśmy, bo trzeba było uzupełnić chemię i parę drobiazgów do ogrodu i kawę do domu i biura i uzupełnić zapasy, bo w końcu dokończyliśmy zapasy ze świąt. Kaszel mnie trzyma niestety, choć nie czuję się jakoś bardzo źle. Działki nie zamierzam odpuszczać, no chyba, że się rozpada, ale właśnie pokazują w tv pogodę na jutro i nie popada. 

A z innych spraw to taki kwiatek ; jak zrobić ukrytą nagonkę na przedsiębiorców?  Rozmowa w RMF-ie. Terlikowski zaprosił ministra finansów Domańskiego. Rozmowa o podwyższeniu progów podatkowych. I pada zdanie z ust dziennikarza czy minister jest skłonny poprzeć podniesienie progów , bo od czterech lat nie było zmiany a nie może być tak, że pielęgniarka, urzędnik, nauczyciel itp nie może płacić 30 % podatku a przedsiębiorca na podatku liniowym tylko kilka procent. I o tych kilku procentach wspomniał parę razy. Ile to jest faktycznie tych rzekomych kilka to już nie umiał sprecyzować. Podejrzewam ,że nawet nie sprawdził. O ile nie dziwię się ministrowi finansów, że nie wyjaśnił (choć uczciwie byłoby to zrobić), bo w końcu pilnuje państwowej kasy i ma interes w tym żeby jak najwięcej wpływało do budżetu o tyle dziennikarz mnie wkurzył. Prawda jest taka, że podatek liniowy to jest 19% bez żadnych ulg i zwolnień, powtórzę : żadnych ulg i zwolnień typu remonty, internet , leki itp. Do tego dochodzi składka zdrowotna 4,9% , której nie odlicza się nawet od podstawy opodatkowania a nalicza się od dochodu w danym miesiącu, również od dochodu za np. sprzedane auto albo maszynę a nie tylko od dochodu wypracowanego  czyli de facto każdy przedsiębiorca na podatku liniowym płaci 23,9% podatku. Gdzie te KILKA procent panie dziennikarzu katolicki? Ktoś , kto nie prowadzi firmy i nie zna tego podatku może sobie faktycznie myśleć, że dzieje mu się krzywda, bo co innego można myśleć po takiej sugestii z ust bądź co bądź dziennikarza uchodzącego za w miarę rzetelnego. Tak powstają mity i na ich bazie nagonka, po to żeby ludzie mieli wroga. 

czwartek, 9 kwietnia 2026

9.04.2026 Spokojniej,

 przynajmniej dziś i dzięki temu zrobiłam to co miało zostać zrobione wczoraj. Z likwidacją dekoracji poczekam przynajmniej do niedzieli, a jak mi się nie będzie chciało przerabiać to i dłużej. Matka na razie jest grzeczna. Podejrzewam ,że wszystko ją boli po tym obiciu się chociaż twierdzi, że nie. Zgodnie z zaleceniami ze sor-u zmieniam jej opatrunki i przemywam octaniseptem rany. Jednak ma szwy na nosie i to aż trzy, dopiero na to opatrunek. Kolejne trzy szwy założyli jej na kolanie. Na rękę zrobiłam jej okłady z altacetu i podaję jej przeciwbólowe tabletki. Szczerze mówiąc wygląda niczym Frankenstein z tą potłuczoną i poszytą twarzą. Przynajmniej nie szaleje. Obawiam się tylko, że po tym bezruchu spowodowanym potłuczeniami już mi się wcale nie będzie chciał ruszać, tylko się położy. I bez tego trudno ją było zmusić żeby chociaż do kuchni po wodę do tabletek poszła. Będę się martwić w swoim czasie, na razie muszę zająć się tym co tu i teraz. Wieczorem dałam jej dodatkowo tabletkę na sen tak jak wczoraj. Będę spokojniejsza wiedząc, że śpi a nie lata po mieszkaniu. 

 Tak poza tym chłodno ale pięknie. Drzewa zakwitają, byliny na trawnikach w drugiej fazie czyli żonkili - wcześniej zakwitły krokusy, a następne będą tulipany. Martwię się tylko o moje roślinki na działce, bo jednak zdarzają się nocne przymrozki. Wszystkie posadzone róże okrywowe te dwuletnie i te z minionej jesieni mają już listki, dwie z trzech szlachetnych odmian  Black Prince i Suvenir też, trzecia Tuscany  wciąż śpi, ale może potrzebuje więcej czasu? Może jednak ogródek sobie poradzi, choć przydał by się deszcz. Kupiłam majowy numer Country z bzem w roli głównej. 

środa, 8 kwietnia 2026

8.04.2026 Krew się lała,

 nie, nie trup nie padał na szczęście , ale obraz godzien horroru. Nic nie zapowiadało tej jazdy i już myślałam , że wszystko zagra i po obiedzie zabiorę się za poświąteczne doprowadzenie domu do stanu używalności i jakąś małą przepierkę a tu o 14.12 telefon od D. opiekunki mojej matki. Weszła do mieszkania a tam pełno krwi, wszędzie, w przedpokoju, kuchni, łazience , w pokoju , na szafkach , podłodze . No masakra na całego a matka siedzi na kanapie , przykłada sobie ręcznik do nosa i rolkę papieru toaletowego do kolana, cała roztrzęsiona. D. sprawdziła co jej jest, zatamowała krew i za telefon do mnie. No i opowiada, że matka się przewróciła, ma roztrzaskane kolano i rozcięty nos a wszędzie jest pełno krwi i chyba wezwie karetkę i jeszcze, że matka próbowała do mnie dzwonić ale nie odbieram. No to ja od razu mówię, że już jadę , tylko jakieś środki opatrunkowe zorganizuję. Kilka domów, po drodze do matki , dalej mam aptekę więc wpadłam , kupiłam wodę utlenioną, dwa opakowania gazy i plastry i poleciałam. Akurat syn też wychodził z biura jak odebrałam telefon, zamknęliśmy i już poleciałam. D. zdążyła zmyć podłogę i zetrzeć krew ze szafek. Co faktycznie się stało , się nie dowiedziała. Matka twierdziła, że nie wie; wyszła z łazienki i się przewróciła.  Jak tylko przyjechałam, obejrzałam rany i mi włos na głowie się zjeżył. Na nosie skóra rozcięta na jakieś 2cm prawie do kości, na kolanie otarcie ale takie ,że kość wyłaziła, wielkości mniej- więcej dwuzłotówki. Wyglądało, jak by tym kolanem przejechała po betonie.  "Na moje trzeba to szyć". D stwierdziła, że też tak myśli i od razu chwyciła za telefon i zadzwoniła na 112. Po może 15 minutach przyjechali ratownicy, obejrzeli i stwierdzili, że matkę zabierają, bo uraz twarzoczaszki, nie wiadomo czy coś poważniejszego się nie stało i rany głębokie. Matka w panice, ona do szpitala nie pojedzie, ona się nie ubierze i nie ma kluczy , no wymyślała niestworzone rzeczy. Ratowniczka jakoś ją uspokoiła, że tylko ją do lekarza zabierają, zrobią opatrunki a ja w tym czasie jakoś ją ubrałam w to co pod ręką w tym dwie różne skarpety. Przyniosłam wyprane pranie tuż przed świętami , w tym i sparowane skarpetki i za cholerę żadnych nie było do pary, nie mam pojęcia co ona z tym zrobiła. Na szybko sprawdziłam jeszcze telefon czy faktycznie dzwoniła do mnie , ale nie dzwoniła, wybierała jakieś przypadkowe numery nie wiadomo dokąd a mój numer ma pod przyciskiem sos. Ratownicy kazali mi przyjechać za godzinę na sor. Pojechałam jeszcze do biura , zwinęłam komputer a potem do pepco kupić jej jakieś spodnie dresowe, bo nie kazali rajstop zakładać , a te co jej włożyłam na jazdę spodziewałam się, że potną ( i miałam rację) a potem pojechałam na sor. Pani z recepcji powiedziała, że jest na sali zabiegowej i za jakieś pół godziny powinno być po sprawie. No to poszłam do piekarni obok , po jakąś bułkę , bo zgłodniałam i na drugą stronę ulicy do apteki po coś przeciwbólowego, bo pomyślałam, że po tym szyciu będzie obolała i wróciłam na sor. Ale byłoby za pięknie, gdyby było wszystko zgodnie z planem. Czekałam może z 20 minut , patrzę a mamuśkę wiozą na wózku na tomografię. Wrócili po jakiś 20 minutach. I pewnie czekali na opis. W sumie dopiero o 17.15 ją wypuścili. Lekarz mnie poprosił do gabinetu, wyjaśnił co i jak i dopiero mogłam wyjść. Kolano jej zaszyli, nos ma poklejony jakimś takim specjalnym opatrunkiem i niestety złamany w kilku miejscach , na szczęście bez przemieszczeń kości. Do wieczora spuchł i zsiniał a na koniec jeszcze okazało się, że ma ogromnego krwiaka na dłoni. Lekarzowi nie pokazała. Obejrzałam , porusza palcami i dłonią więc nie połamała, ale też jej puchnie. Muszę jutro jakieś okłady zrobić. Na noc dałam jej tabletkę przeciwbólową i ziołową na spanie. Nie chcę, żeby w nocy wstawała , a ma ten zwyczaj, że kręci się po mieszkaniu jak ją co napadnie, bo może znowu się przewrócić. Niech lepiej śpi. Rano zajrzę i ogarnę co trzeba. Wykończyło mnie to wszystko. A najlepsze , że D zaliczyła dziś takie akcje aż trzy z wzywaniem karetki , w tym dwie z rozlewem krwi. Ratownik jak ją u mnie zobaczył to się zaczął śmiać i powiedział, "ty D już lepiej dzisiaj jedź do domu , bo za chwilę znowu się spotkamy u kolejnego twojego podopiecznego". Dziewczyna była zestresowana solidnie, aż mi jej żal było, bo niby zachowywała się profesjonalnie ale widziałam ,że ręce jej się trzęsły jak dzwoniła. I to by było na tyle... Z nudów na pewno nie umrę...