małe ale wredne i upierdliwe i nie do pozbycia. Tak się mój wczorajszy dzień zaczął i jak tak się wszystko po kolei nakładało to koło południa miałam dosyć i jeszcze trochę a zaczęły by jakieś przedmioty latać w powietrzu. A zaczęło się przed wczoraj wieczorem. Jakiś "mózg" zajechał mi wyjazd z zatoczki. Ledwo się stamtąd wykulałam i to cud mniemany, ze nie obiłam ani stojącego pół metra przede mną ani tego co mi zajechał, a zostało mi po pół metra z każdej strony. Jak wracałam od matki to stał nadal, wjechać z powrotem do zatoczki już nie mogłam, ustawiłam auto w innym miejscu i co prawda przykryłam przednią szybę, ale reszta mi przez noc zamarła totalnie, bo miejsce takie z przeciągiem. Rano pół godziny zabawy z odmrażaniem. Po drodze do pracy musiałam wskoczyć do banku i oczywiście cały parking zawalony, zaparkowałam na chwilę po sąsiedzku, załatwiłam , podjeżdżam pod firmę i co ? Brama zamknięta, elektronika działa , bo lampka sygnalizacyjna świeci a brama ani drgnie. Nie dało się otworzyć ani z telefonu ani z pilota , szarpałam, popychałam i nic. Pomógł mi sąsiad, który akurat przechodził i tez nic. Zadzwoniłam po małżonka , podjechał i dopiero po kolejnym szarpaniu i popychaniu puściło. Już byłam 40 minut do tyłu. Poleciałam do matki, po drodze jeszcze po chleb dla niej i oczywiście jak to mamuśka; wszędzie bałagan. Pozbierałam szybko śmieci, poprawiłam obrus na stole i wytrząsnęłam , pięć tabletek, wyplutych i schowanych. Już nawet nie dyskutowałam , wróciłam do biura. Ledwie zdążyłam usiąść za biurkiem , telefon od starszego synalka. Potężna wpadka ze sprzętem klienta, miał być inny, przyszedł inny i co z tym robimy. Sprzęt kupiony w ubiegłym miesiącu. Pół dnia mi zajęło odkręcanie. A na koniec jeszcze wyszło, że drugie auto idzie na sprzedaż, trzeba pilnie ubezpieczyć bo dziś ostatni dzień , wypowiedzieć umowy w poprzednich ubezpieczalniach i znów, jak zaczęłam to wszystko wypełniać to wyszłam z biura o 17,00. Chłopaki w tym czasie auto wystawili w internecie. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść jak dzwoni młodszy synalek, że mamy być w domu , bo już jedzie do nas klient na auto więc gdyby trzeba było podpisać umowę to zadzwoni, żebyśmy podjechali. Od wystawienia minęły 3 godziny. No i tu w końcu fart, klient przyjechał i auto kupił. Nawet gotówką zapłacił, co spowodowało kolejny problem , bo musieliśmy podjechać do wpłatomatu i kasę na konto wpłacić , bo auto firmowe. Oczywiście wpłatomato-bankomat też ma swoje narowy jak zawsze i wpłacaliśmy na trzy podejścia , bo za jednym razem się nie dało. Jakieś szaleństwo... A nasz młodszy synalek to mistrz sprzedaży ; śnieg Eskimosowi by sprzedał i jeszcze kostki lodu w gratisie dołożył. W ciągu 4 dni opylił dwa firmowe samochody. Jedno nowe już mamy , pora myśleć o drugim ale ze spokojem. To będziemy leasingować. Temat pomylonego sprzętu po części ogarnęłam. Czekam na decyzję dostawcy. Totalnie mnie ten wczorajszy dzień wykończył. Na koniec już mi się nawet myśleć nie chciało.
A dziś dla odmiany spokojnie i bardzo sobie to chwalę. Tak poza tym w niedzielę przedterminowy Dzień Babci i Dziadka nam się udał, dostaliśmy zabawne prezenty od wnucząt - postaram się obfotkować i pokazać, obiadek smakował a chruściki zostały pożarte co do okruszka. Jeszcze tylko porządek w pokoju musimy przywrócić po tej imprezie. Może później, bo na razie dobrze mi na kanapie. Miłego wieczoru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz