Trochę się nachodziliśmy , ale było warto . Małżonek ubrany na dobre dwa sezony , a ja sobie kupiłam buty. Nic innego specjalnie nie potrzebowałam więc i nie szukałam za bardzo. Warto się wybrać w sezonie pod hasłem "wyprzedaże" . Większość z dużymi rabatami, albo drugi egzemplarz z dodatkowymi rabatami. Najważniejsze jednak, że kupiliśmy to co było potrzebne , czyli kurtkę. Oprócz tego kupiliśmy koszule dla małżonka i to aż trzy . Opłaciło się , bo wszystkie za 1/3 ceny , do tego krawat ( a jakże, nie odmówiłam sobie ) i drugi dostaliśmy w gratisie. A przy kasie okazało się , że dwie koszule za 1/3 ceny, trzecia za 1zł . Czyli wyszło na to, że za to wszystko zapłaciliśmy mniej niż za jedną koszule w cenie regularnej. Ze trzy co bardziej znoszone mogę spokojnie skasować a kurtkę rozprutą na plecach pozszywam i posłuży jeszcze na działce. I tak sobie krążyliśmy po sklepikach. W jednym trafiłam na wyprzedaż butów . Kilka mi się podobało, ale jak to bywa rozmiaru nie było. Cos mi się jednak trafiło. Wygodne typu "oksfordki" i oczywiście czarne. Na wiosnę jak znalazł.
babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy
sobota, 13 stycznia 2024
piątek, 12 stycznia 2024
12.01.2024 Namieszali
nasi kontrahenci . Nie wiem jak i po co - może to jakaś wewnętrzna księgowość istotna dla nich -ale spotkałam się z tym po raz pierwszy , odkąd zajmuję się rachunkami w firmie. Tylko nijak nie mogę załapać po co i dlaczego przysłali to do nas . A nasze księgowe uznały, że to korekta i zaksięgowały . No i wyszedł kociokwik , bo ja sprzętu nie zwracałam dostawcy , fakturę końcową do zaliczkowej dostałam w październiku, towar na zamówienie więc przedpłacony i dawno pracuje u klienta , a korekta do faktury zaliczkowej przyszła z datą grudniową . Po co ??? A kij wie. Koniec końców dziewczyny mi naliczyły o 6 tysięcy więcej vatu niż powinno być , kazałam im poprawić , a pół dnia wisiałam na drucie, żeby sprawę wyjasnić z kontrahentem . Stanęło na tym ,że mi odpiszą . W ogóle mi dziś nie szło . Z gadżetów na imprezę udało mi się załatwić kilka kubeczków u naszego dostawcy i ściereczek do naczyń w zaprzyjaźnionej pasmanterii. Inni mają braki w reklamówkach. No i nic dziwnego, każdy tnie koszty a od reklamy się zaczyna.
No i tak to się kula . Popołudnie zaliczyliśmy na zakupach . Po świątecznych przysmakach słuch zaginął , w lodówce przestrzeń i światło , trzeba było zapasy uzupełnić . Parę innych potrzebnych w domu rzeczy też, no to się wybraliśmy . Zrobiłam też zakupy dla matki . Jutro planujemy wybrać się po kurtkę dla małżonka . Właśnie "zajechał" drugą . Jakimś cudem ją podarł , na plecach. A co poza tym ? A się zobaczy...
czwartek, 11 stycznia 2024
11.01.2024 Jak to w zimie
tej dzisiejszej, nie takiej jak sprzed lat. Po siarczystym mrozie dziś cos na kształt odwilży , co w efekcie wszystko okrywa warstewką lodu. Auto obdrapywałam kilka razy w ciągu dnia. W pracy nawet nie źle , dzieje się sporo jak na początek roku. Może będzie lepiej. Ale jak to u nas co się polepszy, to się popieprzy więc nie należy się specjalnie cieszyć . Złoty środek wskazany. A ,że się popieprza to wiadomo; kolejny głupi bo niedopracowany pomysł , tak zwany KSEF ( syf nie ksef) czyli elektroniczny system faktur. Nikt nic nie wie i nie rozumie. Cos jak z tym kurewskim ładem. Wszyscy liczą , że to wstrzymają i dopracują, bo prawdę mówiąc , w tę stronę to pójdzie tak czy inaczej. Dzisiaj mi się program fakturowy zaktualizował, no i już się pojawiły "ksefne" zakładki tyle, że na razie nie aktywne. Kupiłam nowy numer Cuntry. Jak zwykle mnóstwo fajnych przepisów na potrawy z modrej kapusty, rękodzieło i ciekawostki przyrodniczo - ogródkowe. Chyba będę kupować co miesiąc. Jutro mam dzień w locie , mnóstwo spraw do załatwiania w mieście, a skoro i tak muszę różne miejsca odwiedzić , to się o gadżety na aukcję do szkoły poprzymawiam . Może jeszcze cos skołujemy. Biednie w tym roku w firmach . W sobotę wybieramy się na jakieś konkretniejsze zakupy. Mężuś pilnie potrzebuje zimowej kurtki, a ja zobaczę , może się na coś skuszę.
środa, 10 stycznia 2024
10.01.2024 Dziś słów kilka o książce
Zażyczyłam sobie od Gwiazdora . Skończyłam czytać już kilka dni temu i zapomniałam się tym pochwalić , nadrabiam więc niniejszym :
"Sydonia " A dokładnie to „Sydonia słowo się rzekło” . Niezwykła książka o niezwykłej kobiecie . I choć znałam historię pięknej szlachcianki z rodu tak starego, że na Pomorzu mówiło się , że coś „jest tak stare jak Bork i diabeł” z innych źródeł , wiedząc kim była i jaki ją spotkał koniec, ze strony na stronę podobała mi się coraz bardziej i czytałam z zapartym tchem . Legenda Pomorza , czarownica spalona na stosie. Jej postać przez wieki obrosła w różne wątki , przypisywano jej wygubienie własnego rodu oraz panującego na Pomorzu rodu Gryfitów, rozlicznych kochanków i paranie się czarami. Prawda o tej nietuzinkowej kobiecie jest jednak inna . W czasach gdy o wszystkich aspektach życia decydowali mężczyźni – a był to przełom XVI i XVII wieku najzwyczajniej w świecie stawiła im czoło. Na swój sposób była feministką i to taką walczącą . Odkryła siłę prawa i postanowiła z tego skorzystać . A walczyła o majątek zapisany jej w testamencie , którego bezprawnie ją i jej siostrę pozbawił brat. Walczyła z pomocą prawa i paragrafów . I całkiem nie źle sobie z tym radziła. Z innymi sprawami też , jak choćby zarządzaniem gospodarstwem w sytuacji gdy została pozbawiona dochodów i środków na utrzymanie. Była przy tym osobą wykształconą jak na tamte czasy , interesowała się wieloma sprawami, znała na leczeniu ziołami i produkowaniu kosmetyków i środków leczniczych i nawet wybudowała dla siebie nie wielki dom, za własne zarobione pieniądze. Świat widział w niej jednak tylko zgorzkniałą, kłótliwą babę, które nieustająco procesuje się z własną rodziną . Gdy była już kobietą leciwą oskarżono ją o czary . Ale i tu łatwo nie poszło. Przyznanie się do czarostwa wymuszono na niej torturami, ale gdy tylko stanęła ponownie przed sądem odwołała swoje zeznania , co zaskutkowało ponownymi torturami i wyrokiem śmierci. Jako szlachciankę ścięto ją jednak mieczem a ciało spalono. Książka Pani Cherezińskiej obala mity , w które obrosła jej historia. Autorka napisała tę książkę wyłącznie na podstawie dokumentów sądowych i jej listów, które zachowały się w archiwach w całości. Nie prawdą okazały się jej liczne romanse i rzucane klątwy. Jak zwykle lekkie pióro Pani Cherezińskiej dodaje tej historii uroku , czyta się świetnie , poznając historie Sydonii i przyswajając solidną porcje wiedzy historycznej przy okazji. Przeczytajcie , nie będziecie żałować ! I jakie piękne to imię Sydonia , w każdym razie mnie się bardzo podoba,
wtorek, 9 stycznia 2024
9.01.2024 Post scriptum
do wcześniejszego wpisu . A jednak siedzą . Ukłon do policji , że tym razem się wywiązała . Znak, że świat znów ma szansę stanąć na nogi.
9.01.2023 Miało być o zimie po raz drugi ale ...
świat do góry nogami się wywraca , aż się prosi gwiazdkami rzucać. A myślałam ,że już koniec tej degrengolady i choć przyjdzie jeszcze długo zaciskać zęby zanim nowy rząd zaprowadzi porządek to jednak idzie w dobrą stronę . A tymczasem zrobił się taki kociokwik , że nawet mój 40 centymetrowy "szczurzy ogon" jeży mi się na głowie i słupka staje jak zajęcze uszy. Skazani za przestępstwo pospolite prawomocnym wyrokiem z nakazem aresztowania i doprowadzenia na odsiadkę kryminaliści są zapraszani do pałacu prezydenckiego (sic!) . Co tu powiedzieć ? Autorytet prezydenta sięgnął bruku ( trawersując wiersz Norwida) , jako państwo zostaliśmy ośmieszeni przez głowę państwa ( wybaczcie małe litery ale w tym wypadku duże byłyby nadużyciem) . Na dodatek cała ta przegrana frakcja okazała się żałosna i bez odrobiny godności . Nie umieją po prostu odejść , uznać swoją porażkę i po prostu przyjąć rolę jaką im wyznaczyli wyborcy czyli opozycji - jak to się dzieje w każdym cywilizowanym kraju. Ale nie , oni żyją w swoim alternatywnym świecie i próbują stwarzać narrację, że to tylko chwilowo, że oni zaraz wrócą i będą dalej rządzić , wręcz się odgrażają . De facto tworzą fikcję i destabilizują działania prawowitego rządu i parlamentu. Dobrze chociaż , że nowy Marszałek Sejmu ma głowę na karku i przynajmniej ostatnią minę im rozbroił przesuwając posiedzenia Sejmu na przyszły tydzień i planowana zadyma im nie wypali tak jak sobie zaplanowali. No bo po co tej zjazd 11 ? Po to, żeby w świetle kamer urządzić rozróbę , a tymczasem nie wyszło. Pokrzyczą , postoją na mrozie i tyle, szturmu na sejm nie będzie. Gdzie my do cholery żyjemy ?
poniedziałek, 8 stycznia 2024
8.01.2024 Kiedyś to dopiero były zimy
a dziś marne - 13 i od razu wieje grozą . Tak mi się skojarzyło , bo ja starej daty jestem i przeżyłam nie jedną zimę stulecia , w tym tę z 78-go na 79-ty . Pozwolę sobie dziś ją powspominać i skopiuję fragment z blogu wspominkowego . A że kawałek długi to na dwa razy. Dziś część pierwsza :
Jeszcze w dniu
Wigilii anno domini 1978 żadne znaki na
niebie i ziemi nie zwiastowały żadnych klęsk ani nadzwyczajnych zdarzeń.
Temperatura w okolicy 0 stopni , śnieg z deszczem i chlapa. Wczesnym
popołudniem w pierwsze święto mżawka i deszcz zaczęły zmieniać się w lecące z
nieba igiełki lodu a temperatura spadać poniżej zera. Jezdnie i chodniki
pokryła cieniutka warstwa lodu . To wtedy powstał miejski kawał o pewnym milicjancie z naszej komendy
,który odebrał meldunek: „gołoleć” na E8 , a jako karny służbista rozkaz
wykonał; rozebrał się do naga i poleciał . Znałam go osobiście i śmiem twierdzić ,że to nie
koniecznie musiał być kawał. Ale to tak nawiasem. Siekący lód w
zestawieniu z silnym wiatrem nie
był przyjemny , toteż nikt na świąteczne
spacery się nie wybierał i miasto wydawało się senne i ospałe. Jak podawali wtedy synoptycy , wystąpiło
rzadkie w naszym klimacie zjawisko lodowego deszczu. Lodowy deszcz nie przestał padać aż do
następnego ranka .
Jak przystało w święta , przykładnie wybrałam się do kościoła , późno bo na 11.30 . Na szczęście nie miałam daleko więc padającym lodowym deszczem specjalnie się nie przejęłam. Tymczasem zanim skończyła się Msza lodowy deszcz zmienił się w zamieć śnieżną. Zamiast lodu leciały teraz z nieba wielkie płatki śniegu a wiatr wiał z ogromną prędkością zrywając ludziom wychodzącym z kościoła czapki i kapelusze z głów . Zrobiło się jeszcze zimniej. Pokonanie kilkuset merów , które miałam z kościoła do domu zajęło mi 20 minut . Widoczność zmalała prawie do zera , a w miejscach nieosłoniętych wiatr przewalał tumany śniegu we wszystkich możliwych kierunkach. To śnieżne szaleństwo trwało do wieczora i późnej nocy. Śnieg nie przestał padać i dnia następnego , a temperatura spadła do – 20 stopni. W szkołach akurat trwała przerwa świąteczna więc niespecjalnie nam to utrudniło życie , ale dotarcie do zakładów pracy zaczęło już być problemem. Na ulicach pojawiły się blisko metrowe zaspy. Nie wiele pomagało odśnieżanie , bo padający śnieg natychmiast wszystko zasypywał a wiatr nawiewał nowe zaspy . Tego dnia moja matka po raz pierwszy od wielu lat nie dojechała do pracy – swoją złość z tego powodu wyładowała na mnie , a jakże. Nie wyjechał żaden autobus , ani pociąg. Ojciec dotarł jakoś pieszo z dużym opóźnieniem , kompletnie zziębnięty i przemoczony. Po paru godzinach jednak wrócił , bo dyrekcja zdecydowała się zamknąć zakład w chwili kiedy wyłączono prąd a tym samym i ogrzewanie. Zamieć trwała nadal , już trzeci dzień . W nocy temperatura znów spadła do prawie -30 stopni ale szalejąca śnieżyca nie ustawała. Na chodnikach rosły kolejne zaspy , zaczęły pękać rury wodociągowe , zamarł w mieście jakikolwiek transport samochodowy , drogi krajowe i linie kolejowe zostały zasypane i zawiane . Na tych ważniejszych pracowały jakieś pługi i spychacze , ale wiele miejscowości zostało odciętych od świata. Nie dojeżdżały do chorych karetki , zaczęły pękać nawet szyny kolejowe. W tv zaczęto mówić o klęsce żywiołowej a do pomocy w odśnieżaniu skierowano jednostki wojskowe. Zamieć nie ustawała , paraliżując życie w kraju. Nie pamiętam już dokładnie , ale chyba dzień przed Sylwestrem nadano komunikat o odwołaniu zajęć szkolnych , które miały się zacząć drugiego stycznia, a w nowy rok albo zaraz w dniu następnym ogłoszono jednak stan klęski żywiołowej zawieszając pracę wszystkich zakładów i instytucji na tydzień. W tamtych czasach takie ogłoszenie to było coś niespotykanego . Nikt nie przejmował się aż tak jak dziś warunkami życia i pracy, a i ludzie byli chyba wytrzymalsi i mniej wymagający. Z powodu zimna , popękanych rur i braku możliwości dojazdu odwołano wiele zabaw sylwestrowych. 31 grudnia nadal szalała zamieć . W ciągu tych kilku dni ludzie zmuszeni docierać do sklepów i do pracy powykopywali w zaspach tunele . Idąc takim tunelem po chodniku nie widziało się jezdni. Miejscami zaspy sięgały 2m.
Zaproszeni do mnie na osiemnaste urodziny goście: mój obecny
mąż , koleżanka z podstawówki i jeszcze dwie
z LO oraz kolega (a zarazem
sąsiad) z podstawówki z drugim , który u niego spędzał święta dotarli jednak
mimo zawiei. Spóźnieni , przemarznięci i obsypani śniegiem . Impreza jak
impreza; trochę muzyki ,kolacja , tańce, radziecki szampan... Nic szczególnego.
Około północy wreszcie przestało wiać i padać .
Termometr za oknem wskazywał – 33 stopnie . Około 3.00 rano mieliśmy
dość zabawy .Postanowiliśmy zrobić sobie spacer , a przy okazji odprowadzić
rozchodzących się do domu. Zaczęliśmy od mojego obecnego męża , bo mieszkał
najdalej, potem przyszła kolej na koleżankę z LO , potem na drugą , a na końcu
wróciliśmy we czworo na swoje podwórko. Koleżanka i kolega z którymi chodziłam
do podstawówki , oraz gość kolegi ( obaj alumni niższego seminarium zresztą
) mieszkali w bloku obok. Biel, cisza i cudownie rozgwieżdżone niebo .
Czego można chcieć więcej ? Nawet 33
stopnie mrozu nie mogły popsuć takiego spaceru! A w perspektywie było jeszcze wolne od szkoły
do odwołania ! Sytuacja jednak nie była wesoła. Życie w kraju na kilka dni
zamarło. Pracowały służby drogowe i wojsko. Przez tydzień przywrócono jako tako
transport. Z dużym opóźnieniem ale zaczęły kursować autobusy i kolej. Trasa
kolejowa , którą matka dojeżdżała do pracy została odcięta całkowicie i na
długo. Przywrócono linię do Poznania. Jedna z moich koleżanek z LO wyjechała na
święta do rodziny, na południe Wielkopolski . W drodze powrotnej, po 8
godzinach jazdy, wyskakiwała trzymając ciężką podróżną torbę z jadącego , a
raczej wlokącego się pociągu , bo ten
nie zatrzymał się na stacji , a potem brnęła jakieś 3km do miasta przez ponad metrowe śnieżne pole , zapadając
się w zaspy i przewracając ,niby traper idący przez pustynne bareen - jak bohaterowie książek Coorwooda (wspominanego wczoraj u Luci- dopisek dzisiejszy).
Przez najbliższe dwa tygodnie mróz utrzymywał się w okolicach
-20 , ale śnieg już nie padał. Stan klęski żywiołowej odwołano, zajęcia w
szkołach przywrócono. Zdarzały się jeszcze wyłączenia prądu i awarie rur ,
odnotowywano też więcej wypadków na drogach ale życie jakoś się toczyło.
W drugiej połowie stycznia podjęłam się pracy jako rachmistrz
spisowy , ponieważ w kraju ogłoszono spis powszechny. Zima ani mnie ani moim
koleżankom , które też pracowały przy spisie
w niczym nie przeszkodziła. Ani niskie temperatury, ani piętrzące się
wszędzie zwały śniegu nie psuły nam humoru ani nie odbierały zapału do pracy. Z
zadań wywiązałyśmy się przed czasem czyli przed feriami , bo właśnie się
zaczynały ferie. Zima postanowiła nie odpuszczać i właśnie w drugim tygodniu
ferii przystąpiła do kolejnego ataku . I tu
dopiero zaczyna się najciekawsze , ale o tym następnym razem.