babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

sobota, 27 sierpnia 2011

27.08.2011 Sobota


jedna z ostatnich wolnych w tym roku. - niestety. Lato nieuchronnie dobiega końca , choć wczorajsze i dzisiejsze temperatury jeszcze na to nie wskazują , ale inne znaki już tak. Liście żółkną i czerwienieją , coraz więcej ich leży co rano na ziemi , dojrzewają dynie i słoneczniki. Lubię jesień.
Wczorajszy wypadek miał jednak inny przebieg niż ten , który mi się wydawało,że widzę z okna. Na rondzie , pod kołami tira zginął motorowerzysta . Kierowca stojącego obok tira pikupa był tylko tym , który wezwał policję .
Przyszły zamówione jesienne ciuszki. Spódnica świetnie mnie wyszczupla . Sweter..., nie wiem czy dam radę nosić. Jakiś gryzący , choć w dotyku bardzo miękki i ładnie podkreśla sylwetkę . Muszę go założyć i spróbować , ale nie dziś , dziś za gorąco na eksperymenty z zimowymi ciuszkami.
Na dziś większych atrakcji nie przewiduję, nawet przy tym upale nie za bardzo mam ochotę sprzątać. Jutro w mieście wielkie dożynki wojewódzkie i archidiecezjalne. Może pójdę rano na wystawę rolniczą ( zwykle jest organizowana pod koniec października , a tym razem teraz z okazji dożynek – może w październiku już nie będzie?) . Z powodu nadmiaru pracy wypadła nam doroczna imprezka w ubiegły tydzień ; zjazd wojów słowiańskich.

piątek, 26 sierpnia 2011

26.08.2011 Pajączek




Wczoraj pisałam ,że jesień do nas zagląda,a już dziś dziś muszę napisać ,że zaczyna się panoszyć . Nad ranem (ok. 4,30) miasto spowiły mgły , tak gęste,że z okna nie widziałam drzew rosnących na skwerze przed blokiem , a wejście do mojego biura zagrodził mi pajączek ...
Poza tym dziwnie … Na rondzie pod moimi oknami wypadek śmiertelny. Tir z pikapem . Dawno już nic takiego się nie wydarzyło. Właściwie odkąd zakończono budowę ronda.
Na parkingu przed biurem znalazłam 1 grosz - na szczęście.

czwartek, 25 sierpnia 2011

25.08.2011 Jesień zaczyna się na ul. Objazdowej


zaraz potem oliwkowego koloru nabiera aleja platanów przy ulicy , na której mamy biuro . Tak, tak , czai się tuż za rogiem i to już całkiem wyraźnie widać. Na Objazdowej kilkanaście drzew nabrało już jesiennych złocistości , aleja platanów odcieni oliwkowych , a dzikie wino, które porasta balkony i płoty nabiera barw nasyconej czerwieni. A to już nieomylne oznaki jesieni..Może mi się tak zdaje, ale jakoś wcześnie w tym roku.
Tak poza tym to zlecenia nadal nas przysypują mimo tej całej psychozy wokół kryzysu i czarnych wizji pisowców ,że kraj się zmienia na gorsze. Byłoby pięknie gdyby jeszcze kasa spływała z równą szybkością . Może zresztą coś nam spłynie z Unii . Trochę dla zabawy wypełniliśmy ze starszym synalkiem ankietę wstępną na pozyskanie kasy , rzucając sobie z powietrza wziętą kwotę 900 tysięcy i ku naszemu zdumieniu dostaliśmy dziś z firmy doradczej odpowiedź,że są zainteresowani poprowadzeniem tego projektu . Jeśli tak, to trzeba by w najbliższych dniach usiąść i zdecydować czy w to wchodzimy. Pewnie wejdziemy... A co, jak dają to trzeba brać , jak leją to uciekać. .
Mam mały zgryzik: rezerwować cukiernię na rocznicowy podwieczorek czy urządzać grilla na działce synalka . Za tydzień i trochę nasza 30 rocznica ślubu. Z jednej strony w cukierni miałabym wszystko podane , bez roboty i sprzątania , z drugiej - na działce przyjemniej tyle,że musiałabym o wszystko zadbać i nie wiadomo czy pogoda dopisze. No i na siłach do roboty nie za bardzo się czuję . Bóle głowy wracają. Zrobiłam wyniki ; wyszły całkiem dobre. Trochę poszperałam po necie i poczytałam. To prawdopodobnie są tzw. bóle napięciowe. Przyczyn może być kilka : nerwy ( to do mnie pasuje , stresu mi nie brak z różnych powodów ) , długotrwałe siedzenie w tej samej pozycji , co mi przy pierwszym ataku zasugerował medyk ( to też pasuje , bo faktycznie siedzę: za biurkiem , w aucie, w domu przy robótkach lub czytaniu) , skutek uboczny długotrwałego przyjmowania sterydów ( to mniej mi pasuje , bo już trzeci rok nie biorę leków na tarczycę ) , nadwaga ( też mogłoby być , paręnaście kilo mi zostało po leczeniu sterydami ) . Najpierw myślałam ,że to ciśnienie , ale poza chwilami kiedy mnie naprawdę mocno boli mam raczej w normie , albo tylko z malutką odchyłką w jedną lub drugą stronę . Pożyjemy , zobaczymy – jutro wybieram się do medyka , zobaczymy co mi powie. No i mojego zmobilizowałam , też badania zrobił – wyszły średnio więc idziemy jutro razem..

środa, 17 sierpnia 2011

17.08.2011 Piszę dopiero dziś ,

bo jak zwykle zaraz po powrocie zostaliśmy brutalnie rzuceni w wir pracy, a ja dodatkowo zostałam prawie rzucona na ziemię przez trywialny skok ciśnienia . Z nagłego bólu głowy aż usiadłam na chodniku przed starostwem. Skończyło się u zaprzyjaźnionego medyka , zastrzykiem i kategorycznym nakazem odpoczywania, kontrolowania co dzień ciśnienia i nie denerwowania się ( ha, ha, ha, - jakbym pracowała na etaciku ) . Dziś już jest dobrze . Ciśnienie mam zupełnie normalne , głowa nie boli i czuję się dobrze. Na razie jednak się podporządkowałam , nie przemęczam się i nie denerwuję – choć mam powody , bo mi klienci zalegają z kasą . A synowe dzwonią co parę godzin i pytają jak się czuję .
11.08/15.08 . 2011 Wakacje, wakacje …
krótkie ale intensywne . Ale po kolei..
Czwartek po południu - jak dobrze mieć sąsiada ...
W czwartek po południu ciśnienie mi podniósł sąsiad. Że mam głupich sąsiadów to wiem nie od dzisiaj, ale że głupieją z wiekiem i stażem zamieszkiwania w naszym bloku to się dowiedziałam w ów czwartek. A było tak : w kwietniu , na zebraniu wspólnoty zapadły decyzje ,że budujemy garaże- blaszaki. Ustaliliśmy termin wpłaty zaliczki na 30 lipca. Kasę przelałam 1 czerwca i uznałam temat za załatwiony, znaczy,że się „dopisaliśmy” do budowy. A tymczasem w czwartek zagadnęłam sąsiada jak z naszymi garażami , a on mi na to: „ no przecież sąsiadka nie buduje garażu” . Zatkało mnie w pierwszej chwili . Mówię : „jak to nie , przecież już dawno wpłaciłam zaliczkę , te ustalone 1000zł” No to on mi na to ,że to się nie liczy , bo się liście nie podpisałam i na zebraniu nie byłam . No szlag mnie trafił w tym momencie na dobre. Po pierwsze to nie wiedziałam ,że jest zebranie i jakaś lista ( tu przyznaję,że nie zauważyłam jakiejś kartki wywieszonej na tablicy ogłoszeń , a raczej zauważyłam ją dopiero jakiś tydzień , po tym rzekomym zebraniu – nie wiem czy na pewno tam wisiała , sądzę ,że raczej nie , ale może przeoczyłam) . Napyskowałam na sąsiada , a dziś tj.16.08. 2011 wybieram się do szefa zarządu na rozmowę – ciekawe jak mi sprawę wyjaśni. Napisałam też pismo .Chciałam mu trochę krwi napsuć przed weekendem ale był nie osiągalny, a mnie piórka nieco opadły więc ma szansę ,że nie oberwie po uszach na ostro tylko będzie musiał grzecznie argumentów wysłuchać. O bajzlu na klatce i połamanym pojemniku na plastiki też. Jakoś wszelkie listy i zapisy źle mi się kojarzą , a poza tym jako osoba prowadząca działalność nauczona jestem decyzje podejmować natychmiast , bez zbędnych świstków i dyskusji. Skoro na zebraniu podjęto decyzję i ustalono terminy , to uznałam temat za zamknięty , kasę przelałam i czekam na ciąg dalszy . Ale widać sąsiadom zostały nawyki z czasów ustroju , który odszedł do historii.
Piątek – Kraj w budowie.
Wyruszyliśmy … Nie tak jak sobie marzyłam o 7.00 a o 9.30 . Mężuś trochę dosypiał a poza tym zeszło nam jeszcze z pół godziny na zakupach. Po przemyśleniu sytuacji i wysłuchaniu wiadomości z RFM czy jakiegoś tam innego wrzaskuna stwierdziliśmy, że korki nas nie kręcą i po staremu jedziemy w Bory Tucholskie. Pojechaliśmy. Tym razem w innym kierunku czyli na Tucholę. Tu remont drogi, tam, budowa ronda, ówdzie renowacja kamienicy .Zwyczajnie ; Kraj w budowie. I tak co wieś i miasteczko , albo siedziba powiatu.. Tu się wieś kanalizuje , tam ksiądz remontuje kościół, ówdzie bamber nową stodołę stawia . Zwyczajnie ; Kraj w budowie Budowa Krajowi na dobre wychodzi . Drogi coraz lepsze, kolorowe chodniki, czyste , zadbane uliczki, ukwiecone posesje , odrestaurowane kamieniczki i td. W prawdziwy zachwyt wprawiła nas Tuchola .
Miasteczko niewielkie ale przecudnej urody. Zabudowa zachowała średniowieczny charakter , a to co odremontowano i dobudowano nowego bezbłędnie wpisało się w istniejący styl. Nawet fasadę marketu wystylizowano „ na starą kamieniczkę” A wszystko to kolorowe i ukwiecone . I tak na całej trasie . Każda wieś , każda mieścinka, buduje się i remontuje pieczołowicie i z wielką dbałością o szczegóły . Po drodze nie udało się wyhaczyć wolnego miejsca do spania więc nieśpiesznie pokulaliśmy się dalej na nasze stare , sprawdzone miejsce kajakowe. Tam też wszystko porezerwowane było, ale my jesteśmy pionierzy , na wszystkie okoliczności gotowi. Rozbiliśmy sobie namiot . Nasze miejsce kajakowe też się rozwinęło. Teraz rządzi tam młodsze pokolenie. Hodowla koni i kucyków się rozrosła, , dom rozbudowany , kemping powiększony, dokupione nowe kajaki , porostawiane pojemniki do segregacji śmieci ( nawet taki ze zgniataczem do puszek ) , trawka równiutko przycięta , wiaty nad stołami porobione ; jednym słowem znamiona luksusu. Ceny umiarkowane i tylko nieznacznie wyższe niż w latach ubiegłych– za trzy doby , na dwie twarze, namiot i auto + korzystanie z prądu zapłaciłam tylko 70 zł.. Resztę dnia i wieczór spędziliśmy na kempingu , popijając herbatkę , wdychając świeże powietrze i słuchając grającej na gitarze młodzieży i szumu pobliskiej rzeki. Noc była pochmurna ale ciepła z krótkotrwałymi , przelotnymi deszczami.
Sobota – w strugach deszczu
Ranek mężuś znów odsypiał. Ja wiadomo ,ranny ptaszek jestem więc zwlokłam się chwilę po 9.00. Od razu zabrałam się za moje szydełko tunezyjskie . Zanim mężuś wytoczył się z namiotu rozpracowałam wzór podstawowy . Fajna sprawa , na torebki, bamboszki , poduszki , kilimki itp. Potem było śniadanko i kawka i zanim wyruszyliśmy prawie rozpracowałam wzór tzw. mijany – świetny , na duże , puchate szale lub dziecięce płaszczyki ( wymaga cienkiej włóczki) . A deszcz sobie padał i padał , choć w radiu zapowiadali słoneczny weekend . Co nam tam deszcz. Wyjęłam z torby podróżnej peleryny , mężusia czarną i swoją żółtą , zaopatrzyłam nas w wodę i mapy i pojechaliśmy zwiedzić akwedukt w Fojutowie. Ciekawy obiekt , bo dołem , pod korytem Brdy , w tunelu płynie Czerska Struga, górą Brda . Oba cieki wodne się krzyżują . W Fojutowie weszliśmy jeszcze na wieżę widokową i kupiliśmy pamiątki – kaszubskie, miejscowe- nie żadna chińszczyzna . Na koniec w kawiarence wsunęliśmy jeszcze po pysznej , ciepłej szarlotce z lodami ,sosem waniliowym i bitą smietanką popijając równie pyszną kawą latte. A deszcz sobie padał i padał , choć w radiu zapowiadali słoneczny weekend. Tak w ogóle ,to nic piękniejszego jak krople deszczu na liściach i igliwiu . Nie rozumiem jak można nie dostrzegać takiego piękna i krzywić się na deszcz. Po tym słodkim szaleństwie wyruszyliśmy zwiedzić Chojnice. Na skróty lasami . Skrót z Fojutowa do drogi na Chojnice wiedzie kilkanaście kilometrów przez piękny , stary , iglasty bór. Niemal nie tknięty ręką człowieka . Przecudnie kolorowe mchy porastają wszystko , poszycie, krzewy , pnie drzew , wszystkie wykroty i wiatrołomy. Wśród tych mchów gdzieniegdzie przebijały już fioletowe , delikatne kwiatostany wrzosów. O tej porze roku w Borach zwykle są już pełnym rozkwicie , ale może przez to ,że lato tegoroczne chłodniejsze i deszczowe opóźniła się pora ich kwitnienia? A mchy z tych samych powodów rozrosły się jeszcze i nabrały żywych barw od odcieni rudoczerwonych , szarych , oliwkowych, zielonych po niemal czarne. Nie sposób opisać ich piękna , to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. W chwili gdy wjeżdżaliśmy do Chojnic zza chmur niespodziewanie wyjrzało słońce. Miasto okazało się równie urocze jak Tuchola. Podobnie jak tam ,wszystko albo już odnowione , albo w trakcie remontu . Wszystko z dbałością o styl i najdrobniejsze szczegóły. U stóp murów obronnych jakiś zespół szykował sprzęt grający – zapowiadała się miejska impreza . Zwiedziliśmy pobliskie kościoły , zjedliśmy obiad w sympatycznej knajpce , zrobiliśmy kilka zakupów w sklepie spożywczym , poszwendaliśmy się po urokliwych uliczkach i w takiej zwyczajnej , drewnianej budce z pamiątkami kupiliśmy kolejny obraz do naszej kolekcji. Przedstawia ukwiecony , kaszubski krajobraz .Nie żadna masówka pod turystów , tylko malowany przez miejscową malarkę i to uznaną w okolicy – jak nas poinformował sympatyczny młody człowiek prowadzący ten kramik. Z chojnic wróciliśmy na nasze miejsce kajakowe. Resztę wieczoru spędziliśmy przy herbatce, drinkach wsłuchując się w boski głos Sary Bringhtman z naszego odtwarzacza . Zanim zapadł zmierzch do końca rozpracowałam wzór mijany a mężuś przeczytał kilka artykułów z Polityki. Wieczór był pogodny ale temperatura zaczęła mocno spadać. . Noc była bardzo zimna. To jednak mieszkańcom kempingu nie przeszkadzało w balowaniu. Było głośno i wesoło.
Niedziela - na wodzie i na lądzie
Poranek wstał zimny , mokry od rosy i bardzo mglisty. Z minuty na minutę jednak mgła opadała i mniej – więcej około 10.00 zrobiło się słonecznie i ciepło. Do tej godziny zdążyłam rozpracować kolejny wzór tzw. pikowany ;no powiedzmy . Trochę mi się robótka zwijała , muszę jeszcze trochę technikę dopracować. Ten nadaje się na torebki i na razie nie wymyśliłam do czego jeszcze. Jako,że zabłysło słońce robótka została wrzucona do torby a my wypożyczyliśmy sobie rower wodny i ruszyliśmy na wodę . Tym razem rower, bo poziom wody wzrósł o ponad 60 cm , prąd przyśpieszył i potworzyły się wiry. Niby nic takiego , ale nie chciało nam się z tym zmagać. Tym razem postawiliśmy na totalny luz i byczenie. Pod prąd trzeba było sobie trochę nóżkami poprzebierać , ale było warto. Albo nam się tak wydało po długiej nieobecności , albo też szlak Brdy naprawdę się zmienił i jeszcze wypiękniał . Zieleń bardziej zielona , mchy bardziej miękkie i puszyste , kwiaty bardziej kolorowe, a zakola bardziej urokliwe... Wodniactow stało się sportem bardzo popularnym i lubianym . Po Brdzie plywają już całe armady . Ruch porównywalny z tym pod moimi oknami na krajowej 15-tce , ale wciąż jeszcze obowiązują zasady turystycznej etykiety . Ludzie pozdrawiają się i wesoło do siebie zagadują .Po trzech godzinach pływania wróciliśmy na kwaterę . Tylko na chwilę jednak , bo za moment już ruszaliśmy na dalsze zwiedzanie Kaszub. Obiadek i małe zakupy śniadaniowe w Brusach ( do zwiedzenia jest niesamowity kościół , z dwoma wieżami , ale już go widzieliśmy kilka razy więc odpuściliśmy) . Ruszyliśmy nie śpiesznie w kierunku Wdzydz . Trochę z sentymentu , bo tam wybraliśmy się na pierwsze wspólne wakacje w roku 1980. Dla samych widoków warto pojechać na Kaszuby . Niewypowiedziany ogrom piękna ; stylowe domy , nastrojowe kapliczki , bajkowe ogródki , tajemnicze lasy , lśniące tafle czystych jezior i przemili , przyjaźnie nastawieni do świata ludzie. No i jedzonko godne uwagi. Na stoisku w e wdzydzkim skansenie zakupiliśmy syrop z płatków róży i konfiturę z tarniny . Był jeszcze miód z miejscowych pasiek , marynowane grzyby , konfitury z rokitnika oraz dzikiej róży i mnóstwo innych smakołyków. Nad samym jeziorem wrzało jak w ulu. Wdzydze to dziś kurort Atmosferą przypominał mi Mielno i zakopiańskie Krupówki. Wspięliśmy się na wieżę widokową – znacznie wyższą niż ta w Fojutowie. Tam wysoko na wieży objawiło się całe piękno Kaszub. Cudowne jeziora i lasy aż po horyzont. Po zejściu na ziemię , w nie rzucającej się w oczy smażalni – taka zwykła drewniana buda w przydomowym ogródku zjedliśmy przepysznego sandacza z kurkami. Nie lubię ryb , ale tym razem byłam zachwycona smakiem tej potrawy. Cena była warta tego wyszukanego smaku. Robię sandacze na Wigilię i czasami na obiad , ale daleko im do tamtego z Wdzydz. Po kolacji pojechaliśmy jeszcze do Kościerzyny i stamtąd na nasze miejsce kajakowe. Dotarliśmy kiedy zapadał zmrok. Tym razem na polu panowała cisza.. Część ludzi pakowała już sprzęt szykując się do wyjazdu. Kilka samochodów odjechało jeszcze tego samego wieczoru. Wieczór był ciepły choć znad lasów nadciągnęly chmury.
Poniedziałek – czas powrotu
Nad ranem spadł deszcz , a właściwie potężna ulewa . Trwała krótko . W namiocie było duszno i gorąco . Strasznie mnie to drażniło więc zwlokłam się już o 7.30 i poszłam do lasu nazbierać grzybów. Włóczyłam się tam tylko półtorej godziny, jakieś 200m od pola namiotowego . Dłużej się nie dało. Przemokły mi buty a komary atakowały całymi chmarami . Nazbierałam jednak prawie pełną reklamówkę – taką cieńką jak w marketach pakuje się owoce. Kurki , czarne łebki i nawet po jednym prawdziwku i kozaku mi się trafiło. Zanim mężuś zakończył poranną toaletę , ja zdążyłam już grzybki oczyścić i przygotować do podróży w prowizorycznych tytkach zrobionych z gazety. Pogoda zaczęła się poprawiać . Znów wyruszyliśmy na wodę – rowerem wodnym. Tym razem na krótko , bo czas było zwijać namiot i szykować się do wyjazdu. . Skończyliśmy około 15.30. Rozliczyliśmy się z właścicielami za pobyt , pogadaliśmy jeszcze chwilkę jak to między starymi znajomymi i wyruszyliśmy w drogę powrotną po drodze wstępując na obiad w miejscowości Swornegacie. Nie chciało nam się czekać za miejscem w restauracji więc poszliśmy do smażalni. Sandacz był bardzo dobry , ale już nie tak jak ten z budki we Wdzydzach . Na drogę kupiliśmy jeszcze wedzoną sielawę z kaszubskich jezior po czym ruszyliśmy w drogę powrotną . Do domu dotarliśmy około 19.00 , opaleni jak się okazało po zrzuceniu wakacyjnych ubrań . Przywieźliśmy mnóstwo wrażeń , około 400 zdjęć , kilkanaście krótkich filmików i prawdziwe , miejscowe pamiątki w postaci przysmaków, glinianych, malowanych dzwoneczków , haftowanych ręcznie woreczków na np. zapachy do szaf i ręcznie malowanego obrazka .

wtorek, 9 sierpnia 2011

9.08.2011 Faceci...

Kto tym moim synalkom tak we łbach namieszał ? Ja nie jestem pedantką , mężuś też nie za bardzo ( no ; powiedzmy, że jest pedantem umiarkowanym) a ci do przesady. Potrafią się do najmniejszego szczegółu przyczepić. Mało się o to awantura wczoraj nie zrobiła. A poszło o ubezpieczenie auta. Dostałam trzy oferty od gościa z banku , gdzie mamy częściowy kredyt na auto. Pamiętając ile zapłaciłam w ubiegłym roku przy zakupie uznałam, że skoro jest o ponad 200 zł mniej to nie należy się wiele namyślać tylko wykupić jedną z ofert u niego. Młodzież nie , bo nie zapytałam ile będzie salonie za kontynuację , nie sprawdziłam czym się jedna oferta od drugiej różni i Bóg wie co jeszcze. Jak dla mnie różniły się kwotą , którą muszę fizycznie zapłacić. Dla świętego spokoju jednak sprawdziłam , wyszło ciut mniej niż u tego z banku. Znowu źle bo drożej niż w zeszłym roku, nie kwotowo , ale pakiet nieco okrojony , więc licząc te elementy , które były na polisie w ubiegłym roku wyjdzie drożej. Już mnie szlag trafiał , bo i tak zapłacić musimy , a fizycznie i tak wychodzi mniej więc co mi za różnica ile kosztują poszczególne usługi.. No to dzwoniłam , jak coś któryś wymyślił i pytałam. Chyba się babce po nocach będę śnić . Koniec końców i tak kupiłam ubezpieczenie w salonie. Kwotowo wyszło najtaniej , chociaż w pakiecie wszystkiego mniej . Stawki poszły w górę jak co roku a poza tym rok temu mieliśmy jakiś pakiet promocyjny , który nam przysługiwał razem z zakupem auta , w tym roku już nie obowiązuje. Kota można od tego dostać. A zrezygnować z AC nie możemy na razie , bo auto częściowo w kredycie i nie ważne ,że tego kredytu mniej niż połowa wartości. . Bank wymaga AC i tyle.
A poza tym szukam jakiegoś fajnego miejsca na weekend. Ze ślubnym dogadać się w tym temacie nie mogę , bo chciałby ale gdzie nie umie sprecyzować . Co mu się pytam to „ właśnie myśli” . Skończy się tak ,że albo wylądujemy w Borach , albo pojedziemy przed siebie i decyzje zapadną po drodze. Kwestia tylko , w którą stronę świata , bo od nas w każdą odległości zbliżone.
Pognałam mężusia do laboratorium na badania , bo cukier wprawdzie mierzy sobie sam , ale o reszcie nawet nie pomyśli. Ciekawam czy je dziś zrobi ? Też pod tym względem święta nie jestem , ale jednak kontroluję co rok- półtora. A ten nie i przemówić nie sposób.
Roboty wciąż mnóstwo a przecież najlepsze 4 miesiące w roku dopiero przed nami.

czwartek, 4 sierpnia 2011

4.08.2011 A to mi wuja „newsy” sprzedał …

W pierwszej chwili myślałam ,że to jakiś żart , z wrażenia list przeczytałam aż trzy razy i po godzinie kolejne trzy. Psioczyliśmy na wdowę po starszym bracie ojca,że nie utrzymuje z nami kontaktów , nawet kartki na święta nie przyśle , a tak naprawdę nie wiedzieliśmy co się dzieje. Nie zamierzony , ale jednak grzech zaniedbania z naszej strony. Po takich strzałach jakie ciotka zebrała w ostatnich dwóch latach , to aż dziwne,że jeszcze nie załamała się całkowicie. Po śmierci wuja- wiadomo : smutek, załamanie , zwłaszcza,że byli ze sobą 48 lat . Chwilę później dołożyły jej ukochane wnuczęta. Starsza wnuczka umyśliła sobie rzucić szkołę i wyjść za mąż , za niepełnosprawnego. Nie wiem jak ,bo wuja nie napisał ale znalazła sobie chłopaka niepełnosprawnego w 90%..Trzeba przy nim robić wszystko . Na dodatek jego matka i jej ojciec zmarli na ten sam typ nowotworu. . Głupie dziewczę nie zdaje sobie sprawy co ją czeka , a raczej nie chce słuchać żadnych argumentów. Spawa zresztą jest bardziej skomplikowana. Bo po drodze rzuciła szkołę , zrezygnowała ze studiów , uciekła z domu do swojego faceta, za rok planują ślub. Młodszy wnuk , geniusz chemiczny , laureat 3 olimpiad – za przeproszeniem gówniarz 16-letni , umyślił sobie wstąpić do zakonu. Stwierdził,że mu dalsza nauka nie jest potrzebna – nawet liceum , pojechał na jakieś zgrupowanie dla przyszłych nowicjuszy i wybić mu ze łba pomysłu nie mogą , nawet na tyle,żeby decyzję odłożył do czasu aż będzie pełnoletni. Koniec końców relacja jest taka ,że w ogromnym domu zostaną dwie kobiety , jedna już mocno posunięta w latach, którą będzie się trzeba zaopiekować , druga młodsza o 10 lat ode mnie ale schorowana ( zapadła na zdrowiu po śmierci męża) bez żadnego wsparcia ze strony dzieci , obie załamane ,samotne i rozżalone. Autentycznie łapy mi opadły jak przeczytałam i myślę o tym od rana . A im więcej myślę tym bardziej zaczynam dochodzić do wniosku, że mają co chciały . Dzieci nie powinny być izolowane od reszty świata ( kuzynostwa, rodziny , kolegów itd.) i nie powinny realizować planów swoich rodziców i dziadków , a rodzice i dziadkowie nie powinni żyć wyłącznie dla dzieci czy wnucząt ani żyć ich życiem a tym bardziej im go ustawiać. To się nie sprawdzi. W tej rodzinie niestety tak było. Póki jeszcze żył wujek , jakoś się to kupy trzymało , a i dzieciaki były młodsze. Podrosły , wujka autorytetu zabrakło i wtedy przyszedł bunt przeciw takiemu zaplanowanemu życiu i ucieczka. Ja to nawet rozumiem . Przeraziły mnie tylko te skrajności . I teraz tak myślę ,że te dzieciaki musiały żyć w jakiejś ogromnej traumie ,że bunt poszedł w takie ekstremalne strony. I skąd u nich takie zacięcie do poświęcania się i cierpiętnictwa – to zakrawa na jakiś masochizm . Rodzinka izolowała się od reszty całe życie – kuzynkę widziałam kilka razy, wujka trochę częściej , bo przyjeżdżał czasem do babci , do ojca, potem na groby – zawsze sam. Czasem jakieś wieści dochodziły ,na temat metod wychowawczych ciotki i kuzynki, ale wobec ewidentnych sukcesów dzieci uważaliśmy ,że wszystko idzie dobrze . A tu niestety , niespodzianka i to przykra. Rozumiem też załamanie ciotki i kuzynki ; długie lata żyły w przekonaniu, że robiły wszystko dla dobra dzieci, że się starały , a one okazały się niewdzięczne i będą się w tym przekonaniu utwierdzać. No cóż … Wujek wybiera się do nich w najbliższym czasie , pod pretekstem,że chce odwiedzić grób brata . Pogadam z nim , podpowiem jak podejść do młodzieży , może jako chrzestny chłopaka i brat zmarłego dziadka znajdzie jakiś posłuch i przynajmniej argumentów wysłuchają. W pierwszej chwili chciałam zadzwonić do kuzynki i ciotki i z nimi pogadać , ale co im powiem ? Że widocznie źle się działo i dzieciaki powiedziały nie ? Że nie przeżyją życia za nich ? Że jakieś szanse, że dostaną nauczkę i grzecznie wrócą do mamy i babci pod skrzydełka i dadzą sobą pokierować zgodnie z wytycznymi rodziny? Znienawidziłyby mnie za taką ocenę sytuacji i poczułyby się jeszcze bardziej rozżalone. Na razie nic mądrego nie wymyślę , muszę obgadać temat z wujem , a potem zobaczę . W końcu to moja najbliższa kuzynka i powinnam ją wesprzeć , mimo, że prawie nie miałyśmy kontaktu.

wtorek, 2 sierpnia 2011

2.08.2011 Co by tu...

nie wiem co napisać . Znaczy wiem , dużo się jak zwykle u nas dzieje ,ale w pracy . A to już nudno tak w kółko :praca i praca . Oczywiście wtedy , kiedy jej najwięcej coś się musi posypać. Tym razem realizacja zamówień. . Oczywiście wrzask i w powietrzu części ciała latają , ale trudno. Na pewne sprawy wpływu nie mam. Niech se latają.
Tak poza tym to kolejny długi weekend i tydzień po nim , który miał być naszym urlopowym znów staje pod znakiem zapytania . A potem to już możemy zapomnieć. Z początkiem września zaczyna się czas żniw i doroczne szkolenie na dodatek. Tym razem z większym rozmachem . Nie ja za to płacę . Koszty bierze na siebie producent. Tym lepiej dla mnie. Ale organizacja i tak na mojej głowie. Może być – wszelka organizacja nie źle mi wychodzi.
Imprezka imieninowa Helenki niestety odbyła się w domu. Z powodu rzęsistych deszczy . Było miło, jak zwykle.. Młodzież wykazała się inwencją i na kolację podali nasze swojskie pyry z gzikiym i kiełbaski pieczone na patelni grillowej ( miała być z grilla ogrodowego ) z sałatkami : makaronową i z młodej kapusty. I te pyry i ten gzik to było TO ! Solenizantka wystroiła się w długą sukienkę i na tę okazję pozwoliła upiąć sobie włoski w kitki . Nie lubi żadnych kitek, kokardek , gumek itd. i żadna siła jej nie zmusi,żeby miała je na głowie dłużej jak 2 minuty. Chyba ma to po babusi – ja też nie cierpiałam . I jeszcze ubrań we wzorki , ale to się pewnie okaże w przyszłości..
Za tydzień moja matka wyjeżdża na wczasy , na całe 7 dni. Już się zmówiłam z dziewczynami ; wpadamy i robimy babci przewrót w mieszkaniu. Strasznie je zapuściła ostatnio. Jeszcze chwila i będę z nią miała same kłopoty. Po prawdzie to nigdy mi życia nie umilała , ale to co się zapowiada … Eeech – szkoda gadać.No i papiery muszę jej przerzucić,żeby sprawdzić czy nowych długów nie narobiła i czy spłaca stare.