Wczoraj miałam baaaardzo długi dzień . Niby taki jak zwykle, ale namnożyło mi się tyle różnych drobnych a przy tym czasochłonnych spraw , że w efekcie wszystko co robiłam to z opóźnieniem. Do tego doszły zakupy cotygodniowe, tym razem większe , bo i kwiaty do biurowego ogródka i spożywka na dwa domy i parę drobiazgów do firmy. W sumie bzdurne te drobiazgi, jakieś baterie do mierników, kolejny zestaw bitów do wkrętaka , bo giną nagminnie, żadne tam konkrety. Na koniec jeszcze wizyta u matki - też spóźniona. Ujechać z nią nie sposób. Załącza sobie taką małą lampkę stołową na sprężystym wysięgniku , można obrać we wszystkie strony ale zamiast odwrócić, żeby jej w oczy nie świeciło , obkłada lampkę gazetami. I nie dociera, jak mówię, że ma tego nie robić , bo spowoduje pożar. Już dawno jej mój małżonek wkręcił do tej lampki żarówkę ledową więc pożar mało prawdopodobny, ale nie niemożliwy. Po tej wizycie i ostatnich zakupach wróciłam do domu kompletnie zajechana. Nawet kolacji nie chciało mi się robić, zjedliśmy po bułce z serem i na tym koniec. Do napisania czegoś tu na blogu też już weny zabrakło.
A dziś znów w kołowrotku. Brak auta mocno mi dezorganizuje obowiązki. Do matki pojechałam taksówką. Byłby po prostu dłuższy spacer , ale straciłabym mnóstwo czasu, żeby te 4 km i z powrotem pokonać pieszo. Mogłabym też pojechać rowerem , ale w tym roku nawet nie wyprowadziliśmy z garażu więc i nie przygotowaliśmy ich do jazdy. Stanęło na taksówce. W sumie nie kosztowało to jakoś drogo. Jak już to załatwiłam i wróciłam do domu to szybie śniadanie i ruszyliśmy na działkę , a jakże. Zaczęliśmy od sczytania licznika wody. Zdjęcie od razu wysłałam do gospodyni a potem zabraliśmy się do pracy , małżonek do cięcia gałęzi na krótko a ja za obcinanie róż. Prawie zrobiłam, ale moje okrywowe różyczki wciąż jeszcze mają mnóstwo kwiatków. W ogóle mnóstwo ich jeszcze kwitnie. Po skończeniu obcinania zabrałam się za kolejne zajęcie czyli sadzenie. Najpierw cebulki narcyzów, potem piwonię a potem róże , które przyszły wprost ze szkółki. Doskonale zabezpieczone i w świetnej kondycji. Najpierw zgodnie z załączoną instrukcją je nawodniłam. Sadzonki stały w wodzie około 3 godzin. Tym razem je mocnej opatulę na zimę, bo w ubiegłym roku jedna mi zmarzła. Wysprzątaliśmy też opadłe z drzew liście i na koniec jeszcze zdążyliśmy przygotować kawałek grządki pod poziomki. I tyle , zrobiło się wpół do piątej. W tak zwanym międzyczasie małżonek podrzucił mnie do matki. Znów wyjadła wszystko co było w lodówce i zrobiła niemożliwy bałagan w kuchni. Co było robić , posprzątałam w czasie kiedy odgrzewał się obiad. Chętnie bym na tym naszym ogródku posiedziała dłużej ale dzień zdecydowanie krótszy więc siła wyższa.
Jutro urodziny naszego najmłodszego wnusia. Kolejny sezon rodzinnego świętowania znów się zaczyna. zaczyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz