babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

31.08.2026 A w Toruniu...

 jak to w Toruniu- klimatyczne uliczki, mnóstwo turystów i jeszcze więcej atrakcji dla wszystkich od 0 do 100 lat i więcej. Znamy ten Toruń od wielu lat i lubimy, toteż staramy się choć raz w roku zajrzeć na starówkę, w sklepiku firmowym Kopernika kupić górę toruńskich pierniczków, zatopić się w oparach historii i pobłądzić wśród stylowych kamieniczek, galerii , starych warsztatów i pracowni, wypić kawę w ogródku jakiejś kafejki i spróbować lodów piernikowych a potem pokręcić się po Bulwarze Filadelfijskim nad Wisłą. Tak było i w tym roku. Zaparkowaliśmy jak zwykle na przeciw bunkra numer 6 - to taki fragment starych murów z pomieszczeniami dawnej straży wodnej i miejskich strażników- a potem poszliśmy wzdłuż murów obronnych i bramą klasztorną weszliśmy na starówkę. Kilkanaście kroków i pierwsze , nasze tegoroczne odkrycie: pizzeria we włoskim klimacie. Wejście a obok brama na patio a w bramie : carabinieri -w poczciwej "zuśce" czyli zastawie ale najwyraźniej na chodzie o czym świadczy aktualna tablica rejestracyjna- zapewne pilnują porządku w pizzerii




Krótki spacer główną ulicą i trafiamy na nowość: muzeum zabawek. Weszliśmy tam na zasadzie "tego tu nie było". Stare ,drewniane schody zabytkowej kamieniczki prowadziły na piętro, gdzie tuż przy otwartych szeroko drzwiach siedziała sobie lala. W głębi sali starszy pan prezentował półkę nawiązująca do PRL-u. Przerwał zapraszając nas do podejścia bliżej, nie pytał o bilet tylko stwierdził, że bilety potem , a do początku wróci gdy zakończy opowieść. Jak się później dowiedzieliśmy to muzeum to w zdecydowanej większości jego prywatna kolekcja od chwili gdy ją udostępnił uzupełniana przez eksponaty, które dosyłają lub przywożą mu zwiedzający po wizycie w tym muzeum. Najstarsze lalki pochodzą z początku XIX wieku. Są zrobione z wosku a więc materiału nie trwałego i przez to mocno zniszczone , mają za to stroje z prawdziwego jedwabiu i prawdziwe, ludzkie włosy. Takie muzeum to w sumie rzecz dla dzieci, ale i tak bawiliśmy się świetnie , a eksponaty przywołały wspomnienia. 
Przy wejściu witają gości porcelanowe damy z przełomu XIX i XXw i gospodyni (dolna półka) w otoczeniu kuchenek. Do tych szufladek można było wlać naftę, zapalić i np. upiec prawdziwe ciasto lub ugotować prawdziwą zupę. Nie groziło pożarem bo wszystko było zrobione z metalu, za to poparzeniami już tak, ale wtedy nikt nie przejmował się tym ,że dziecko doznało drobnego urazu 


Znaleziony w stodole poniemiecki z lat 30-stych XXw. domek dla lalek dostarczyła do muzeum zwiedzająca. Był bardzo zniszczony , został już częściowo odrestaurowany ; aktualnie pracują nad naprawą strychu. Domek jest ogromny jakieś 1,2m na 60cm albo i więcej. Ze względu na to, że był oblegany nie udało mi się go sfotografować z drugiej strony. Opisze go trochę - z obu boków ma różne przybudówki : drewutnię , domek z serduszkiem , różne galeryjki i balkoniki ze skrzynkami na kwiaty, z tyłu wejście do ogrodu a pomiędzy oknami kratki z pnączami. Coś pięknego !


Na górnej półce wspomniane wcześniej woskowe lalki z początku XIXw. Poniżej lalczyne przyjęcie na koronkowym obrusie samowar i najlepszy serwis. Te naczyńka są mikroskopijne, niektóre około 1cm ale wszystkie piękne, przejrzystej porcelany. Aż nie chce się wierzyć , że tyle przetrwały - ponad 120 lat 


Zbliżenie i lala w dwóch częściach dla zobrazowania jak je kiedyś budowano. Buzia z porcelany, oczy szklane, włosy pozyskane od ludzi a korpus z lnu wypchany słomą - dla obniżenia kosztów


I witamy w epoce naszego dzieciństwa , początek lat 70-tych .Miałam taki piórnik - zasuwany, to ten w kremowo-brązowe paski , a mój małżonek ten obok, z górskim widoczkiem. Podobny miała moja przyjaciółka z ławki szkolnej. Miałam też takie zielono-różowe liczydło , ostrzałkę na żyletki a mąż do dziś ma bierki w tym igielitowym futeraliku i gdzieś kula się po szufladach seledynowa obsadka ze stalówką, a książeczkę na jagody czytałam moim dzieciom - potem "podałam dalej" - zdaje się dzieciom kuzynki 



Widzicie te lale , które siedzą na skraju półki po prawej i lewej stronie? Miałam takie , a dokładniej to tę po prawej stronie wciąż mam. Jest u mojej matki , mocno zniszczona. Kiedyś o nią zadbam - mam  nadzieję.

Poniżej drewniane gry i autka 


Agd na prawdziwy prąd - to już trochę późniejszy temat. Moja przyjaciółka miała kuchenkę elektryczną - też dzisiaj nie do pomyślenia , ale spójrzcie na dolną półeczkę : wrotki i łyżwy saneczkowe. Wrotki wypożyczałam w świetlicy osiedlowej a na takich saneczkowych łyżwach zaczynałam naukę jazdy - długo to nie trwało, szybko zastąpiły je figurowki

A tu już epoka moich dzieci - Piaskowy Dziadek , lale z włosami do czesania i enerdowskie auta zdalnie sterowane. Nie zdążyłam zrobić fotki -zdalne sterowanie to było pudełko z wyłącznikami połączone z mechanizmem auta kablem. Jeździło , w przód i tył oraz skręcało po przyciśnięciu odpowiedniego guzika. Kustosz prezentował osobówkę . Moje chłopaki miały busa. 


Akurat mocno zaświeciło słońce więc zdjęcie kiepskie - kolekcja autek służb miejskich - milicja , pogotowie , straż pożarna . Nasza polska produkcja i nasze służby 


Poniżej limitowana kolekcja aut produkcji radzieckiej, w tym wozów dyplomatycznych , wszystkie metalowe, otwieranie - żartowano sobie , że to "ruskie matchbox" .Te ostatnie oryginalne też były. jedno nawet takie jakie do dziś ma mój małżonek - cadillac. 


I jeszcze jedno moje wspomnienie - miałam tę grę w leśne przygody. Wiele godzin spędziłam przy niej z moim ulubionym wujkiem, bo to on mi ją podarował 


Na koniec prezentacji starszy pan zaprezentował zabawki mechaniczne, w większości nakręcane kluczykiem ; różne , chińskie, węgierskie, radzieckie i polskie. I znów nasze wspomnienie: kurka, która po nakręceniu kluczykiem dziobie ziarenka a na koniec znosi jajko - nasza wciąż na chodzie. Bawiły się nią nasze chłopaki, potem nasze wnuczęta a ona wciąż działa. Była też ciuchcia, która jadąc wygrywała melodyjkę na cymbałkach wmontowanych w tory. A za pałeczkę służył tłok napędzający koła. Na koniec zamieniliśmy jeszcze kilka słów ze starszym panem , wykupiliśmy bilety - po zwiedzeniu ale co to w końcu za różnica- i poszliśmy dalej. Bawiliśmy się doskonale podziwiając te wszystkie zabawki i przywołując wspomnienia. A potem poszliśmy dalej. Krążyliśmy wśród sklepików. kupiliśmy torbę pierniczków w różnych nowych smakach, zjedliśmy bardzo ostry tajski obiad , znów krążyliśmy, obejrzeliśmy stoiska z pamiątkami , potem zaliczyliśmy kawę i lody - tym razem o smaku kwiatu bzu czarnego z malina. Rewelacyjne. Dawno nie jedliśmy takich pysznych. Tradycyjnie poszliśmy na Bulwar Filadelfijski pogapić się na Wisłę i pływające po niej stateczki. Tu też nowość; pojawiły się takie repliki starych , jakimi kiedyś pływali flisacy. I nagle  zrobiło się późno , przyszedł czas wracać do domu. Dotarliśmy około 21.00. Niby nic takiego nie robiliśmy ale dzień na kompletnym luzie dobrze nam zrobił. 







niedziela, 30 sierpnia 2026

30.08.2026 Na świeżym powietrzu

 spędziliśmy trzy ostatnie dni. No może nie piątek, bo Toruń to jednak bardzo ruchliwe i dynamiczne miasto ale i tak cały na powietrzu. Nie za biurkiem ani nie w pomieszczeniu. Relację z Torunia wrzucę jutro lub po jutrze, jak przygotuję parę zdjęć. Nowość: muzeum zabawek. Rzecz bardziej dla dzieci , ale świetnie się bawiliśmy , a ile wspomnień! Odkryliśmy tam nasze zabawki z dzieciństwa. O szczegółach opowiem. Bardzo mi się ten wyjazd przydał. Wyłączyłam się do tego stopnia, że gdy syn zadzwonił o coś zapytać w związku z zamówieniami, nie wiedziałam o czym mówi. Dopiero jak się dłuższą chwilę zastanowiłam. Sobota i niedziela oczywiście na działce. Zaczęliśmy przygotowania do zimy. Zlikwidowałam resztki po fasolce i wyczyściłam grządkę oraz tę po ogórkach . I jeszcze po połówce z dwóch innych, ale tam mam jeszcze marchew i na drugiej resztę buraczków. Zebraliśmy też mnóstwo jabłek a za tydzień będą już gruszki -konferencje. Objadaliśmy się tymi jabłuszkami bez opamiętania. Jadłam je prosto z drzewa ze skórką i po kilka na raz i wcale mi nie zaszkodziły. Te sklepowe muszę obrać i mogę zjeść najwyżej jedno. Jeśli zjem od razu dwa to odchorowuję. Wykopałam tez wszystkie ozdobne czosnki. Zmienię im lokalizację. Rozrosły się niemożliwie, uzbierały się dwa koszyczki wielkości kartonu do butów cebulek. Za tydzień zajmę się kolejnymi grządkami. Małżonek wygrabił trawnik i ułożył płyty pod grilla i ognisko. Posiedzieliśmy też w jacuzzi. Dziś nawet dwa razy. Podtrzymuję to co napisałam wcześniej; jacuzzi to był nasz najlepszy zakup. Dobrze mi na działce. Pora już taka, że wcześniej zapada zmrok i wieczory chłodniejsze. Zrobiliśmy sobie spacer alejkami a potem włączyliśmy film z nośnika. ostatnią wersję "Morderstwa w Orient ekspresie". Temat znany i nawet trochę oklepany, choć nowa wersja filmy całkiem sympatyczna nie udało nam się  obejrzeć w całości. Nie obeszło się oczywiście bez wycieczek do mojej matki ale z tym już nic nie zrobię. Musiałam sobie sprawy przeorganizować i podporządkować reżimom czasowym. Trudno, jakoś ogarniam. To tyle spraw weekendowych. Dobrego tygodnia!

piątek, 28 sierpnia 2026

28.08.2026 Wróciłam

wycieczka udana, ale relacja po weekendzie , bo jutro uciekamy  na nasze rodos w celu dalszego relaksowania się i może moczenia w bąbelkach jeśli będzie ciepło. Miłego weekendu !  

czwartek, 27 sierpnia 2026

27.08.2026 Dzień za krótki

zdecydowanie. Mnóstwo tematów mniejszych i większych mi się nazbierało. Miałam dziś co robić i w firmie i w domu. A najważniejsze, że przyjechał robot myjący okna. Nie jest to małe urządzenie i dość ciężkie. Testowałyśmy z synową od razu na biurowej witrynie. Daje radę i zużywa przy tym śladowe ilości wody. Co prawda nie do końca domył ślady po muchach , ale to pewnie dlatego, że użyłyśmy samej wody. Zalecają płyn do mycia niepieniący. Poszukam. Trochę hałasuje ale nie więcej niż np. okap. To nawet lepiej , bo wiadomo, że pracuje. Witrynę o powierzchni 2,50 x 3,5 obleciał w 15minut. Zobaczę jak się spisze na moich oknach. Inne sprawy idą swoją drogą. Sprawę w sądzie mam z głowy , gratisową hostę podarowałam sąsiadom, którzy założyli "społeczny " skalniak na rogu ulicy i pracowicie go pielęgnują i upiększają. Jak bym się uparła to by się miejsce w moim ogródku znalazło, ale obawiam się najazdu ślimaków. I tak już z nimi problem a czytałam, że hosta to ślimaczy przysmak. 

Tymczasem się żegnam do soboty. Jutro robimy sobie mały wypad do Torunia. Wrócimy późno więc nie wiem czy zdążę zajrzeć tutaj na blog. Potrzeba mi chwili oddechu po tych wszystkich jazdach. Rano tylko wpadnę do matki podać leki i zrobić śniadanie , w porze obiadowej przychodzi opiekunka , a wieczorem wpadnie do niej moja młodsza synowa. 

😎🖐🖐🖐

środa, 26 sierpnia 2026

26.08.2026 Na adrenalinie

 dzisiejszy dzień. Od rana miałam stres , bo sprawa sądowa. Fakt, szybko poszło i pomyślnie dla mnie. Teraz wyrok się uprawomocnia. A potem będę jakieś raporty pisać do sądu co pół roku , że niby właściwie sprawuję tę opiekę. No dobra , przeżyłam to i to przeżyję. Z tych nerwów zostawiłam rano na stole  matki tabletki. Musiałam po nie pojechać żeby choć te co jej podaje opiekunka dostała. Po drodze z sądu zaliczyłam jeszcze wizytę u  mojej konsultantki z avonu i restaurację i jeszcze zieleniak i kolejną jazdę , tym razem do dostawcy odebrać sprzęt. Na zieleniaku kupiłam wrzosy do donic na stojących na trawnikach przy biurze . Hmm, teraz już nie trawnikach tylko wysypanych kamieniem "dywanikach". ładnie to wygląda z tymi wrzosami. Dostałam w gratisie do wrzosów  hostę. Nie specjalnie je lubię w przeciwieństwie do ślimaków ale jak dają za darmo, to jakieś miejsce w ogródku  jej znajdę. To nie pierwszy taki roślinny prezent, który dostałam od tej  ogrodniczki. Często u  niej kupuję więc pewnie dlatego. A w firmie też nie zła zadyma. Towar nas przysypuje, kolejne zlecenia też. 

W domu oczywiście znów od roboty nie uciekłam chociaż zarzekałam się , że dziś nic nie robię. Zaprawy same się nie zagotują, Obrałam też i zagotowałam buraczki , jutro zetrę i powkładam w słoiki. No i matki pranie ogarnęłam.  Mam nadzieję , że jutro dzień będzie spokojniejszy. A na piątek planujemy krótki wyjazd, do Torunia, pokręcić się po starówce, tak po prostu , dla przyjemności. 

wtorek, 25 sierpnia 2026

25.08.2026 Nowe, lepsze

przybiurowe podwórko mamy. A tak dokładnie to odnowione i uporządkowane. Wpadła ekipa, ta sama co nam płot na działce stawiała i robiła patio i w ciągu kilku godzin zrobili to co im poleciliśmy. Wyrwali uschnięte jałowce , przesadzili dwie choinki, które trochę zawadzały przy otwieraniu jeżdżącej bramy a dziś wpadli z kamyszkami i włókniną i wyłożyli na nowo dookoła drzewek i na drugim trawniku dookoła kamiennych donic. Pięknie wygląda. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdy jako dekoracja nie znalazły się polne kamienie. Te zostały ułożone pomiędzy donicami. Został jeszcze jeden trawnik ale z tym zrobię porządek jesienią , bo mam tam mnóstwo roślin, które trzeba wykopać i poprzesadzać. Wybrałyśmy z synową kamyszki o nazwie "czerwony gryz". Na razie jest szary ale to podobno z powodu kruszenia w maszynach. Po pierwszym deszczu ma się zrobić czerwonawy. Tak zapewniał  gość w hurtowni. Zobaczymy , choć taki szarawo-różowy też ładnie wygląda. Jutro chyba skoczę na zieleniak po wrzosy , które ustawię w donicach. Na koniec jeszcze poprzycinali krzaki i zabrali stare palety na których dostarczają nam czasem towar a, które składowaliśmy za garażem z braku lepszego pomysłu na to co z nimi zrobić. Porządek musi być, no i został zrobiony. 

Jutro mam sprawę w sądzie , mam nadzieję, że na tym się skończy i nic już mnie nie zaskoczy a na papier nie będę znów czekać miesiącami. Potrzymajcie za mnie kciuki proszę. 

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

24.08.2026 Dumni dziadkowie to my.

 I mamy powody. Miało być o czymś innym ale mój starszy wnusiu zachował się w sobotę tak, że muszę się pochwalić. O tym ,że mamy rozgarnięte i poukładane wnuczęta wiemy nie od dzisiaj, ale sytuacja była nie typowa i niebezpieczna a wnuk zachował się po prostu jak przystało na faceta.  W sąsiedniej wsi były dożynki i młodzież wybrała się na nie całą paczką . I jak to dorastająca młodzież poza kontrolą rodziców , próbowali „dorosłości” w postaci piwa czy też jakiegoś drinka. Nasz wnuk jeżdżący mini-carem jako odpowiedzialny kierowca sobie nie pozwala. I jak tak siedzieli w jakimś ogródku koleżankę pokąsały osy, pięć użądleń. Zaczęła krzyczeć z bólu i wstrząsu anafilaktycznego w postaci ataku paniki. Dziewczyna zaczęła też błyskawicznie puchnąć. A cale towarzystwo panikowało razem z nią i darło się jak opętane. I tu zadziałał mój wnuczek. Pierwsze co zrobił to zadzwonił na 112. Rzeczowo wyjaśnił co się stało i poprosił o interwencję. Ratownicy nie zbagatelizowali sprawy i kazali czekać na karetkę. Potem wnuk chciał zadzwonić do rodziców dziewczyny ale tu podniosły się protesty. Nie , bo dostaną „opieprz” za próbowanie napojów wyskokowych. Nie i nie. A tymczasem nadjechała karetka, ratownicy się zajęli dziewczyną i stwierdzili, że ją zabierają do szpitala. Młody nie dyskutował dalej z kumplami tylko nie  wiele myśląc zadzwonił do swojej mamy z pytaniem co ma robić dalej,  bo nie ma numeru do rodziców dziewczyny a ją właśnie zabiera karetka. Synowa miała numer ,  zadzwoniła, bo panie  się dobrze znają ze wspólnych akcji charytatywnych i powiadomiła mamę dziewczyny a potem zabrała ją i zawiozła do szpitala, bo akurat rodzice dziewczyny  mieli auto w naprawie. Na sorze  dziewczynie podali leki , spędziła kilka godzin na obserwacji i wróciła do domu. W niedzielę około 16.00 do domu mojego wnuczka przyszła cała rodzina. Ojciec Niemiec trochę słabo jeszcze mówi po polsku ale dziękował jak umiał, wdzięczny za ratunek córki.  Przynieśli czekoladowo-migdałową tartę  dla rodziców, jeszcze ciepłą i flakon drogich perfum dla naszego wnuczka w podziękowaniu za pomoc. Wprawili tym w nie małe zdumienie naszych , bo wprawdzie rodzice  pochwalili naszego wnuka  za „zimną krew” ale wszyscy , jego samego nie wyłączając uważali, że to nic niezwykłego takie udzielenie pomocy.  I jak tu nie być dumnym z wnuka?