babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

wtorek, 15 listopada 2011

15.11.2011 Sklep z herbatą

uwielbiam go . Nazywa się właśnie tak : po prostu „Sklep z herbatą „ . Jest stylowy , z takim nieco XIX - wiecznym klimatem. I pachnie upajająco. Stylowe półki , gabloty i regały z surowego , bejcowanego drewna. W tle nastrojowa muzyka , delikatnie podświetlone fragmenty półek , a na półkach ! Cudeńka . Jakieś kolorowe puszki , słoiczki, filiżanki za spodkami lub bez , – niektóre niepowtarzalne ,kubki mniejsze i większe szydełkowe mini- serwetki, siteczka ,koszyczki, czajniczki, imbryczki, zaparzacze , świece , opakowania do prezentów, szydełkowe aniołki, motylki i kwiatki a wszystko to w prześlicznych kolorach i ogromnej ilości wzorów. Na regałach i ladzie stoją brzuchate słoje z pachnącą zawartością : herbaty czarne, białe, zielone, mate ,roibos, pu-erth , herbaty w saszetkach, herbaty owocowe i przeróżne kompozycje kwiatowo - ziołowo-owocowe i klasyczne w różnych opcjach ... Jedne z dodatkami , inne bez ,o pięknych,, pobudzających wyobraźnię nazwach. Jak pięknie brzmi np. „kwiat lilii”, albo „duch puszczy” , albo „jesienny wieczór „ . Dziś kupiłam trzy :”wiśnie w rumie „, „zaczarowany ogród” i „ żar pustyni” . Na osobnym regale, kawy z całego świata , podobnie jak herbaty wsypane do szklanych , pękatych słojów. Dla podkreślenia klimatu pomiędzy słojami , przysiadły jutowe worki wypełnione pachnącymi ziarenkami. Wybór mniejszy niż w herbatkach ale też imponujący . Kilka wypróbowałam . Szczególnie przypadły mi do gustu kawy o smaku miętowym i pomarańczowym. . Na samej górze regału stoi kilka stylowych ręcznych młynków , jeden , na moje oko staroć wisi na ścianie. Ten nowoczesny elektryczny ,używany do mielenia w sklepie, dyskretnie schowany za wielkim koszykiem wypełnionym dodatkami do herbaty . Czego w nim nie ma : słoiczki z konfiturami w różnych smakach, buteleczki z syropami, kandyzowany cukier na patyczkach, saszetki z cukrem trzcinowym , słoiczki z czystym miodem i słoiczki z migdałami i orzechami zatopionymi w miodzie i kandyzowane owoce . Pyszności ! I wreszcie wystawa na witrynie : niski stoliczek , na nim zastawa jak do podwieczorku ( dziś była w drobne różyczki ) , plaski koszyczek z kilkoma torebkami napełnionymi herbatami w różnych gatunkach ), drewniane , z otwarym wieczkiem pudełko z kawą , a obok prosty szklany wazon z gałązkami ,na których właścicielka zawiesiła szydełkowe jesienne listki . Całości dopełniała stojąca na brzegu stoliczka lampa naftowa – przerobiona na elektryczną . Oświetlała ten stoliczek ciepłym , stonowanym światłem aż patrząc na ten stoliczek chciało się przy nim usiąść . „Stoliczkowa” wystawa jest zresztą w tym sklepiku zawsze. Zależnie od pory roku zmienia się tylko zastawa , zawartość koszyczka z herbatkami i zawieszki na gałązkach. . Ciekawa jest też obsługa sklepu. Właścicielami jest młode małżeństwo . Obsługują na zmianę , czasami zastępuje ich pewna starsza pani. Właścicielka ubiera się w długie miękkie i powiewne spódnice i bluzki z żabotami , a włosy upina w stylowy koczek ,taki ma styl – w mieście widuję j ą tak samo ubraną . Ale w sklepie zakłada na to staroświecki fartuszek z falbanką. Idealnie do klimatu sklepiku. Jej mąż kiedy jest w sklepie wdaje się w rozmowy z klientami – kapitalnie opowiada o tym co sprzedaje i jeśli ktoś kupuje kilka torebek ,nie proszony wiąże torebki z herbatą w bukieciki. - jak kwiaty. Właścicielka i starsza pani w wolnych chwilach szydełkują . Już kilka razy zastałam je z robótką w ręku , gdy trafiłam na moment,,że akurat nie miały innych klientów. To one robią te wszystkie ozdoby, serwetki i aniołki.. Kilka lat temu podpatrzyłam u nich wzór na śnieżynki.. Drzwi w sklepiku rzadko się zamykają na dłużej. Sklep z herbatą cieszy się w mieście wzięciem . Dziś przechodziłam w pobliżu i oczywiście musiałam do niego zajrzeć , a że zapas herbatek w domu mi się wyczerpuje to kupiłam. Zresztą wstąpiłabym do niego nawet gdybym miała zapas , bo to sama przyjemność kupować w tym sklepiku..

poniedziałek, 14 listopada 2011

14.11.2011 Świętowanie

Weekend upłynął nam biesiadnie. Jedenastego świętowaliśmy Św. Marcina – jakoś tak bliższe nam to święto niż to oficjalne , państwowe. Był dobry obiad i tradycyjne świętomarcińskie rogale z białym makiem. U nas w Wielkopolsce prawdziwy dzień Niepodległości wypada 28 grudnia . Kiedy reszta Kraju cieszyła się już wolnością Wielkopolska dopiero o nią walczyła i wywalczyła. Nasze powstanie było jedynym udanym w historii Polski. Ale o tym nikt nie mówi . Utarło się,że należy czcić klęski a nie zwycięstwa.. Szkoda, bo to działa destrukcyjnie na morale. Oczywiście tę umowną , oficjalną datę szanujemy . Z niedowierzaniem patrzyłam na zadymę na ulicach Warszawy , a potem zdziwiłam się jeszcze bardziej kiedy w TV pokazali działacza Młodzieży Wszechpolskiej , który w żywe oczy się tej zadymy wypierał,że niby szedł w tej manifestacji i żadnej zadymy nie było ! No ja p..... k...... m..... - wiązka rodem spod „Świdra „ sama się ciśnie na usta. Mnie tylko interesuje kto zapłaci za spalony wóz transmisyjny i inne poniszczone mienie . Za straty w policji wiadomo: my podatnicy – tak to już jest , żyją z naszych podatków , a robotę mają taką,że straty czasem się zdarzają i te materialne i niestety te w ludziach również. Na pewno nie zapłacą ubezpieczalnie. Każda zastrzega sobie w regulaminie ,że ubezpieczenie nie obejmuje zamieszek ulicznych i działań wojennych. Zastanowiło mnie też dlaczego policja nie zareagowała bardziej zdecydowanie – na taką bandę zadymiarzy należało użyć gumowych kul i lać pałkami ile wlezie. I jak tak sobie o tym myślę , to przychodzą mi do głowy tylko dwie możliwości : albo policja jest tak słabo wyszkolona ,że się boi – nie wiem, może w ogóle nie ćwiczą starcia z tłumem , albo wciąż w nich tkwią naleciałości z poprzedniego ustroju. . Nie chcą żeby ich porównano do zomowców i MO i zarzucono nadużywanie środków przymusu ,za co musieliby się tłumaczyć. Niestety tego typu opory nie zapewnią nam obywatelom bezpieczeństwa , a do tego przecież policja została powołana i na to łożymy w postaci podatków. No, ale nie można za dużo spodziewać się po policji , która przez z górą 10 lat nie odnalazła zabójcy swojego dowódcy. W sumie przez tę rozróbę Święto straciło swoją rangę.
Sobota minęła z prędkością światła. Przed południem przyjechała młodzież po Helenkę , która nocowała u nas ,z powodu imprezy urodzinowej z okazji 30-tki starszego synalka. Posiedzieliśmy chwilę przy herbacie i pozostałościach rogali. W tzw. międzyczasie zadzwonił klient - umówiliśmy się ,że podjedziemy do biura. Kupił sprzęt , a my udaliśmy się na zakupy do marketu. Zeszło nam trochę, bo oglądaliśmy zestawy upominkowe – już myślą o podarunkach świątecznych dla naszych kontrahentów. Pomiędzy pólkami przewalały się tłumy . Jakby za darmo dawali.. Ominęło mnie gotowanie obiadu, bo miałam z poprzedniego dnia – dorobiłam tylko ziemniaki.. ledwie zdążyliśmy dopić popołudniową kawę i a już trzeba było się szykować na kijki. Moje towarzyszki wypraw nie odpuściły nawet w wolny weekend. Wróciłam ze spaceru i już był czas jechać na imieniny do młodszego synalka. Imprezę robi w przyszłą niedzielę ale złożyć życzenia i tak pojechaliśmy. U synalka niespodzianka : mały Krzysiu dorwał się do takiego pchacza na kółkach , najpierw przewrócił go dwa razy wyciągając w ten sposób na środek pokoju a potem chwycił uchwyt , podciągnął się i pomaszerował przez pokój na dwóch nóżkach podpierając się pchaczem. A wieczorem zrobił prezent rodzicielowi i po raz pierwszy zawołał „tata” . Skąd takie maleństwo to potrafi – przecież w środę skończy dopiero 9 miesięcy...
W niedzielę niby to spokój od rana, nawet sobie dłuższą kąpiel w wannie zaliczyłam ale już po wcześniejszym obiedzie zadzwoniła synowa z pytaniem czy nie mam jakich serwetek z dziecięcymi motywami . Nie miałam , chociaż serwetek mam ze dwie szuflady. No ,to czy mogłabym kupić , bo zapomniała a nie mają już czasu przed przyjściem gości wyskoczyć po nie do sklepu. Czego się nie robi dla wnusi. Pojechałam. Wybór był kiepski więc padło na Kubusia Puchatka .Reszta popołudnia minęła nam przy dwóch tortach. - jeden synalka , jeden wnusi i kolacji . Mała jak zwykle dostała mnóstwo prezentów. Najbardziej spodobało jej się liczydło .Takie zwykłe , drewniane na jakim nasze pokolenie uczyło się liczyć . Ciotka matematyczka ( siostra mężusia) jej kupiła – bo kto inny wpadłby na taki pomysł. Naszą lalę - sierotkę Mała od razu nazwała Kasią i ułożyła do snu na kanapie. I na koniec kiedy już goście się porozchodzili a i my wróciliśmy do siebie mogłam wreszcie ,spokojnie poczytać. Nie miałam nic nowego na tę okazję więc sięgnęłam po „Reanimację” , a właściwie to sama mi w ręce weszła jak tylko otworzyłam biblioteczkę i teraz kiedy ją czytam drugi raz doszłam do wniosku ,że to bardzo dobrze napisana książka , choć trochę tendencyjna jeśli chodzi o postrzeganie siebie przez środowisko lekarskie. Jakości i urody języka można jednak pani doktor autorce pogratulować .Noooo …. i takie to nasze świętowanie …A dziś zimowo : mgły , na drzewach szadź , ludzie w ciepłych kurtkach i szalikach i skrobanie szyb w aucie .

środa, 9 listopada 2011

9.11.2011 Długi dzień ...

Zimno i mgliście. Zdecydowanie się od wczoraj ochłodziło. Od jutra chyba przyjdzie nosić zimowe botki i rękawiczki.
Z jesienno – zimowej listy spraw do załatwienia zrealizowałam 6 punktów w całości, 4 są w trakcie, reszta czeka na swoją kolej. Czasu mam mało i większość energii pochłania mi praca więc do kolejnej w domu nie specjalnie mi śpieszno. Dziś dzień zapowiada mi się długi , po 16.00 przyjedzie klient, potem jeszcze mężusia do medyka muszę wysłać , co proste nie będzie, bo jak tylko się lepiej poczuł to już medyka nie potrzebuje. Ale musi iść do kontroli. Jak go nie wkręcę i z domu nie wypchnę to powie, że zapomniał i nie pójdzie. W tym układzie kijki chyba na dziś mi odpadną. Staram się , ale więcej jak 3 razy w tygodniu nie daję rady, choćbym chciała.
Jutro wybieram się na targ. Właściwie to nie wiem po co. Na pewno kupię jakieś owoce i warzywa,i pokręcę się pomiędzy straganami. Chwilkę , bo targ jest rano , a ja się urywam z pracy .
A poza tym to się cieszę,że wolne w perspektywie. Pośpimy, pojemy rogali świętomarcińskich , coś poczytam , może dokończę sukienkę Helenki albo jeśli pogoda jeszcze się utrzyma pojedziemy na jakiś świąteczny spacer po lesie. Wprawdzie wieczorem pilnujemy wnusię , a może i wnusia ( to jeszcze nie przesądzone) , bo młodzież imprezkę urządza z okazji 30-tki synalka . Dla rodziny kawa w niedzielę , razem z urodzinową Helenki..

poniedziałek, 7 listopada 2011

7.11.2011 Lidka! Mówisz- masz ! Tego,że się świetnie przy tym wpisie bawilam dodawać nie muszę .

My tu w naszym fyrtlu żyjymy po swoimu. Ale zaś w dumu porzundek musi być totyż lumpy i inne przydatne w dumu retynta trzymomy w szafunierkach, śpimy w betach na wyrze, świcimy funckom – takom wiycie ,niedużą z knypsotkiem na kabelku ( lampka nocna z wyłącznikiem na kablu) . Do mycia i czyszczenia używomy szrobra i innych śrupoków, w sobotę obowiazkowo trzebno się wybachać – latym w jeziorku też czasami. Żeby w domu był porządek to chodniki wynosimy na podwórek i wieszamy na sztynder żeby je wytrzepać a śmieci na gemyle wyćpić.
Zakładomy na się klufty ( panowie) westki ,jaczki, spódniki, jupki albo katany , na głowę bobę, na ręce glazejki , na nogi, reble, trzewiki, gdynki albo pepegi, a po dumu laczki. A jak kto bogaty to i pelisę nosi ( płaszcz podbity futrem) Jemy plyndze, szabelek (fasolka szparagowa), ślepe ryby, smelkę i kluchy na łachu inaczej mówiąc pyzy albo buchty, sznytki z leberkom albo tyż zez smolcem zez skrzyczkami , placek na młodziach , szneki z glancym i leguminy. Popijamy blondkom albo lemunadom.
Pyry trzymomy w antrejce ( korytarzu) na ryczce wsypane do tytki albo w sklepie w kistach.
Na ogródku rosną nam redyski, angryst , świętojanki, drzuzgowki i dalmatynki. Hodujemy króle, kejtry i kociambry . Do pielenia grządek służy nam haczka , a pyrki sadzimy w radlonkach .
W stawie żyją sobie rapityndy i rapituchy ( żaby i ropuchy) a ponad głową fyrają glapy ( fruwają wrony)..
Kobity heklują na hekiełku i sztrykują na igliczkach . Szczunki i mele chodzą do lani , bajki i inne szporty opowiadają gzubom babusie i dziadzie , a w odwiedziny jeździmy do wuja Zbycha albo ciotki Boguchy ( imiona przykładowe) , oczywiście trzebno najpierw samochód wyrychtować. Małe gzubki wozi się szportkom (spacerówką) .
Do Poznania to najlepiej dojechać baną a po Poznaniu jeździć bimbami.. No,można tyż nawet z samiutyńkich Rataj na Dymbiec dyrdkom lecieć ale to kawoł drogi , lepii wziąć taryfę.
Żeby pociąć drewno trzeba mieć krajzege,albo zwykłą żogę , a żeby prosto powiesić obrazek waserwogę . Używa się ajzoli ( coś metalowego o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu) , dinksów i wihajstrów a żeby zrobić coś na wysokości potrzeba drabki najlepiej takiej co się nie lyro.
Chodzimy do zologu , czasem na migane – całą eką ( całą paczką, gromadą ) . Przez okno albo zza winkla wykukujemy , (wyglądamy przez okno albo zza rogu) . A do lasu chodzimy zbiyrać betki .Świeci nam klara – słońce a prawa i porządku pilnują szkieły . ( szkieł w bioły bobie , to policjant z drogówki) .
Jak się wiara na się wkurzy to jedyn drugiego szkiytom albo giyrom w rzyć kopnie, albo w sznupę lub kluke wyrżnie dechom.
Jak wszyndzie tak i u nos nie lubimy rożnych szuszfoli , opyplusów szplinów i rojbrów . Gielejzy co to nic stetrać nie umi tyż nie.
Mogłabym tak jeszcze długo , bo gwarę wielkopolską kocham po prostu. Przyznać się jednak muszę ,że choć znam słownictwo i zwroty nie umiem się nią posługiwać potocznie . Polecam "Blubry Starygo Marycha " - świetne kawałki w naszej gwarze.

piątek, 4 listopada 2011

4.11.2011 PYRY

wdzięczny temat ,że tak powiem . A wałkuje go dziś moje ulubione radio. Że niby z mody wychodzą, że teraz to inne warzywa i w ogóle Pyrlandia to już nie stolica pyry. No i zaczęłam się zastanawiać jak to u mnie z tą naszą regionalną potrawą .
Takich „z wody”to za często nie pyrtolę – w sobotę i niedzielę conojwyży . W tygodniu to zwykle zupy , albo coś na szybko. Chociaż jak się tak zastanowić to zupę z pyrek przynajmniej raz na miesiąc mam. Plyndze tyż ze dwa trzy razy , czasym szagówki albo kluchy na tartych pyrkach ze skzryczkami zez wyndzony słoniny wytopionymi.. No i czasym jakąś sałatkę zrobię i frytki tyż, choć to nie zdrowo. A na Popielec i we Wielgi Piątek to już pyry w mundurkach zez gzikiem być muszą , albo tyż zez śledziem w śmietanie. Kiedyś nawet babkę upiekłam z surowych pyrek . No i do prawie każdy zupy pyrki dokładom.
Pyry od bambra kupuję , a właściwie to teroz od bamberki, bo ze dwa lata już bydzie jak wdową się została. . Jak mi kiedy pyrek braknie do do marketu letę . Nimiecki market to i pyry porzundnie w workach , posegregowane i czyściutkie leżą na stoisku z warzywami. I zjadliwe tyż są .
A w ogóle to podobno mają tylko 60 kalorii ( ryż 120, a makaron 260) więc to nie prawda,że tuczą , a dziś się jeszcze z radia dowiedziałam ,że i magnezu i witaminy c dużo , a poza tym spożywanie ich pomaga obniżać ciśnienie krwi. Czyli powinnam je jeść. Najbardziej lubię takie mundurkach , z solą i masłem , albo z kwaśną śmietaną . Z dzieciństwa pamiętam jak babcia co dwa- trzy dni gotowała w takim wielkim kotle dla kur i kaczek . Często wkładała na wierzch kilka ładniejszych – takich do użytku w kuchni .Gotowały się w mundurkach w tym kotle . Nie wiem co to była za odmiana , ale były pyszne . Nigdy potem lepszych nie jadłam. Zjadaliśmy je z solą i masłem , pojadając kwaśnym mlekiem na kolację , albo tak sobie – jako przekąskę. Pamiętam też pyszne danie na piątek: ziemniaki z poprzedniego dnia pokrojone w plasterki ,odsmażone na smalcu , z dodatkiem kilku krążków cebuli , obsypane solą pieprzem i odrobiną majeranki , a do tego polewka – taka kwaskowa zupka robiona z maślanki lub kwaśnego mleka . Pyszności ! Tego nie gotuję , bo mój mężuś nie lubi polewki. Za to za odsmażanymi ziemniakami przepada. . Ja zresztą też.
A na stare ziemniaki mam swój patent . Patent pochodzi z książki kucharskiej mojej babci – z roku 1918. Przeczytałam całą ,łącznie z poradami i kosztorysami – tak, tak kosztorysami jak gospodarować kasą , ile i na co jej przeznaczać mając do dyspozycji określoną kwotę. Ale wracając do ziemniaków. Żeby polepszyć ich smak , szczególnie na przednówku , kiedy już są stare należy do garnka włożyć ćwiartkę obranego jabłka i razem gotować. Sprawdza się – faktycznie są lepsze.
Nooo, to by było na tyle, o tych pyrach.

czwartek, 3 listopada 2011

3.11.2011 Babusine sprawy się mnożą a czas ucieka




Spraw mniejszych i większych mam taką ilość ,że nie nadążam. Jeszcze więcej chciałabym zrobić , tylko ten czas za szybko ucieka. Wczoraj pojechaliśmy z mężusiem do zaprzyjaźnionego medyka. Mężuś z wynikami i z kaszlem, ja tym razem bardziej na przyczepkę. Czuje się dobrze, bóle głowy mi minęły , ciśnienie wprawdzie mam trochę podwyższone ale nie przeszkadza mi to w normalnym funkcjonowaniu więc nie zawracałam medykowi głowy swoją osobą tym razem. Coś trafiło mi ślubnego w tym roku., co parę tygodni łapie jakieś infekcje. Dostał antybiotyk i kategoryczny nakaz leżenia w łóżku co najmniej 3 dni. Uszykowałam termos z herbatką , jedzenie i zapas chusteczek do nosa i niech leży. Firma nie runie bez niego , jak poleży do soboty . Ogarniemy ten majdan sami z chłopakami.
Starszy synalek kończy dziś 30 lat. Kto by to pomyślał, że mamy takiego starego syna . Impreza 13 listopada wspólna z drugimi urodzinami Helenki. . Małej kupiliśmy kolejną lalę z pracowni przy muzeum lalek – z serii postaci bajkowych . Tym razem sierotkę i na ręce rodziców damy jakąś kasę na potrzeby maluchy , a dla synalka zamówiliśmy srebrne, wysadzane rubinami ( bo to jego kamień zodiakalny) i z grawerowanymi inicjałami spinki do mankietów i krawata .Nawet jeśli nie będzie ich nosił ( sądzę ,że jednak będzie , bo tak jak my lubi piękne rzeczy) to będzie miał pamiątkę od rodziców. Żona kupiła mu stołowe piłkarzyki , bo sobie zamarzył ,że postawi je na działce rekreacyjnej i będą sobie grać w czasie spędzania tam wolnego czasu. Piłkarzyki przechowujemy w naszej piwnicy . Ciekawe jak mu je A wręczy , bo ciężkie niemożliwie.
W marketach już zaczęli okres świąteczny : bombki, ozdoby , gwiazdorki , aniołki i, reniferki. Chyba w obawie,że kryzys światowy się pogłębi i ludzie przed świętami kupować niczego nie będą . Będą , będą . Przynajmniej u nas , kupowali w stanie wojennym ( no, raczej zdobywali ) to i w kryzysie światowym będą .
Okładki do zeszytów prawie gotowe. Jeden muszę tylko polakierować , z drugim jeszcze trochę więcej pracy, ale sama okładka też już gotowa. Kosz z owocami świetnie się sprawdził jako obciążnik. - wszystko się ładnie , równo pokleiło i nie zwija się po wyschnięciu. Sukienka dla Helenki idzie mi trochę gorzej – ale trudno ; wymyśliło się skomplikowany fason , to się ma za swe .
Za oknem piękna , ciepła , bajecznie kolorowa jesień .

poniedziałek, 31 października 2011

31.10.2011 W okół cmentarza

Tak sobie myślę ostatnio o minionym ,pora roku odpowiednia po temu przecież i nastrój jakiś taki nostalgiczny. Nawet muzyka w moim ulubionym radiu., poranne mgły i dywany złotorudych liści zaścielające ulice... No i jutrzejsze święto oczywiście... Kiedy byłam małą dziewczynką i mieszkałam na wsi do tego święta przygotowywaliśmy się bardzo starannie, nie było wówczas zwyczaju palenia zniczy czy lampek w ciągu roku. Ten zwyczaj wiązał się tylko ze Świętem Zmarłych. Przed Świętem trzeba było umyć nagrobki , posprzątać w okół grobów , wyłożyć je świeżymi gałązkami świerku albo mchem., przygotować znicze i wieńce. W sklepach tego nie było, albo raczej zdarzało się ,że się pojawiały . Małe , kolorowe , szklane lampki wypełnione woskiem. Po święcie starannie się je zbierało ,żeby były na następny rok. Cały rok zbierało się też resztki zwykłych świec , topiło potem to wszystko w puszcze po rybach i wlewało do szklanych pojemników zatapiając knot zrobiony z kawałka bawełnianej tasiemki. Domowym sposobem robiło się też wieńce. Na podłożu z mchu upinało się drutem liście paproci, szyszki świerkowe i krepowe kwiaty , też robione domowym sposobem .Liście paproci i szyszki malowało się srebrolem . Kwiaty z krepy robiło się w prosty sposób . Brzegi odpowiednio przyciętej w paski krepy zawijało się na igliczce do robienia rękawic , potem skręcało ,obwiązywało drutem i wyginało krepę w różne strony . Powstawał w ten sposób kwiat . Żeby nie zamókł na deszczu zanurzało się te kwiaty w rozpuszczonym wosku. Takie robione domowym sposobem kwiaty były ładniejsze niż plastikowe ze sklepu z artykułami przemysłowymi. Znałam parę osób, które umiejętność robienia kwiatów z krepy opanowały w sposób perfekcyjny i potrafiły z tego wyczarować prawdziwe cudeńka. Samo święto w tamtym czasie lubiłam, choć nabożeństwo wydawało mi się strasznie długie i nie bardzo rozumiałam dlaczego musi tyle trwać. Często na cmentarz do pobliskiego miasta chodziliśmy pieszo – ok.6km przez las. Na cmentarzu panowały skupienie, powaga i przede wszystkim umiar i skromność. Nie było żadnego przepychu i targowiska próżności .
Jako dziecko w ogóle lubiłam cmentarze. Fascynowały mnie na równi ze starymi zamkami i kościołami. Jakoś to współgrało z moją refleksyjną naturą i pociągiem do rzeczy groźnych i niewyjaśnionych . Kiedy już poszłam do szkoły i zamieszkałam w mieście chodziliśmy na cmentarz dość często. Czytaliśmy epitafia , oglądaliśmy portrety na porcelanie i próbowaliśmy zgadywać kim te osoby mogły być. Zatrzymywaliśmy się przy mogiłach Powstańców Wielkopolskich i żołnierzy – nauczeni w domu ,że im należy się szczególny szacunek. Bywało,że po prostu biegaliśmy po alejkach , albo zakładaliśmy się kto przejdzie przez cmentarz po zapadnięciu zmroku. Udawało mi się , ale wyobraźnia działała . Skóra cierpła i włos na głowie się jeżył. W tych głupich dziecięcych zabawach była chyba jakaś próba oswojenia śmierci. W moim mieście oprócz cmentarza parafialnego był jeszcze jeden – bardzo stary i zapomniany , pozostałość po pruskich zaborcach. Zlikwidowano go w początku lat 70-tych , gdy ruszyła budowa nowego urzędu telekomunikacyjnego. Zanim to się jednak stało chodziliśmy się tam bawić . Nie tylko zresztą moja podwórkowa paczka ale wszystkie dzieciaki z miasta. A jakie fiołki tam rosły!!! Ganialiśmy się pomiędzy przewróconymi , opisanymi gotykiem płytami i ruinami grobowców rodzinnych . Czasem trafiła się nawet dodatkowa atrakcja w postaci wystającej z ziemi jakiejś czaszki lub piszczela . Nikt nam nie mówił,że i te groby należy uszanować. Rodzice jeśli nas za to karali, to raczej w obawie,żebyśmy nie zrobili sobie krzywdy. To jednak wpisywało się jakoś w e wciąż żywą pamięć wojny , represje niemieckie na rodzinach Powstańców ,żyło jeszcze wiele osób , które pamiętały czasy zaborów i wszystko co kojarzyło się z tamtymi czasami należało traktować jako złe i zwyczajnie tępić. Z czasem wyrośliśmy z tego , popruski cmentarz został zlikwidowany . Nie przypuszczałam gdy byłam dzieckiem, że w miejscu tego cmentarza przyjdzie mi kiedyś zamieszkać. .
Minęło wiele lat od czasu tych dziecięcych wypraw , po wielu różnych życiowych przygodach mąż dostał mieszkanie służbowe w budynku telekomunikacji na ostatnim piętrze , dokładnie nad miejscem gdzie kiedyś była kwatera grobowców . Jakoś większego wrażenia to na mnie nie zrobiło, choć czasem zdarzało mi się,że ktoś pytał czy nie boję się duchów. Śmiałam się wtedy ,że nie, bo duchy pruskie więc zdyscyplinowane : czwórkami chodzą ze śpiewem na ustach. Zdarzyła się jednak pewna dziwna noc , która zmieniła moje myślenie i sprawiła,, że przestałam sobie żartować. Przeżyłam odwiedziny z zaświatów ( szczegóły tego zdarzenia to temat na osobny wpis) , świadomość,jakie te odwiedziny niosły przesłanie przyszła dopiero parę miesięcy później. Można się śmiać i nie dowierzać ale doświadczenie tego rodzaju jest co najmniej fascynujące i potrafi zmienić spojrzenie na wymiar tego świata. Od tamtej nocy jakoś tak naturalnie zaakceptowałam śmierć jako część naszego życia i wstęp do dalszego ciągu . Koniec nigdy mnie nie przerażał , co najwyżej niepokoił – jak wszystko co nieznane. W życiu przyszło mi jednak zmierzyć się ze śmiercią bliskich i były to ciężkie przeżycia. W przypadku osób dorosłych jakoś szybko potrafiłam się pogodzić z faktami i choć żal gdzieś tam tkwi i się odzywa co jakiś czas to jednak jest akceptowałny i zrozumiały. Znacznie trudniejsze okazało się zetknięcie ze śmiercią pięciodniowego wnuczka. Coś zupełnie irracjonalnego i niewytłumaczalnego . Jak to ? Takie maleństwo ? Przecież dopiero przyszedł na ten świat ? Wciąż jeszcze nie mogę spokojnie o tym myśleć a tym bardziej się pogodzić.
Teraz po latach nadal lubię zaglądać na cmentarze , choć wolę w trakcie roku , kiedy panuje spokój. W Święto oczywiście idziemy , bo tak każe tradycja i ta religijna i ta rodzinna . Przytłacza nas jednak ten zgiełk i przepych zniesmacza rewia mody ,denerwują przemieszczające się tłumy ludzi a atmosfera nie sprzyja skupieniu i wspominaniu , ciemności nie rozjaśnia blask płonących zniczy . Dzisiejsze znicze są wielkie , płoną po kilka dni , ale ich światło nie rozjaśnia mroku.. I tak sobie myślę ,że te wszystkie góry kwiatów ,wieńców , wiązanek i zniczy są potrzebne nam żyjącym .Zmarłym wystarczy modlitwa i nasze dobre myśli.