babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

10.08.2026 Zenek M v.2.0

Martyniuk 2.0 - ten Zenek z tytułu, a o co w tym chodzi to za chwilę wyjaśnię. Jak wspominałam w piątkowym wpisie obchodziliśmy na ogródkach 60-lecie powstania naszych działek. Oczywiście daty pomyliłam jak zwykle i napisałam, że powstały w 1967 i wyszło, że liczyć nie umiem. Poprawiłam wczoraj jak się zorientowałam, że jest błąd. Sobotnia impreza zaczęła się o 13.00 na placyku obok świetlicy gdzie swoją siedzibę ma zarząd. Na tę okoliczność całą zimę i wiosnę nasi Gospodarze remontowali obiekt i w końcu wygląda jak należy a nie jak relikt PRL-u, choć do luksusu mu trochę brakuje. A inne ogródki mają nam za złe, te nasze starania i innowacje jak się okazuje. Co tu dużo mówić; Polacy tak mają, sam się nie weźmie i nie zrobi ale innym ma za złe. Mniejsza o to. Impreza zaczęła się o 13.00 od oficjalnego otwarcia. Sztandaru związkowego nikt nie wprowadzał i hymnu działkowców nie odśpiewywał. Nowa Prezeska nie wymaga. Co innego Powiatowy (od zmiany "dowództwa" jego nikt na naszych działkach już nie słucha") a wcześniej Stary Prezes śp. Zielono- żółty sztandar powiewał na siedzibie zarządu do spółki z girlandami z zielono-żółtych baloników. Za to były puchary i dyplomy dla najstarszych działkowców oraz zasadzenie jubileuszowego drzewka. My dotarliśmy około 15.00 więc nas to Oficjalne ominęło i dobrze. Szczerze mówiąc to tak mi było dobrze na naszym kawałku trawnika, że  wcale nie miałam ochoty pójść na tę imprezę. Rano upiekłam dwa placki z jabłkami. Mam nablatowy piekarnik więc mieści się tam tylko malutka blaszka, to musiałam ciasto podzielić na dwie części. Placek się udał i szybko „poszedł”. A od mniej-więcej 15.00 zaczęła się impreza właściwa czyli ognisko, z pieczeniem kiełbasek, grochówka i pyry z gzikiem, garnek smalcu zez skrzyczkami i wielkie kromy wiejskiego chleba, kiszone ogórki do zagryzienia  i wszystko inne,  co na szwedzkim stole postawili uczestnicy. Wzięłam sobie kilka zakąsek na patyczku, kawał wiejskiego chleba ze smalcem i miseczkę grochówki i najadłam się tym na całe popołudnie. Już nawet pyry z gzikiem nie miałam gdzie zmieścić, choć uwielbiam. Małżonek podobnie. No a później poszło w ruch szkło i procenty, panowie myli te gary, że hej. My tam nie pijący a do tego jeszcze musiałam jechać wieczorem do matki więc nie skorzystałam. Małżonek z umiarem. Reszta sobie nie żałowała. Gospodarz wystawił wieżę i włączył muzykę chodnikową a jakżeby inaczej i towarzystwo ruszyło w tany. A potem nawinął się taki nasz domorosły „Zenek Martyniuk” czyli działkowiec z młodszej generacji i został wrobiony w występy. Taki Zenek M v.2.0. Nawet nie wiedziałam, że takowego mamy na działkach. No i tu się właśnie narodził tytuł mojego wpisu, bo śpiewał piosenki Martyniuka. Nie tylko zresztą, bo i imprezę poprowadził dalej jak wodzirej. Bawiło się wszystko co się mogło poruszać od 0 do 100. Mam parę filmików ale niestety , nie mogę opublikować, bo musiałabym każdego z osobna o zgodę pytać – wszystko przez to rodo. Zapewniam jednak, że jest na co popatrzeć. Wieża Gospodarza ma też funkcję karaoke. No i paru chętnych się znalazło. Pośpiewali a jakże. Bez sławnego w PRL-u „Niech żyją nam prezesi” się nie obeszło – moje pokolenie wie o czym piszę, żadna porządna impreza w minionej epoce nie mogła się bez tej piosenki uchować. Ale tak po prawdzie to się naszej Prezesce ta piosenka po prostu należała, takiego porządku i organizacji za starych prezesów nie było. Coś o tym wiem , bo działka należy do naszej rodziny od 1991. Wiodącym tematem przy naszym stole okazało się jacuzzi, bo my mamy „na widoku” ale  nie my jedni. Ma również kolega numer 39,  prawie naprzeciw nas tyle, że schowane za tujami i co tydzień imprezy urządzają w jacuzzi. Niektóre to nawet z użyciem płynu do naczyń. Chciałabym to zobaczyć… A sprawa była prosta; procenty do główki poszły za szybko razem z pomysłami. Dwóch siedziało w bąbelkach a trzeci robił im pianę… z płynu do naczyń. Zwinęliśmy się około 23.00 a świętowanie  trwało dalej. Do czwartej rano… Około 14.00 w niedzielę zaczęła się powtórka, bo została kiełbasa więc znów zapłonęło ognisko, kolega numer 69 dowoził drewno , które mu zalegało od czasu sprzed budowy domku. Co się tam w związku z tym działo, tego już nie wiemy, bo ten dzień przeznaczyliśmy na wylegiwanie się w jacuzzi i na leżakach. Co jeszcze mogę dodać. Podoba mi się, że na tych ogródkowych imprezach bawią się wszyscy, trzy może nawet cztery pokolenia. Nie lubię muzyki disco polo i na dłuższą metę bym z nią nie wytrzymała. Nie mam jednak nic przeciw, gdy grana jest na zabawach, Sylwestrze, weselu czy innych. Ludzie się przy niej bawią i o to chodzi. A do tego ludyczno- odpustowego, działkowego jubileuszu po prostu pasowała idealnie. No i jeszcze to, że niż demograficzny mojemu miastu nie zagraża; na około setkę ludzi, jakieś 30 to dzieciaki od niemowlaka do nastolatków a i kilka przyszłych mam też się kręciło. 

3 komentarze:

  1. No proszę. Nie dość że zabawa udana, to jeszcze demograficznie do pozazdroszczenia. Niby liczby nie kłamią, ale jednak trochę tych najnowszych widać.
    Następna imprezą pewnie będą działkowe dożynki. Oby jak najdłużej ciepło było. Zapowiadają się słoneczne dni więc jadę do Parku Pamięci podlać kwiatki. Buziaki
    Szkoda, że cholerne RODO zabrania dokumentacji. 😀

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie najnowszych, a najmłodszych😀. Telefon wie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. No to faktycznie- pełny ubaw! Fajnie, że ludzie chcą się wspólnie bawić !

    OdpowiedzUsuń