Nie, nie w maśle , a po przemysłowemu na oleju. Przyznać jednak muszę , że te z miejscowych PSS-ów są bardzo smaczne , nie zbyt wielkie i nie opite tym olejem. A takie dziś były u nas w firmie dla dopełnienia tradycji tłustego czwartku. Ja sama , jeśli piekę, to klasycznie , na smalcu i obtaczam w cukrze – nie polewam lukrem ani nie pudruję. Kiedyś były jeszcze specjalne odmiany tłuszczu do smażenia pączków i chruścików „ceres” i „oma” ale to już historia. A skoro już zahaczyłam o dawne nuty to temat rozwinę i sobie powspominam - pączki właśnie !
Najmłodszy z barci mojego dziadka był z zawodu piekarzem. Z
takiej przedwojennej szkoły, terminował u mistrza i stopniowo poznawał tajniki
wypieków chleba i ciast. Zaczynał od donoszenia worków z mąką , potem
rozwiązywania ich i dosypywania odpowiednich ilości , poprzez kolejne
piekarskie czynności aż do egzaminu mistrzowskiego. Przed wojną , w czasie
wojny i jeszcze krótko po , zanim mu władza ludowa nie odebrała biznesu prowadził
swoją piekarnię . Po jego chleb i wypieki zjeżdżali się klienci z całego województwa.
Od niego nauczyłam się piec ciasto drożdżowe- zdradził mi też swój mistrzowski
patent na to, żeby zachowało świeżość- poznałam tajniki nieupadania biszkoptu i
sposób na dobre pączki. Tu niestety muszę się przyznać, że jestem beztalencie
cukiernicze , bo oprócz drożdżowego i może z trzech innych ciast nie wiele mi
wychodzi. Pączki wychodzą mi pyszne , ale do mistrzostwa Wujka - Dziadka mi
daleko. Pieczenie pączków przez Wujka- Dziadka to był cały ceremoniał. Zanim
przystąpił do pracy przygotowywał odpowiednie ingrediencje. Układał wszystko na
wielkim kuchennym stole i sprawdzał jakość mąki, rozcierając ją w palach i
smakując końcem języka , potem rozbijał jako na talerz i sprawdzał stan żółtka
i białka , wąchał smalec czy świeży, potem drożdże, sprawdzał świeżość mleka i
tak dalej. Jeśli coś nie odpowiadało standardom , szedł do spiżarni po inne, po
czym misterium pączkowe zaczynało się od nowa.
Gdy już wszystko było jak trzeba zaczynało się wyrabianie i wyrastanie
ciasta. Ciasto Wujek – Dziadek wyrabiał ręcznie, nie żadną kulką, kopyścią czy
o zgrozo : mikserem! Ręcznie a uzasadniał to trochę poetycko tym ,że ciasto
drożdżowe potrzebuje ciepła dłoni piekarza, żeby nabrało odpowiednich
właściwości i wyrosło jak należy i całkiem praktycznie tym ,że czuje wtedy ,że
ciasto jest należycie wyrobione. I w jego wykonaniu wyrastało. Po kilku
chwilach ugniatania stawało się gładkie jak aksamit i deliktne jak skóra małego
dziecka. Wyrastało w mocno nagrzanej
kuchni gdzie w piecu buzował żywy
ogień – bo u wujostwa gotowało i piekło się na ogniu mimo, że na wyposażeniu
kuchni była też kuchenka elektryczno-gazowa. Gdy już ciasto odpowiednio wyrosło
Wujek-Dziadek rozgrzewał tłuszcz w wielkim żeliwnym garze a ciocie : żona i
córka Wujka formowały pączki i
nadziewały je powidłami śliwkowymi, których zapasy zawsze były pod ręką .
Wujostwo mieli spory sad więc i śliwek na powidła nie brakowało. Pączki
układały na dużych deskach , a potem kolejne porcje Wujek – Dziadek osobiście
wkładał do wrzącego smalcu , czekał aż same się odwrócą i potem wyjmował na
wielkie sitko , gdzie ociekały z nadmiaru tłuszczu , przez 5-10 sekund , po
czym jedna z cioć obtaczała je w misce z dość grubym cukrem, warunek : musiały
być gorące, jeśli choć trochę przestygły cukier się nie przyklejał. Powstawało
takich pączków na jeden raz około 160 czasem więcej . Były wszystkie równiutkie
jak pod sznurek , nie za wielkie i wszystkie złocisto-brązowe, obsypane cukrowym
szronem. Piekło się takie pączki tylko zimą w karnawale i na ostatki.
Objadaliśmy się potem tym przysmakiem bez opamiętania , chrupiącym z wierzchu i
puszystym jak chmurka , żółciutkim w środku. Ostatni raz jedliśmy wujkowe
pączki gdy nasi synowie byli w wieku 4 i
5 lat , pojechaliśmy w odwiedziny i akurat trafiliśmy na tę ceremonię. Nasze
chłopaki zjadając wpychali je sobie do buzi dwoma rączkami , mażąc sobie przy
tym policzki i noski powidłami i oblepiając siebie , ubrania i stół cukrem. A
ja zapamiętałam ten pączkowy niezapomniany smak i konsystencję na zawsze. I pewnie nigdy już nie zjem
lepszych. Kiedy sama zabieram się za pączki zawsze wspominam Wujka – Dziadka i
jego pączkowe misteria odprawiane przy kuchennym stole i rozgrzanym piecu.
Cudne wspomnienia. Tak jak Ty pamiętasz smak wujkowych pączków, tak ja wspominam smak ciast drożdżowych robionych przez moją Ciocię, siostrę Mamy i pieczonych w piekarniku kaflowej kuchni. Ależ to były wspaniałe wypieki! Z własnej mąki, jajek, mleka, masła- smak nie do zapomnienia. Moja pierwsza Teściowa robiła zwykłe pączuszki serowe, w parę chwil potrafiła wyczarować miskę pysznych kulek. Ja tych talentów nie przejęłam, niestety, wczoraj z wnukami usiłowaliśmy powtórzyć pączuszki babci Oli, ale wyszły nam trochę pancerne jeżozwierze :-))) Na szczęście dały się zjeść.
OdpowiedzUsuńI takie smaki się wspomina , zostają z nami na zawsze. Pozdrawiam cieplutko ! 😀
UsuńAch jakie smaczne wspomnienia. Oby nam towarzyszyły. Buziaki
OdpowiedzUsuńO tak, jeszcze jabłka w wujkowym sadzie . Też były niepowtarzalne. Buziaki!
Usuńprzecudna opowieść.
OdpowiedzUsuńJa w niedzielę drugi raz rozbiłam pączki .
40 lat temu moje pierwsze zostały wyrzucone,
ale te oddały mi mój honor (bo piekę nie najgorzej).
A wczoraj były chrusty.
Pisz kochana bo robisz to obłędnie. Pozdrawiam Barbara61
To 3 razy sztuka , Tobie pączki wyszły za drugim . Super! Dziękuję za przemiłe słowa. 😍
OdpowiedzUsuńDo 3 razy - miało być.
UsuńPiękna opowieść. Widziałam w wyobraźni tę pełną miłości pracę Wujka-Dziadka. Moja teściowa też piekła super pączki. Do dziś je wspominam.
OdpowiedzUsuńBo to prawda Wujek-Dziadek kochał swój zawód . Mój Dziadek kowal zresztą też , choć o tym wiem od Babci , Ojca i jego braci, bo niestety zmarł przed moim urodzeniem . 😘
UsuńTakich smacznych paczkow jak w Polsce niegdy nie spotkalam w innym kraju. Ale to nic dziwnego, bo sa tak przyrzadzane jak przez Woujka-Dziadka z miloscia i wielka wiedza.
OdpowiedzUsuńWujek-Dziadek wspanialy.
Emma
Wiesz, mój Dziadek miał kilku braci. Nie wszystkich mogłam poznać osobiście, bo odeszli zanim przyszłam na świat albo gdy byłam bardzo mała , ale wszyscy kochali swój zawód i byli świetnymi rzemieślnikami. Musiałabyś widzieć meble moich dziadków, proste w formie ale z bukowego drewna , pięknie wybarwione ręcznie robioną politurą projektu wujka i wykończone - też robota jednego z braci Dziadka. A mój był kowalem. Zlecenia miał nawet z Francji. Teraz już chyba nie ma takich rzemieślników - artystów kochających swój zawód.
Usuń