babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

niedziela, 1 stycznia 2012

1.01.2012 No i mam poważny zgryz …


Czas ucieka, z wybiciem godziny 24.00 przybył mi kolejny rok : pięćdziesiąty pierwszy. Nie żebym się tym specjalnie przejmowała. Na razie nie widzę w lustrze upływu czasu – wciąż nie mam zmarszczek, własny, nigdy nie farbowany kolor włosów, swoje zęby itd. Upływ czasu raczej czuję . Częściej muszę odpoczywać , czasem udawać się do lekarza , szybciej się męczę przy pracy fizycznej , trudniej mi wspinać się na krzesła i drabinki , czasem coś zaboli … I właśnie z tego powodu ten zgryz. Nie umiem zaakceptować pewnych ograniczeń wynikających z upływu czasu.. A przecież doskonale wiem ,że powinnam.. Zawsze byłam okazem zdrowia i sprawności fizycznej a tymczasem przybyło kilogramów, stawy nie pracują już tak idealnie jak kiedyś , nie da się nawlec igły bez okularów i tym podobne niby nic nie znaczące drobiazgi ale jednak dające się we znaki. A przy tym i dusza wciąż we mnie młodzieńcza ; w głowie pełno planów i pomysłów , chęć do pracy i zdobywania nowych doświadczeń , przeżycia kolejnych przygód … Nie ,zdecydowanie nie nadaję się jeszcze na starszą panią.
A tak poza tym , to rok zaczyna się miło i spokojnie . Na urodziny od mężusia dostałam srebrny wisior w kształcie kwiatu z oczkiem z perły i płatkami ze szmaragdów. Cudny ! Nie mogę się nim nacieszyć. Obejrzeliśmy koncert noworoczny z W iednia ( chciałoby się być kiedyś w złotej sali na takim koncercie) , na obiad zrobiłam curry z kurczakiem , świeżym imbirem i mlekiem kokosowym , a teraz wypoczywamy przy herbatce i resztkach pierników.
Jutro normalny dzień pracy.                 

piątek, 30 grudnia 2011

30.12.2011 To był rok spokojny


Dobry rok , nawet bardzo dobry, choć wypełniony ciężką pracą. Ominęły nas poważne choroby , nikt z rodziny nie odszedł z tego świata , maluchy chowają się zdrowo , cudownie rozwijają i dostarczają nam nieustającej radości. Firma na przekór kryzysowi, inflacji , spadkom na giełdzie , marnym kursom walut , bezrobociu i innym klęskom żywiołowym się rozwinęła, obroty wzrosły o ponad 30% tym samym zarówno prestiż jak i stan konta nam się poprawia . Nie udało nam się wprawdzie zakupić większego lokalu na firmę , ale nic straconego , poczekamy na lepsze okazje. Remont kuchni i holu nabiera kształtu i z wiosną się zmaterializuje. I cóż … Jutro w samo południe spotkamy się wszyscy , żeby wypić po małej lampce szampana za pomyślność firmy i żeby nowy firmowy dostawczak nam się dobrze spisywał , a w poniedziałek wróci stary porządek rzeczy.
Postanowień na Nowy Rok nie robię – daję losowi wolną rękę . Nie przymuszany do niczego okazuje nam swoją łaskawość. Niech tak zostanie .
Impreza sylwestrowa nam nie wyszła . Wszyscy się pochorowali. Trudno , spędzimy ten wieczór we dwoje. Szampan się chłodzi , jedzonko przygotuję jutro. Młodzież bawi się tym razem u siebie . Słyszałam jak się zmawiali: 12- ścioro dorosłych , 5-cioro dzieci i pies. Będzie wesoło.
Pozostaje mi tylko odprawić jakieś dobre czary ,żeby Los obłaskawić i przywołać Fortunę . W tym celu ułożę kamienie i zapalę świece : białą na zdrowie , zieloną na przyciągnięcie bogactwa , czerwoną na miłość i srebrną na ogólną pomyślność . Śmieszne to się może wydać w XXI wieku , ale działa.. ..

A tak poza tym : inwentura zrobiona, rachunki zapłacone , nowe auto kupione i zarejestrowane ; można stary rok kończyć i zacząć świętować nadejście nowego.


sobota, 24 grudnia 2011

24.12.2011 WESOŁYCH ŚWIĄT !

I tradycyjnie : zdrowia , bogatego Gwiazdora .  A mniej tradycyjnie miłości , bo nic piękniejszego niż miłość , jakkolwiek i do kogokolwiek się ona się wyraża.


Fotkę zrobiłam w ubiegłym roku w pierwsze święto. W tym niestety nie ma ani płatka śniegu.

środa, 21 grudnia 2011

21/22. 12.2011



Szaleństwo . Ale jest w tym metoda. Stopniowo daję radę. Ubiegły tydzień i ten bieżący siedzę przy komputerze i piszę. Najpierw oferty,potem kolejne faktury i zamówienia ( a jakże , budżetówka kasę dostała więc wszystko na trzy dni temu, bo terminy) , firmy rok zamykają więc każdy chce wcześniej dostać faktury , aneksy do umów i co tylko, potem walczyłam z kartkami świątecznymi i upominkami dla klientów. Kartki i tak poszły szybko, bo miałam gotowe z drukarni – wystarczyło powkładać do kopert i zaadresować , a potem nakleić znaczki - tym się zajął uczeń w wolnej chwili. Więcej pracy było z paczkami, bo to trzeba było zabezpieczyć żeby w transporcie nie fruwało po katonach, zapakować , zaadresować i t d. Zajęło mi to trzy dni. . A tak poza tym zrobiliśmy świąteczne zakupy i te do domu i prezenty , przygotowaliśmy paczki świąteczne dla pracusiów, dokończyłam sukienkę i sweterek dla wnusiątek, i prezenty dla babć, jako – tako ogarnęłam chatkę ( jako - tako , bo na gruntowne porządki zabrakło mi i czasu i ochoty , a jeśli chodzi o kuchnię to i tak niedługo remont więc specjalnie się nie wysilałam, w każdym razie nie bardziej niż w każdą sobotę) , upiekłam chatkę z piernika i zrobiłam z niej dekorację , zrobiłam 2 świeczniki - iglo z kostek cukru i też je ustawiłam jako dekorację – koło igloo kręci się nawet polarny miś i dwa bałwanki. , wspólnie z synowymi upiekłyśmy pierniczki i je ozdobiłyśmy i jeszcze mnóstwo innych mniejszych i większych spraw załatwiłam , zrobiłam , przygotowałam ... Krzysiu i Helenka odcisnęli w cieście piernikowym swoje łapki , a potem Krzyś poszedł spać , a Helenka podawała nam pierniczki , które zdobiłyśmy kolorowymi lukrami.
Na pobuszowanie w necie i czytanie zabrakło mi czasu. Owszem czytam , ale jak przychodzi wnusia. Dziecię upodobało sobie książeczkę „Paweł i Gaweł” - nie wiedzieć czemu i każe mi ją w kółko czytać. No to czytam , po 10-15 razy pod rząd . Czasem robi wyjątek dla „Pan Kotek Był Chory” - ale tylko czasem . I co ciekawe słucha z wielką uwagą. Cały czas siedzi grzecznie obok mnie , trzymając książeczkę z jednej strony i ma przy tym tak radosną i błogą minkę jak by nie wiem jakie szczęście przeżywała..
Dziś w środku dnia urwałam się z biura i pojechałam kupić choinkę. Jakoś krucho w tym roku z żywymi choinkami . Mało i nie zbyt ładne. Wybrałam taką trochę większą ode mnie z ładnymi gałązkami , na których są jeszcze małe szyszki
22.12.

Choinka stoi już na swoim miejscu , choć jeszcze bez ozdób – z prozaicznej przyczyny: okazało się ,że połowa lampek nie świeci. Trzeba zdjąć i założyć inne . Już rano zdążyłam kupić. Rodzinkę dopadł jakiś wirus grypowo - rzołądkowy . Trzy dni temu cierpiał młodszy synalek. Wczoraj trafiło Helenkę i małego Krzysia. Poza tym zimowo: skromne -3 na termometrze i prószący biały puch. Świat od razu wygląda odświętniej. A przed chwilą (ok 19.30) ubraliśmy choinkę.

wtorek, 13 grudnia 2011

14.12.2011 Czas nierzeczywisty , czas dziwny


Stan wojenny paradoksalnie zastał nas w łóżku. Była niedziela , mąż miał w planach nockę w pracy a ja cieszyłam się,że matki nie będzie , bo wybierała się tego dnia do Poznania w odwiedziny do znajomej, która leżała w szpitalu , a to zapowiadało dłuższą część niedzieli bez awantur. A nasz 6-cio tygodniowy synek spał sobie smacznie w łóżeczku z błękitnymi firaneczkami całkowicie nieświadom tego,że wokół szaleje wiatr historii i dzieją się rzeczy ważne. Jako ranny ptaszek obudziłam się wcześnie , około 7,00 . Mąż spał w najlepsze. Próbowałam uruchomić radio , ale nie zadziałało . Kręciłam chwilę gałkami - bez skutku. Pomyślałam, że się popsuło . Za chwilę spróbowałam włączyć telewizor. Na ekranie pojawił się „śnieg” . To moje kręcenie obudziło męża. Spróbował i on z tym samym skutkiem. . Po chwili do naszego pokoju zaglądnął mój ojciec z pytaniem czy może u nas pooglądać telewizję ( nie pamiętam co , ale miał jakiś swój ulubiony niedzielny program) , bo ich telewizor wysiadł . Trochę nas to zdziwiło , bo i u nas nie działał. Ojciec i mąż orzekli, zgodnie, że to pewnie coś z anteną . W tym czasie matka wyszła z domu ,żeby zdążyć na pociąg do Poznania o 8.10.. Kilka minut później „ożyły „ oba telewizory. Na ekranie pojawił się Wojciech Jaruzelski i usłyszeliśmy słynne przemówienie. Staliśmy we troje obok drzwi gapiąc się z niedowierzaniem na czarno - biały ekran , z którego płynęły informacje o... wojnie domowej ? Jakoś nie mieściło się nam to w świadomości. Nie rozumieliśmy. Informacji wysłuchaliśmy tego ranka jeszcze kilka razy . Po jakiejś godzinie wróciła matka z jeszcze dziwniejszymi nowinami: pociągi odwołane , na ulicach i dworcu wojsko , kontrolują i legitymują wszystkich . Ją i jej dwie koleżanki zawrócili z dworca. Na szczęście mąż jednej z nich nie zdążył jeszcze odjechać maluchem i miała czym wrócić do sąsiedniej miejscowości gdzie mieszkała ( przepustki zaczęły obowiązywać od następnego dnia) , dzieje się coś złego. Nie baliśmy się . Na razie był szok i niedowierzanie i jakieś wrażenie absurdalnej groteski . Tego dnia największe wrażenie zrobiła na mnie cisza panująca w mieście. Jak zwykle w niedzielę wybraliśmy się z mężem do kościoła na 11.30 . Przysypane grubą warstwą śniegu miasto sprawiało wrażenie martwego. Nikt nie odśnieżał ulic, znikąd nie dobiegała żadna muzyka, żadna rozmowa, , żaden śmiech , nie przejechał samochód, nie zaszczekał nawet pies nie zapachniał niedzielny obiad. Wydawało mi się, że nawet wrony, których w mieście było pełno i zwykle darły się bez opamiętania , tego dnia ucichły ( realnie rzecz biorąc pochowały się z powodu siarczystego mrozu, a nie stanu wojennego) . Ludzie w ciszy przemykali się do Fary na Mszę Św. Proboszcz ani słowem nie nawiązał do tego co się stało , jedynie po Credo odmówił modlitwę za Ojczyznę i na koniec zaintonował „Boże Coś Polskę” .Głośny zwykle śpiew , potęgowany wspaniałą akustyką zabytkowego kościoła tym razem brzmiał jakoś cicho i bez werwy. Ludzie wychodząc pozdrawiali się skinieniem głowy i szli w swoją stronę nie przystając i nie zagadując się nawzajem. Po drugiej stronie ulicy , naprzeciw kościoła od budynku sądu aż prawie do rynku stały uzbrojone patrole . Nie zaczepiali nikogo , po prostu stali. Taka psychologiczna demonstracja siły. Tego dnia atrakcji czekało nas więcej. Mąż pracował wówczas w urzędzie telekomunikacyjnym . Była to jednostka paramilitarna. Tego dnia miał nockę , która u nich zaczynała się o 17.30. Tuż po 15.00 usłyszeliśmy dzwonek do drzwi . Poszłam otworzyć . Za drzwiami stał uzbrojony w kałasznikowy patrol żołnierzy. Na moment ugięły mi się nogi.. Zapytali o męża , który w tym akurat momencie wyszedł z pokoju. Okazało się ,że ma się natychmiast stawić w pracy . Czekali aż się ubierze i razem z nim wyszli , odprowadzili go do samego zakładu.. Na portierni wartę pełnił inny uzbrojony patrol. I tak już zostało na długie miesiące. Mąż powinien wrócić z dyżuru następnego dnia po 7 .00 rano . Nie wrócił . I to był jedyny moment kiedy się bałam.. Wrócił dopiero około 18.00. Nocą , kiedy wstałam żeby nakarmić Małego usłyszałam dobiegający zza okna jakiś hałas. Sąsiednią ulicą , 50m od naszego bloku jechała kolumna czołgów . Mój ojciec także nie spał . Stał w oknie i liczył. Naliczył ich 236. Następnego dnia , kiedy mąż wrócił już do domu i siedzieliśmy razem przy kolacji , to co się stało podsumował krótko:” trzydzieści lat pracowałem na to ,żeby dostać w pysk” , matka histeryzowała od rana,że jak to , do pracy nie można jechać , tylko trzeba załatwiać przepustki i co to będzie jak do ludzi zaczną strzelać , ja milczałam , bo już tak mam,że jak mnie coś mocno ruszy to nim sprawę sobie przemyślę milczę jak zaklęta. A mój mąż jak zwykle trzeźwy i umiejący wszystko natychmiast zanalizować i wyciągnąć wnioski stwierdził,że zbyt długo to nie potrwa ; rok może dwa i nic nadzwyczajnego się nie stanie a ludzie niedługo się przyzwyczają , szkoda tylko Kraju jako takiego , bo nas to cofnie w rozwoju. Trafniej ująć tego nie mógł. I stało się jak przewidział. Po części rację miała i moja matka : strzelali , choć nie u nas , a inne represje też jakoś nasze miasto ominęły. Internowali zaledwie jedną osobę – takiego wiecznego pieniacza , który po zapisaniu się do Solidarności psuł wszystko do czego się dotknął a potem przypisał sobie zasługi,których nie położył. w żadnej sprawie. Informacja o jego internowaniu dotarła do nas po świętach.
A potem przyszedł dzień jak co dzień i trzeba się było zająć przyziemną walką o byt . Zbliżały się Święta i wszystkich pochłonęły przygotowania . Karpie załatwiła matka przez swój zakład pracy , drogą handlu wymiennego . Gospodarstwo rybackie karpie – zakład odzieżowy resztki tkanin z produkcji mundurów. Kapustę, fasolę , warzywa , jabłka, susz owocowy jakoś dawało się kupić w dwu istniejących prywatnych sklepikach warzywnych - obrotni badylarze nawet w stanie wojennym potrafili zapewnić towar swoim klientom – nic dziwnego,że w gospodarce rynkowej szybko wyrosły im fortuny. Grzybów mieliśmy jeszcze spory zapas z czasów kiedy zbieraliśmy je co roku w wakacje u babci. Gorzej było z cukrem , margaryną , mąką i kawą czy herbatą ale i to udało się kupić bez jakiegoś długiego wystawania w kolejkach. - sklep mieliśmy na wprost okien. Kiedy podjeżdżali z dostawą , wypadało tylko odpowiedni szybko zlecieć ze schodów i przebiec ulicę – zanim ustawiła się kolejka. Nie pamiętam sytuacji,żeby odmówiono komuś sprzedaży , albo odkładano ją na później. Jaja załatwiał ojciec od kolegi z pracy, który pochodził z gospodarstwa. Mięso , również matka tą samą drogą co ryby . Pierniki w sławnej czekoladopodobnej polewie dostarczyła teściowa – z okazji świąt NBP – gdzie pracowała załatwił jakiś ekstra – przydział dla swoich pracowników. Chleba nie brakowało nigdy, bywało jednak,że często był nie świeży albo zakalcowaty , a w soboty trzeba było iść po niego wcześnie rano ..
Zanim jeszcze przyszły święta odbyły się chrzciny naszego synka więc jeśli chodziło o zaopatrzenie mieliśmy podwójne wyzwanie. Gdzieś udało mi się kupić kaczkę – gdzie , za nic sobie nie mogę przypomnieć – i zrobiłam tort z masą z budyniu więc chrzciny były na bogato. Tylko z dojazdem kłopot, bo nie mieliśmy czym do kościoła pojechać. Jedyny taksówkarz, który odważył się jeździć zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego był tak pijany ,że nie kojarzył co do niego mówimy. Po kilku próbach namówienia go do przyjęcia zlecenia daliśmy spokój. Wpadłam na pomysł,żeby zwrócić się do znajomego , który był właścicielem moskwicza. Zgodził się , ale kiedy przyszła pora wyjazdu do kościoła nie zjawił się . Cóż było robić , zapakowaliśmy Małego w wózek , opatuliliśmy jak tylko się dało , bo na dworze panował 26 – stopniowy mróz i pojechaliśmy do kościoła. . Kolega dojechał pod koniec Mszy – z prozaicznego powodu ; moskwicz nie chciał zapalić. Wróciliśmy z synkiem autem kolegi , a matka przyjechała pustym wózkiem.
Przygód związanych z tamtym czasem było wiele. Z zaopatrzeniem kłopotów większych nie mieliśmy. Ludzie u nas obrotni ,szybko nauczyli się sobie radzić. Były kolejki , a jakże, największe przy sklepie firmowym, gdzie od czasu do czasu pojawiały się kolumny . Raz po raz musiała interweniować milicja . Ciężko było o kartkowy alkohol a żyletki, rajstopy, papier toaletowy i szampon familijny kioskarka wydzielała po sztuce na osobę. Wszystkie produkty z tamtych czasów kojarzą mi się jako popularne. Była herbata „Popularna”, proszek „Popularny” , papierosy „Popularne „ , nawet cukierki irysy zdarzały się popularne ( jeść się ich nie dało , byly twarde jak kamienie ). Nauczyliśmy się robić coś z niczego . Robiło się kotlety z konserw turystycznych , blok z mleka w proszku , zbierało skrzętnie resztki mydła , wkładało do plastikowych siateczek po warzywach , taką siateczkę wypełnioną mydłem moczyło w gorącej wodzie , ugniatało w zwartą bryłkę , a potem wiązało siateczkę na zlewie i używało mydła aż do wyczerpania., przerabiało ubrania, dziergało swetry i czapki.. Ja miałam dobrze – matka pracowała w zakładach odzieżowych szyjących mundury. Często przywoziła resztki z produkcji . Zakład sprzedawał je pracownikom , albo wymieniali z innymi zakładami np. na ryby czy płody rolne . W tamtym czasie miałam mnóstwo świetnych ciuchów tyle że zszywanych z 30-40cm kawałków i w kolorach mundurowych: i garniturowych : stalowych , czarnych, khaki, granatowych, brązowych itp. Raz po raz udawało się kupić jakieś odrzuty z produkcji w postaci garniturów lub szytych „na Zachód” sztruksowych koszul i kompletów. To jednak zdarzało się rzadko.
Mniej – więcej na wiosnę zaczęły się pojawiać dary. W kościołach albo w opiece społecznej. Jakieś produkty żywnościowe , odżywki dla dzieci i leki. Te ostatnie w dużej części okazywały się przeterminowane , niektóre były częściowo zużyte. Po dary ustawiali się wszyscy czy tego potrzebowali czy nie – kusiło zachodnie pochodzenie. My , za namową znajomego księdza wybraliśmy się po dary dwukrotnie. Już po pierwszym razie powiedziałam ,że nigdy więcej ale potem rozdawali żywność dla niemowląt więc poszłam raz jeszcze.
Jakoś szczególnie mocno nie odczuliśmy tych wszystkich ograniczeń wynikających z wprowadzenia stanu wojennego .Drażniło oczywiście ,że nie można pojechać w odwiedziny do znajomych czy rodziny , nawet do sąsiedniej miejscowości , że trzeba przestrzegać godziny policyjnej , a listy przychodzą rozcięte i opieczętowane wielkim stemplem” ocenzurowano” . Mnie osobiście to śmieszyło , zwłaszcza gdy odbierałam listy od przyjaciółki. Pisałyśmy różne babskie bzdurki . J , akurat się zaręczyła i w każdym liście były jakieś zachwyty nad jej wybrankiem, ja pisałam o sprawach domowych., książkach , pomysłach na przeróbki . Nic co mogło w jakikolwiek sposób komukolwiek zagrozić czy choćby wzbudzić podejrzenia. .

poniedziałek, 12 grudnia 2011

12.12.2011 Brak mi czasu

Dzieje się tyle i w takim  tempie, że brakuje mi dnia . Zimy " ani widu ani słychu " , chociaż nastrój w mieście już świąteczny.

wtorek, 6 grudnia 2011

6.12.2011 Sprawy babusine w wielkim skrócie.


Od ostatniego wpisu zdążyłam już trzy kolejne zacząć i nie dokończyć. Wciąż mi coś w tym przeszkadza.  Roboty mam mnóstwo , aż nie wiem co najpierw do ręki łapać. W pracy tak se. Kontrakty mamy , kasa schodzi w tempie rekreacyjnym. , co mnie strasznie dołuje , bo wykładamy z rezerw a nie z bieżących wpływów.  To kiedyś się cofnie , ale pewnie nie prędzej niż przed świętami i na przełomie roku. 
W domu pilnie pracuję nad świątecznymi prezentami dla babć i sweterkami dla maluchów. Idzie mi marnie i powoli, bo innych spraw do załatwienia mnóstwo. Jedno co mnie cieszy to to,ze firmowe kartki świąteczne mam już do odbioru z drukarni i pisać ich nie będę musiała i zestawy upominkowe dla najważniejszych klientów też już przygotowane – też gotowe. Z świątecznych zakupów na razie mam kilka prezentów , mak , olejki i proszki do pieczenia , grzybki suszone i papier do prezentów , „złapany w locie” przy okazji  cotygodniowych zakupów. 
Z innych spraw to znów mieliśmy kłopot z synową . Zachorowała w piątek po południu. Lekarz rodzinny podejrzewał wyrostek. , odesłał do szpitala. W szpitalu zbadali , kazali do chirurga i ginekologa , żeby sprawdzić czy nie jakieś kobiece sprawy. Chirurg orzekł,że nie jest w stanie stwierdzić  czy na pewno, bo nie jest specjalistą od przeszczepionych nerek i nie jest pewien czy to wyrostek czy coś z nerką , a w ogóle to taki stan wygląda na ciąże !!!  „Specjalista” ,że niech Pan Bóg obroni ( tu mi się ciśnie nieparlamentarne słówko) . Na szczęście transplantolog i ginekolog okazali się normalni i sytuację opanowali.  Profesor transplantolog, do którego A. zadzwoniła, powiedział jakie zrobić badania i kazał przyjechać gdyby stan się pogarszał , a ginekolog – ten sam , który zajmował się A , kiedy była w ciąży, specjalnie dla niej otworzył w sobotę przychodnię ,zbadał ją jak należy , przejrzał wyniki, skonsultował sprawę z nefrologiem i transplantologiem i postawił diagnozę na tej podstawie. Przepisał leki i załatwił pielęgniarkę do robienia zastrzyków. Okazało się ,że to nie wyrostek  tylko zapalenie nerki., co też jest nieciekawie , bo A ma tylko jedną i to przeszczepioną . Leki pomogły. Po trzech dawkach dożylnie spadła gorączka i przestało boleć. Tylko mała chodzi smutna , bo nie może zrozumieć dlaczego mama cały dzień leży i się z nią nie bawi. 
A poza tym: 
Rekordu Guinnesa nie pobiliśmy – na całym świecie do rekordu zabrakło 500 osób.
Na ostatniej degustacji dostaliśmy od firmy prezent w postaci butelki luksusowego wina za staż . Okazało się ,że jesteśmy jednymi z najstarszych klientów . Blisko 17 lat już jeździmy na degustacje i kupujemy wina . 
Kupiliśmy nową kuchenkę mikrofalową . Z czarnym błyszczącym panelem – pasującą do okapu i wystroju nowej kuchni . Stara jeszcze działa , ale mężuś znów wymyślił ,że skoro już będzie remont to i kuchenkę zmienimy . No to zmienimy . Kuchenka bez „fajerwerków” - tylko z opcją grilla , ale teraz takich jest większość . Nie zamierzam w niej gotować . Ma służyć tak jak dotąd ,do odgrzewania i rozmrażania. 
Dziś wybieram się z wnusią na festyn mikołajkowy i uroczyste zapalenie lampek na miejskiej choince