babusia

babusia
Obrazek znaleziony w cyberprzestrzeni- autor nie wiadomy

wtorek, 31 marca 2026

31.03.2026 Słowo na

Wielki Tydzień.  Kiedyś wydarzenie istotne w wymiarze duchowym. Pewnie i dziś dla wielu ten wymiar ma wartość, jednak jak obserwuję swoje  uniwersum, swój mikroświat nabieram co do tego wątpliwości. Ot , intensywny przedświąteczny tydzień, z górą zakupów, bieganiem wokół porządków i gotowania, z dekoracjami zalewającymi wszelkie możliwe przestrzenie i wszędzie wciskającą się komercją. Nie powiem, że jestem od tego wolna, bynajmniej. I mnie  dopada ta „wielkanocna magia”. Tak chyba na zasadzie efektu stada. Stado biegnie w prawo to ja też,  stado w lewo to ja też. Jak już wiele razy wspominałam z wiekiem coraz mniej mi po drodze z instytucją kościoła. Formalnie się z niego nie wypisałam, ale praktyki zarzuciłam już bardzo wiele lat temu, w tym i celebrowanie Wielkiego Tygodnia. Dziś ta celebra sprowadza się czysto do tradycji. Jak by nie było, tradycji zawłaszczonej przez szerzące się na naszych słowiańskich ziemiach Chrześcijaństwo z jego agresywną i ekspansywną odmianą czyli katolicyzmem. Nie, nie mam nic przeciw wierze w Boga jako takiej. Nie należy jednak mylić wiary z religią, bo to dwie zupełnie inne sprawy. Religia to oprawa, rytuał, celebra , wiara , to wiara – bezwarunkowe przekonanie o istnieniu bóstwa.   Ludziom od zawsze potrzebna była wiara w siły wyższe , jakkolwiek by ich nie nazwać. Gdzieś , kiedyś obiło mi się o uszy zdanie, że ludzie są starsi niż najstarsi bogowie. Nasi słowiańscy przodkowie wierzyli w bóstwa przyrody, celebrowali tak zwane koło roku. Cykl odrodzenia, zapładniania, życia, obfitości aż do umierania by znów się odrodzić.  Jakieś echa tej wiary naszych przodków , gdzieś tam w nas pobrzmiewają, choćby w zamiłowaniu do przyrody, świętowaniu, szacunku dla zmarłych czy właśnie kultywowaniu wielu zwyczajów. Od ładnych paru lat odkąd zainteresowałam się kulturą słowiańską ta wiara naszych przodków niezwykle mocno do mnie przemawia. Zawsze lubiłam żywioły , dziką przyrodę i porywały mnie stare zwyczaje. Nie, nie , nie będę jeździła na wykopaliska do Grzybowa , gdzie mamy posąg Światowida odprawiać jakieś dawne rytuały. Nie koniecznie do wiary potrzeba mi rytuału. Nic z tych rzeczy. Po prostu: wyciągam wnioski z wiedzy jaką już posiadłam. Nauki kościoła opierają się na cierpieniach i interesownej pokucie oraz potencjalnej nagrodzie gdzieś ,kiedyś – w bliżej nieokreślonej przestrzeni nazywanej niebem - na zasadzie „dostąpisz nieba  jeśli … będziesz robił dobre uczynki , będziesz biedny, będziesz cierpiał, będziesz się umartwiał, płacił na kościół i tak dalej. Coś za coś. A przecież nawet jeśli trzymać się zapisów Biblii zbawić nas może tylko łaska boska a nie nasze uczynki takie czy inne lub ich brak. Istotą Wielkiego Tygodnia i postu jako takiego , w tym wypadku 40-to dniowego jest umartwianie się. W relacji do czasu trwania świąt, raptem 2 dni, wyjątkowo długie. Kiedyś przybierało dość kuriozalne formy. Dziś już może nie tak radykalne i dziwaczne ale wciąż wymagane. I o ile  można sobie w ramach pracy nad sobą narzucić jaką zadumę czy refleksję na ten czas, o tyle już wymóg spowiedzi i pokuty należy do tych kuriozów. W świetle wszelkich nieprawości kościoła jakich się dopuszczał przez wieki i do dziś dopuszcza oczekiwanie od ludzi wierzących ukorzenia się i wyznawania swoich win jest co najmniej nie na miejscu. Może w tym konfesjonale siedzi ktoś , kto ma znacznie więcej na sumieniu niż ja zwykły , skromny mieszkaniec tego padołu? W imię czego mamy mu mówić o swoich winach? Kto im dał prawo decydować o tym czy będziesz zbawiony czy też nie? Czyżby uznawali się za równych Bogu, a może nawet samym Bogiem?  Kiedy sobie to uświadomiłam, przestałam praktykować. Tu i teraz  Wielki Tydzień sprowadziłam do tradycji. Dom ozdabiam palmą – w naszym klimacie i miejscu baziami, w Wielki Piątek szykuję postne posiłki, choć wcale nie jakieś niesmaczne, zmuszające do wysiłku żeby je zjeść, maluję pisanki – zwyczaj prasłowiański , stary jak nasza historia; nasi przodkowie malowali jaja na czerwono, bo jajo to symbol życia a czerwień symbolizuje witalność i życiową energię.  W sobotę idę z koszykiem pobłogosławić świąteczne jedzenie i tu ściśle trzymam się tradycji : tylko jajko , mięso, chleb i sól. Żadnych udziwnień pod postacią cukrowych figurek czy słodyczy albo egzotycznych owoców. Jedyne odstępstwo to ciasto, zwykła babeczka jako symbol dostatku. Kiedyś , dawno temu gdy mieszkałam jeszcze z babcią brałyśmy udział w obrzędach Triduum Paschalnego. Mało co z tego pamiętam ,najbardziej długą drogę do kościoła i z powrotem i ziąb w kościele ale czy to wszystko, śpiewy , obrzędy, kadzidła miało jakieś znaczenie duchowe? Chyba byłam na to jeszcze zbyt mała i nie wiele co z tego pojmowałam. No i miałam tę wiarę z góry narzuconą przez moją rodzinę. Fakt, że nie dano mi wyboru dotarł do mnie gdzieś pod koniec liceum gdy zaczęłam już całkowicie samodzielnie myśleć i mieć swoje wnioski. Zwykle się nad tym wszystkim nie zastanawiam jakoś wnikliwie. Tak na co dzień staram się żyć tak, żeby nikomu nie robić krzywdy i trzymać się swoich zasad.  Tylko tyle … a może aż tyle ? 

1 komentarz:

  1. Rzeczywiście słowo na Wielki Tydzień. Ale bardzo mądre i osobiste. U mnie w koszyczku odrobinę jedzenia tradycyjnego i reszta tak ja za moich dziecinnych lat. Dużo kolorowych dodatków i cukrowy Baranek z czekoladowym Zajączkiem. I stanowi po świeceniu kolejną dekorację.
    Co mi przypomina, że muszę kupić bukszpan. Albo w kwiaciarni lub na targu. Działamy. Buziaki

    OdpowiedzUsuń